wtorek, 19 stycznia 2016

Już mam porównanie, czyli 4 razy "P".

"P" jak "PODWÓRKO"

Kiedy Bąblowa Mama była małą dziewczynką, całe dnie spędzała na podwórku, w towarzystwie innych dzieci, od których wszędzie aż się roiło. Wychodziła z domu rano, żeby na boso pobiegać po rosie albo świeżo skoszonym ściernisku (auć!) - a wracała wieczorem, kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi. W tak zwanym międzyczasie wpadała tylko na obiad albo chwyconą w biegu kromkę chleba, maczanego w mleku i posypanego grubą warstwą cukru (też tak kiedyś jadałyście? :) )

W okolicy nie było żadnej asfaltowej drogi ani żadnych rozpędzonych samochodów, pod które można wpaść. Na temat pedofilii czy kidnappingu ani się nie słyszało, ani nie mówiło. Zresztą w tak małej, wiejskiej społeczności wszyscy znali się aż zbyt dobrze - i gdyby tylko pojawił się tam ktoś nowy, obcy,  niepożądany, to na pewno momentalnie zostałby wychwycony i namierzony przez przeczulone radary miejscowych mam i babć. Dzieciaki do dyspozycji miały gumę, skakanki, piaskownicę i grę w klasy, a pierwszy komputer - ogromny, z monitorem zupełnie nie płaskim i zajmującym całe biurko - dostała Bąblowa Mama dopiero u progu liceum (i to tylko dlatego, że miał się jej przysłużyć w celach naukowych).

***

Aktualnie nasza bardzo mała wioska stała się wioską całkiem sporą, połączoną z sąsiednim miasteczkiem. Nowe domy wyrastają w niej jak grzyby po deszczu, nowi ludzie wprowadzają się i prują autami po niedawno wylanym asfalcie. Populacja niby bardziej liczna, zaludnienie gęste jak gulaszowa zupa - a mimo wszystko wychodzę z Bąblem na spacer i...nie widzę żadnych innych dzieci czy młodzieży. Myślę sobie: "Co się z nimi stało? Wyginęli jak dinozaury? Boją się wszystkich tych dewiantów, o których huczą media ostatnimi czasy? A może po prostu siedzą w domach, z nosami przyklejonymi do tabletów i komputerów, dają lajki i wrzucają kolejne selfie na swój profil?"

 "P" jak "PRZEDSZKOLE"

To Bąblowej Mamy było wyłącznie "przechowalnią" - i oceniała je tak nie tylko z perspektywy czasu, lecz również jako sześciolatka z warkoczami do samego pasa. Nudziła się w nim, bo panie głównie piły kawę, a dzieci głównie okładały się klockami po głowach. A ona - czasami chyba zbyt poważna jak na swój młody wiek - wolałaby się czegoś ciekawego dowiedzieć, coś nowego poznać (poza cyframi i literkami, bo w tych akurat orientowała się już doskonale).

Dla Bąbla chciałaby czegoś więcej. Nie, nie - nie odbierze mu dzieciństwa, nie zapisze na pierdylion jakichś dodatkowych zajęć, nie zamęczy czymś, na co on sam nie będzie miał ochoty. Ale czasami zastanawia się...ot, chociażby nad Montessori. Na szczęście ma jeszcze dwa lata, zanim skończy się wychowawczy i będzie musiała podjąć ostateczną decyzję...

"P" jak "PODRÓŻE"

Jako dziecko Bąblowa Mama nieczęsto wyjeżdżała na dłuższe, wakacyjne wojaże. Jej Tato przez kilkanaście lat pracował za granicą i pojawiał się w domu tylko 2-3 razy w miesiącu, więc urządzali sobie jedynie weekendowe wypady nad pobliskie jezioro, a za największą letnią atrakcję uznać można było działkę, rozłożony w ogródku namiot i truskawki prosto z krzaczka, niezbyt dokładnie umyte i trzeszczące piaskiem między zębami (co znowu wcale nie było aż takie najgorsze :) ) Inne czasy, inne realia - nikt nie ma o to pretensji, a jednak...

