czwartek, 3 grudnia 2015

Zęby idą, a ja się cieszę...

...tym razem z cudzego nieszczęścia. Oczywiście nie z jakiejś choroby czy czegoś podobnego, bo takiej kary nie życzyłabym nawet najgorszemu wrogowi, który najwięcej krwi mi napsuł i na najwięcej odcisków nadepnął.

Ale właśnie dowiedziałam się, że moja eks-szefowa (ta wstrętna, mobbingująca baba, przez którą ja i jeszcze kilku innych ludzi postanowiło zwolnić się z pracy, a kilku innych nabawiło się nerwicy) też się z firmą pożegnała. Właściwie to wyleciała na zbity...na zbitą twarz - z wielkim hukiem i gromkim aplauzem podwładnych w tle. 

Podobno poza mobbingiem w międzyczasie wyszły na jaw też jej inne machlojki i nadużycia, więc - choć walczyłam z sobą, bardzo się starałam i w myślach przekonywałam się, że przecież nie chcę i nie powinnam być taka, jak ona - po prostu nie mogłam powstrzymać się od uśmieszku satysfakcji i dzikiego tańca radości wokół wiekowego dębu (bo właśnie w parku mnie ta wiadomość zastała, na spacerze z moimi dwoma Mężczyznami). 

Przez cały czas, kiedy jeszcze tam pracowałam, miałam wielką nadzieję, że zła karma w końcu do niej powróci - i walnie ją z całej siły w twarz, zanim ja to zdążę uczynić. I wreszcie, stało się - nieważne, że z kilkumiesięcznym opóźnieniem. 


No to już - to jest właśnie ten moment, w którym możecie napisać mi, 
jaka to jestem podła, małostkowa i zawistna ;)

***
A poza tym - jak w tytule - idą "nam" kolejne zęby. W sumie to już chyba straciłam rachubę i nie potrafię dokładnie powiedzieć, ile ich jest (a Młody też nie da sobie tego na spokojnie policzyć) ;) W każdym razie - jeśli utrzymamy takie tempo, to już wkrótce Bąbel będzie szczerzył się w uśmiechu, prezentując nam absolutnie pełne, kompletne uzębienie !



W związku z powyższym (co wcale mnie nie dziwi) całymi dniami jest niesamowicie stękający, marudny i płaczliwy albo z kolei nadmiernie nabuzowany i pobudzony - a wieczorami baluje do późna i robi się...jeszcze bardziej stękający, marudny i płaczliwy (tudzież jeszcze bardziej nabuzowany i pobudzony). 

Ja natomiast staję na głowie, by jakoś mu ulżyć w cierpieniu, wetrzeć w dziąsła łagodzący żel i odwrócić jego uwagę od swędzącego, dręczącego problemu - i wychodzi mi to ze skutkiem przeróżnym, a pogoda zadania nie ułatwia. (Szaro, buro, deszczowo, śniegu wciąż ani grama, wiatr łeb urywa. Jak spacery, to tylko w stylu Pendolino - czyli szybka przebieżka po przyblokowym trawniku albo ekspresowa rundka wózkiem wokół wioski).

Dobrze, że jeszcze nie rozpędziliśmy się z zakupem sanek i innego zimowego osprzętu, bo kto wie, czy w ogóle będzie nam dane podziwiać biały puch inaczej, niż tylko na świątecznych kartkach...Karmnik za to już stoi, słoninka zawieszona - ptaki wszelkiej maści, przybywajcie ! :)

Jak widać, niektóre wolą dobijać się do okien - i na parapetach zostawiać liczne "pamiątki" swoich odwiedzin ;)


29 komentarzy:

  1. Hej, jak napisałaś karma wraca. Wiec nie warto cieszyć się z czyjegoś nieszczęścia nawet jeżeli wg ciebie zasłużyła sobie na to. To co życzymy innym wraca do nas. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko wiesz, ja swoimi (nawet niezbyt przychylnymi) myślami wielkiej krzywdy nikomu nie zrobię. Tak naprawdę to żadnej krzywdy, bo te moje myśli do osoby będącej ich adresatem nawet nie dotrą, więc urażona się nimi bynajmniej nie poczuje. A ona sporo krzywdy narobiła niejednokrotnie i swoim pracownikom, i ich rodzinom - więc jakoś specjalnie żal mi jej nie jest. "Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka".

      Usuń
  2. nie jesteś zawistna po prostu normalna to ludzki odruch jeśli ktoś zrobi ''nam krzywdę'' to po prostu normalnym jest że niepowodzenie tego kogoś cieszy. Nie ma co czasowac taka nasza natura choć byśmy chciały z tym walczyć:)
    Co do ząbków życzę by się szybko przebiły i wróciła normalność;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, gdybym się dowiedziała o tej osobie, że spotkała ją jakaś naprawdę wielka życiowa tragedia, choroba, strata dziecka - to normalnym ludzkim odruchem byłoby jej współczuć, nawet pomimo wszystkich doznanych od niej krzywd i nieprzyjemności. Ale ona po prostu zleciała ze swego "stołka", na którym czuła się zdecydowanie zbyt pewnie i zbyt bezpiecznie - i moim zdaniem takie twarde lądowanie było jej potrzebne, bo może dzięki temu przestanie zadzierać nosa i gnoić innych ludzi (choć obawiam się, że osoby takie jak ona się nigdy nie zmieniają).

      Usuń
  3. Zupełnie normalny odruch. Wiem że to inny kaliber, ale nie można by się ucieszyć, że coś złego się stało mordercy naszego dziecka?
    Tuśka, buddyzmem mi tu czuć. Może i uczynki wracają, ale często nie w tym życiu.
    Wielu oprawców z obozów koncentracyjnych dożyło w zdrowiu i wśród kochającej rodziny starości. Nic do nich nie wróciło. Dostali zdrowie i bogactwo za tysiące okrutnych morderstw.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja może tylko zaznaczę, że sama z buddyzmem nie mam absolutnie nic wspólnego i ta "karma" w poście to powinna być właśnie w cudzysłów ujęta :)

      Usuń
    2. Ta karma odnosiła się do komentarza Tuśki, że wszystko do nas wróci. Nie jest to takie proste.

      Usuń
    3. Tak wiem, wiem...ale tak na wszelki wypadek piszę, żeby mnie z buddyzmem nie kojarzono, bo w poście słowa "karma" użyłam (nie żebym miała coś przeciwko buddyzmowi).

      Usuń
  4. Wiesz Bąbelkowa, że ja nigdy nie posmarowałam Laurze dziąseł? Nie wiem, kiedy jej wyszły zęby. Nigdy nie było żadnych objawów. Ani marudzenia, ani ślinienia, ani specjalnie gryzienia rąk. Nie mówiąc już o poważniejszych problemach. Po prostu któregoś dnia było widać nowy ząb.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to szczęściara z Ciebie (i z Laury też). U nas ząbkowanie przebiega bardzo różnie : czasami łagodnie i bez większych "atrakcji", a czasami tak, jak teraz - czyli mamy w domu istny Armageddon ;) Dlatego na wszelki wypadek zawsze mam pod ręką Dentinox, który chociaż na jakiś krótki moment przynosi Młodemu pewną ulgę.

      Usuń
  5. Nie wierzę w karmę, ale wierzę w konsekwencje czynów (nie spontanicznych myśli). Jeśli jeździsz na czerwonym świetle, możesz skończyć wgnieciona w szybę auta. Jeśli dręczysz innych, kłamiesz, okradasz pracodawcę, możesz wylecieć z roboty nim się obejrzysz, tracąc źródło dochodu i szacunek ludzi. Nie widzę nic złego, w oczekiwaniu, by ktoś boleśnie odczuł skutki swoich zachowań, które też powodują/powodowały ból.
    Dlatego ja bym z Tobą zatańczyła przy tym dębie;) A potem, spokojna że sprawiedliwości stało sie zadość, zamknęlabym temat (ten etap zajmuje mi często spooooro czasu;p) i zajęła się moimi dwoma mężczyznami na miłym spacerze:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, jak zawsze pięknie to wszystko podsumowałaś - tak, że nic dodać, nic ująć :) Jak widać, ja również dużo czasu potrzebuję, by ten temat definitywnie zamknąć (podobnie zresztą jak inne osoby, które doświadczyły tego typu represji w naszej eks-firmie). Myślę, że ta radosna nowina o zwolnieniu Cruelli bardzo nam wszystkim w tym pomoże ;)