...mama wymarzyła sobie i wymyśliła, że chce Bąblowi pokazać świat. Może nie cały, może nawet nie pół, ale przynajmniej jak największy jego kawałek - żeby było potem co wspominać, czym zapełniać foto-albumy, o czym rozmawiać i czym się ekscytować po powrocie z każdej wyprawy. Chce zabrać go w miejsca, w których sama bywała z Bąblowym Tatą - może nawet do tych samych pensjonatów, tych samych pokojów i tych samych restauracji, w których nawet zwyczajne, prozaiczne frytki mają dla niej wartość sentymentalną. A także w miejsca zupełnie nowe, jeszcze nieodkryte, które po raz pierwszy otworzą przed nimi mnóstwo urlopowych możliwości (ale to już jest przecież temat na całkiem nowy, osobny post). 

"P" jak "POZYTYWNE WZMOCNIENIA"

Tych akurat Bąblowa Mama nie dostawała w swojej młodości w nadmiarze. Znacznie częściej słyszała, że rodzice nie mają teraz czasu, są akurat zajęci i że ona sama też powinna sobie jakieś zajęcie znaleźć (najlepiej takie, które nie wymagałoby ich czynnego udziału i zaangażowania). Jej dziecięce problemy były często bagatelizowane, wielkie pragnienia - traktowane jak fanaberie rozkapryszonej nastolatki, ambitne plany - zbywane obojętnym wzruszeniem ramion. Kiedy coś się jej udało - zdawali się tego nie dostrzegać. Kiedy zupełnie nie wyszło i spaliło na panewce - komentowali szyderczym "a nie mówiłem?!" 

Dlatego ona postanowiła sobie, że zawsze znajdzie dla Bąbla czas - i zawsze będzie uważnie słuchała tego, co jej dziecko ma jej do powiedzenia. Będzie kibicowała, wspierała i motywowała, a jednocześnie powstrzyma się od wywierania zbyt dużej presji. Będzie okazywała swoje zainteresowanie każdym dziecięcym smuteczkiem, bolączką i radością - nawet tymi dotyczącymi połamanego autka, dymu z komina czy znalezionego na łące pięknego dmuchawca. A kiedy jej dziecko będzie chciało wyfrunąć gdzieś dalej, poza granice rodzicielskiego gniazda - nie zacznie podcinać mu skrzydeł, tylko otworzy okno szeroko i powie: "Leć, spełniaj swoje marzenia ! Ale pamiętaj, że zawsze możesz do nas wrócić..."


16 komentarzy:

  1. Tak byłoby idealnie, gdybyśmy zawsze mieli dla swoich dzieci czas, umieli zauważyć ich bolączki, wesprzeć, pobawić się z nimi, kiedy tylko o to poproszą. Tak, byłoby.
    Ja czasami Hani mówię, że chciałabym teraz odpocząć, wypić kawę, więc teraz sama musi się pobawić lub ponudzić;-0 Zazwyczaj nie jest zadowolona z takiego obrotu sprawy. Nie zawsze też mam cierpliwość, aby po raz enty układać klocki lub bawić się ciastoliną. Me dziecię budzi się po 8 rano i zasypia 21.30 - nie ma drzemki przedpołudniowej, ani popołudniowej - więc ja sama muszę "wymuszać" czas na chwilę dla siebie. Czasami też biorę "urlop na żądanie" i albo leżymy na kanapie przytulając się, wygłupiając, oglądając bajki, filmy (to moje) albo "tylko" rysujemy, kolorujemy i nic poza tym. Spacerujemy codziennie, bo pies musi wyjść więc nie mamy wyjścia;-0 Dzieci też u nas brak, bo albo chadzają do żłobków lub klubików, a rodzice do pracy, albo nianie się nimi zajmują w domu. Już trzecia niania mówiła mi, że mama nie pozwala chodzić z dzieckiem na spacery, tylko bawić się z nim w domu!
    Moja Hania we wrześniu rozpocznie przygodę z przedszkolem i już się boimy jak to wszyscy przeżyjemy;-0

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dobrze, może faktycznie zabrzmiało to zbyt idealnie :) Nie chodzi mi oczywiście o to, żeby być naprawdę absolutnie na każde zawołanie, na każde tupnięcie nogą i wezwanie małego "terrorysty" - co to, to nie ;) Każda mama musi mieć choć trochę czasu tylko dla siebie i jakąś osobistą przestrzeń, bo inaczej już tylko o krok od szaleństwa ;)