      Usuń
    2. Uczuciowa, z tymi konsekwencjami to nie tak prosto. Jeździsz na czerwonym, a wgniecie się w szybę ten na zielonym w poprzek nie spodziewający się Ciebie. Tym kierowcom-sprawcom często najmniejsza krzywda się dzieje.
      Jak w nas wjechał facet z przeciwka, to ja miałam złamany kręgosłup, babcia żebra i wodę w płucach, cioci musieli wymienić staw biodrowy, a tamten kierowca miał siniak na nodze. Konsekwencje naszych czynów ponoszą też inni, nie żyjemy w próżni.

      Usuń
    3. Wężon masz sto procent racji odnośnie tych konsekwencji drogowych. Bardzo Ci współczuję! A ten facet poza siniakiem, jakoś został ukarany? Wyrok, odszkodowanie, zabranie prawa jazdy?
      Tylko mi nie chodziło, o to że jest sprawiedliwość na świecie i ona zawsze dosięgnie każdego. Miałam na myśli, że konsekwencje MOGĄ (nie muszą) każdego dosięgnąć i myślenie o tym, liczenie na to, nie jest niczym złym. Szczególnie, gdy jest się osobą osobiście poszkodowaną, jak Bąblowa Mama w relacji z szefową, czy chociaż Ty i Twoja rodzina, w sytuacji z wypadkiem.

      Usuń
  6. Wiele mnie to kosztuje, ale jak czasem nie mam wpływu na czyjeś zachowanie, cierpliwie czekam. Prędzej czy później wszystko wyjdzie. Nie raz się już przekonałam. Nie to, że siedzę i czekam aż ktoś się w końcu potknie. Aż tak złośliwa nie jestem. Ale wiem, że zło w końcu wypłynie.
    Ja nie liczę ile zębów wyszło, ale ile jeszcze zostało. Biedne te dzieciaki. Dobrze, że się o tym nie pamięta.
    Uściski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to mówią, "oliwa sprawiedliwa..." W sumie to mam teraz nie tylko taką osobistą satysfakcję, ale jeszcze cieszę się, że inne osoby nadal tam pracujące już nie będą musiały mieć z tym wstrętnym babsztylem do czynienia. Poznałam niektóre z dziewczyn - naszych następczyń - i naprawdę szkoda mi ich było, że będą przechodzić przez podobne "jazdy"...

      Prawda, na szczęście dziecięca pamięć aż tak daleko nie sięga. Ja za to doskonale pamiętam późniejsze pozbywanie się mleczaków i ich wymianę na monety od "zębowej wróżki" - i to wspomnienia już znacznie przyjemniejsze, choć sam moment wyrywania/wypadania zęba też mnie przerażał jako małą dziewczynkę :)

      Usuń
    2. Czekać cierpliwie i robić swoje - inspiracja na następne życiowe perturbacje :)
      Duże wyzwanie bo ja z tych temperamentnych jestem i spokój nie jest moją mocną stroną, ale zachowam sobie ten pomysł i postaram się zastosować, bo faktycznie, szkoda nerwów.