      Ja też staram się nauczyć Bąbla, że czasami musi na coś poczekać, że nie jest pępkiem świata i że poza zabawą z nim są też inne rzeczy, które mam w domu do zrobienia. Bardziej chodzi mi o to, by nie zbywać dziecka tak raz na zawsze i nieodwołalnie, kiedy z czymś do nas przyjdzie - nawet jeśli wydaje się nam to dziwne, śmieszne i zupełnie niepotrzebne. Żeby nie mówić "nie zawracaj mi teraz głowy głupotami" - bo to, co nam wydaje się głupotą, dla małego człowieka może być naprawdę istotne i cenne. I nawet jeśli w danym momencie jesteśmy faktycznie zajęci jakimiś ważnymi sprawami - to żeby mimo wszystko za chwilę wrócić do rozmowy z dzieckiem, zainteresować się, skupić na nim swoją uwagę. Moi rodzice często nie potrafili się na to zdobyć i w związku z tym równie często towarzyszyło mi wrażenie, że jest im totalnie obojętne, co myślę, czuję, co mam do powiedzenia...

      A odnośnie tych "zapobiegliwych" matek - też takie znam. Potem najczęściej bardzo się dziwią, że dziecko nie ma za grosz odporności i łapie dosłownie każdą chorobę, każdego wirusa. No ale jeśli całe dnie spędza tylko i wyłącznie w domu, to jak ma sobie tę odporność zbudować? Ja Bąbla biorę na dwór przynajmniej na godzinkę, niezależnie od pogody - czy to skwar, czy kilkunastostopniowy mróz, czy deszcz. Odpukać, na razie nam nie choruje - czasami zdarza mu się tylko jakiś katar - i myślę, że nam obojgu dobrze robi taki pobyt na świeżym powietrzu, bo ile można siedzieć i kisić się w czterech ścianach? :)

      Usuń
    2. Podpisuję się pod tym wszystkimi kończynami :) Bąblowa mamo, jak Ty potrafisz ładnie ubrać myśli w słowa :)
      My też codziennie na dworze, czy to upał czy mróz - i odpukać, Smerf nie choruje, lubi przebywać na dworze - oby mu tak zostało (zdecydowanie wolę protesty z powodu niechęci powrotu ze spaceru niż na odwrót).

      Usuń
    3. Dziękuję bardzo za komplement - choć ubrać to ja potrafię chyba jedynie siebie, choinkę na Święta i Bąbla w bodziaka ;)

      U Bąbla z tym lubieniem bywa bardzo różnie. Czasami sam rwie się na dwór, czyha pod drzwiami i najchętniej biegłby na śnieg w samych rajtkach - a innym razem trzeba się trochę nagimnastykować i naperswadować, żeby go przekonać ;) Jakiś czas temu miał straszną fazę na budowanie z klocków - i wtedy faktycznie zdarzyło nam się 2 dni spędzić w całości w domu, bo nie dał się za nic w świecie od swoich budowli odciągnąć ;)

      Usuń
  2. Mi się jeszcze udało i połowę dzieciństwa spędziłam na podwórku. Jeżeli chodzi o przedszkole to nie przepadałam za nim. Było podobnie jak u Ciebie, przedszkolanki interesowały się wyłącznie sobą a dzieci musiały same organizować sobie czas. Rodzice bardzo dużo pracowali i strasznie brakowało mi wspólnego czasu. Nigdy też się u nas nie przelewało, ale zawsze, co roku wspólnie gdzieś wyjeżdżaliśmy. Było skromnie, razem z siostrą musiałyśmy uczyć się odmawiać sobie pewnych przyjemności, wybierać między lodem a karuzelą, ale wspomnienia mam przecudowne! Często też słyszałam dobre słowa od rodziców, pochwały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli generalnie można powiedzieć, że szczęściara z Ciebie :) Moje wspomnienia z dzieciństwa też nie takie najgorsze, ale pewnych błędów popełnionych przez Rodziców na pewno nie chciałabym powielić. Oni z reguły nie chwalili NAS, tylko chwalili się NAMI - przed resztą rodziny, znajomymi, kolegami z pracy... I trochę się czułam jak taka małpka w cyrku, która ma dać swój występ i wypaść tak, żeby publiczność była zadowolona i zgotowała mi owację na stojąco.

      Usuń
  3. Bajeczko, nie wiem czy to kwestia drugiej lampki wina (a dopiero 16... tak, tak, nawet multiMama sobie czasami pozwala na wypad do knajpki ;-)), ale przy czwartym P nie wytrzymałam i się popłakałam. Przybijam piątkę! Wiem o co Ci chodziło, nie musisz mi tłumaczyć, to trudna sztuka zachowania balansu pomiędzy moje JA, a potrzebami moich dzieci. Ale wierzę, wiem, że się da.
    P.S. Podobają mi się zmiany wizualne na blogu :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to na pewno wino ;) Przeczytaj jeszcze raz za jakiś czas - już nie pod wpływem procentów - i daj znać, czy moje słowa podobne wrażenie na Tobie wywarły ;)

      A tak poważnie - dzięki, że rozumiesz :) Ty masz tych wszystkich dylematów razy dwa, więc wcale mnie nie dziwi, że tyle empatii wykazujesz :) "Balans" to generalnie nie jest słowo, które dobrze by się z moją zwichrowaną naturą komponowało i szło ze mną w idealnie dobranej parze ;) Podobnie jak Ty - wierzę (no bo co innego mi pozostaje? ;) )

      Usuń
  4. Kromka chleba ze śmietaną i cukrem aaaa...jakie to było wtedy dobre i garnuszek mleka prosto od krowy .eh ...kiedy to było. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaak, na mleko prosto od krowy to chyba tylko w jakiejś agroturystyce będziemy mieli okazję się jeszcze załapać ;) U nas niby wieś, a żadnej łaciatej ani widu, ani słychu - takich tu mamy profesjonalnych "rolników" i "hodowców" ;)

      Usuń
  5. Dodałabym jeszcze jedno P. P jak przestrzeń. To jest to, co ujęłaś w ostatnim zdaniu. Jestem blisko z rodzicami, szczególnie z mamą, ale zabrakło mi trochę oddechu, przestrzeni, a co za tym idzie odwagi, żeby wcześniej i dalej wyfrunąć z rodzinnego gniazda.
    Mieszkamy w starym budownictwie, ale w bloku zaszła zmiana pokoleniowa. Rodzice powymieniali się ze swoimi dziećmi, którzy pozakładali rodziny i sporo dzieci można zobaczyć pod blokiem. Wybór przedszkola to bardzo ważna rzecz. Współpracuję z przedszkolami i tak naprawdę do jednego spokojnie oddałabym Młodego i to nie do każdej pani. Także Bąbelkowa Mamo, mimo że wychowawczy kończysz za dwa lata, powoli zacznij robić rekonesans. I wcale nie żartuję. Montessori wydaje się dobrym pomysłem, jeśli takowe macie w okolicy.
    Uściski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój lot z rodzinnego gniazda do obecnego miejsca zamieszkania był naprawdę wyjątkowo krótki - przeprowadziliśmy się z M. dosłownie kilkaset metrów od moich rodziców, choć mentalnie jest mi do nich coraz dalej, a i pępowiny chyba wreszcie się pozbyłam, dość drastycznym cięciem :)

      Bardzo dziękuję za wskazówki związane z przedszkolem. To nasze, miejscowe, do którego sama chodziłam, zupełnie mi się nie podoba - i z pewnych źródeł wiem, że od tamtej pory żadne spektakularne zmiany w nim nie nastąpiły. Chyba faktycznie już teraz zaczniemy się za czymś rozglądać, bo potem może być problem z miejscami - a poza tym chcielibyśmy posłać Młodego troszkę wcześniej, na taki krótki "okres próbny" - żeby zobaczyć, jak sobie radzi i czy będzie w stanie się zaaklimatyzować...

      Usuń
  6. Że wszystkim się zgadzam.. nie będę się rozpisywać, bo wiem ze masz rację!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Mam tylko nadzieję, że naprawdę przeczytałaś post, hihi ;)

      Usuń
  7. Ja kobieta ze wsi wiem o czym piszesz. U nas dzieci jeszcze multum na ulicy zwłaszcza jak pogoda jest. Trafiłaś w sendo sprawy chciała bym miec tyle siły żeby być obok i cieszyć sie codziennością małego odkrywcy tego czasem mi brak...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sądząc po Twoim blogu i umieszczanych na nim zdjęciach i relacjach - jesteś przy Synku we wszystkich ważnych dla niego momentach i robisz wszystko, żeby miał beztroskie, szczęśliwe dzieciństwo :) Myślę, że już więcej Przemkowi nie trzeba i że jesteś naprawdę wspaniałą mamą i kobietą :)

      Usuń

Wszelkie opinie, sugestie, nieskrępowana wymiana zdań, a nawet konstruktywna krytyka - mile widziane :)