      Usuń
  7. Zgadzam się z Mamą Tygryska. Najczęściej wystarczy cierpliwie poczekać. A Twoja radość mnie nie dziwi- przecież ta pani dostała tylko to, na co sama zapracowała :) Żadnej złej energii to nie widzę ;)

    Ech, te zęby, co??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Złej energii jest we mnie teraz na pewno zdecydowanie mniej niż w czasach, kiedy jeszcze miałam z tą osobą na co dzień do czynienia (bo wtedy to się grupowo i nad stworzeniem laleczki Voodoo zastanawialiśmy, hehe ;) )

      Ech, ech, niechby już wszystkie wylazły i dały Bidulkowi spokój - a i rodzice mieliby wtedy milsze dni i noce spokojniej przespane ;)

      Usuń
  8. Też bym się cieszyła w końcu " sprawiedliwości stało się zadość". Zasłużyła kobieta to ma . Co do zębów to ja tylko tyle pamiętam z tych zamierzchłych u mnie czasów że co był nowy ząb to była angina,niestety .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas na szczęście aż tak źle nie jest - raz czy dwa zdarzyła się podwyższona temperatura i raz zapalenie gardła się przyplątało w tym samym momencie. A teraz odpukać Młody nie choruje i tylko w jego zachowaniu widać kolosalną zmianę.

      Usuń
  9. my tez zrezygnowalismy z zakupu sanek mamy wiek w ktorym wszystko sie kupi od razu wiec sanki poczekaja... bo byc moze nie bedzie sniegu ?!
    tez mamy te obsr/..ance na balkonie, ale coz, radosc grzesia bezcennna jak ptaszki jedza ..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas już od kilku lat śniegu nie ma albo wcale albo jest go tyle, co kot napłakał. Śmiejemy się, że jak już spadnie to zdąży stopnieć, zanim wrócimy ze sklepu z sankami ;) Nam gołębie akurat jakoś bardzo nie przeszkadzają, bo dla Juniora to faktycznie wielka radocha i mogę nawet szorować te parapety z "prezentów" od nich ;) Ale w przyszłym roku niestety będziemy musieli wytoczyć wojnę jaskółkom, które zakładają sobie gniazda w naszych oknach i robią taki bajzel, że aż nie mogę na to patrzeć...

      Usuń
  10. Wcale Ci się nie dziwię - też bym tak zareagowała.
    Bąbel musiał mieć zdziwiona minę widząc mamę tańczącą wokół leciwego dębu ;-0
    Oj, jak ja bym chciała nauczyć się tak cierpliwie czekać i robić swoje.
    Chociaż, jakby się tak dobrze zastanowić to w poprzedniej pracy całe 5 lat czekałam i robiłam swoje - czy 5 lat można już zaliczyć do "cierpliwie czekając na"?;-0
    U nas z zębami najgorzej było w pierwszym roku, ale na szczęście nie było tak źle, bo szły po kolei, a nie wszystkie na raz. Smarowanie nie pomagało, a w najgorszych momentach na noc podawaliśmy nurofen.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że już po roku takiego czekania należy Ci się DYPLOM CIERPLIWYCH ;) Czasem trzeba robić swoje, a czasem zainicjować rewolucję:) zależy od sytuacji, którą oczywiście w danym momencie nie łatwo ocenić i zidentyfikować;)

      Usuń
    2. Tyśka, ja też miałam staż trochę ponad 5-letni. I tak - zdecydowanie uważam, że można nazwać to "cierpliwym czekaniem na" :) Z kolei po tych 5 latach była właśnie rewolucja i masowa ewakuacja, bo już dłużej wytrzymać się nie dało :)

      Usuń
  11. O widzisz, oliwa na wierzch wypływa :) Pamietam czasy w dawnej frmie, jak pół roku na persenie jechałam... och jak dobrze rozumiem Twoją satysfakcję, jakkolwiek to brzmi :)

    Bezbolesnego dalszego zabkowania. U nas ptaki troche juz rozleniwiamy, zimy brak, a one i tak pełne nasze karmniki okupują :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Persen? Skąd ja to znam...I jeszcze melisa, nervosol, inne średnio pomagające specyfiki...Dobrze, że mamy to obie już za sobą - i oby nigdy więcej.

      My dokarmialiśmy również latem - kaczki, gołębie w parku, mewy nad morzem, kury sąsiada - także nawet kęs pieczywa się u nas nie marnuje i nie ląduje w koszu ;)

      Usuń
  12. Dobro zawsze do nas wraca, zło też.

    OdpowiedzUsuń

Wszelkie opinie, sugestie, nieskrępowana wymiana zdań, a nawet konstruktywna krytyka - mile widziane :)