Strony

wtorek, 26 kwietnia 2016

Za co lubię dzieci (nie tylko swoje :) )

Był taki okres w moim życiu, kiedy dzieci szczerze nie znosiłam. Wręcz się ich bałam. Wydawały mi się jakimiś przybyszami z obcej planety, z którymi nigdy nie znajdę wspólnego języka i które pojawiają się w moim otoczeniu tylko po to, by coś sobie zawłaszczyć : moją przestrzeń, moją ciszę, mój święty spokój. Generalnie rzecz biorąc - podchodziłam do nich "jak pies do jeża". 


Moja postawa zaczęło się zmieniać, kiedy poznałam Małża, zapragnęłam założyć z nim rodzinę i wysnułam sobie kilka familijnych planów na przyszłość, w których nader często pojawiało się słowo "stabilizacja". Jeszcze bardziej - kiedy zaczęliśmy bez większych rezultatów starać się o potomka, a macierzyństwo nabrało dla mnie charakteru wręcz mistycznego przeżycia, którego tylko nieliczni wybrańcy mogą doświadczyć. A najbardziej - kiedy w naszym życiu pojawił się już mały Bąbel i postawił nasz świat do góry nogami do tego stopnia, że nawet zaczęliśmy słodko "gugać", "titać" i "blablać" nad dziecięcym łóżeczkiem, chociaż wcześniej solennie przyrzekaliśmy sobie tego nie robić ;) 

A teraz patrzę na Bąbla, klepiącego piaskowe babki w towarzystwie kilku innych małych "kosmitów" - i myślę sobie :  
"O kurcze, ale te dzieci są świetne!"  

Skąd taka diametralna zmiana? Już opowiadam :) 

1. Tylko dziecko będzie z Tobą NAPRAWDĘ, aż do bólu szczere. 

Tylko ono powie Ci (tak jak jeden z chłopców na placu zabaw do mnie) : "Wie pani, takie buty to do piaskownicy kompletnie nie pasują."




Tylko ono spyta (jak ośmioletnia córeczka jednej z moich koleżanek, która wróciła właśnie do domu po wizycie u kosmetyczki) : "Mamo, a dlaczego tak sobie te brwi wymalowałaś? Myślałaś pewnie, że będzie ładnie...Ale da się to jakoś teraz zmyć, prawda?" ;)

Tylko ono zupełnie wprost i bez żadnego owijania w bawełnę da Ci do zrozumienia, że dzisiejszy obiad nie wyszedł tak, jak wyjść powinien. ("No co, Bąbelku, dlaczego nie jesz? Nie smakuje Ci kotlecik?" - pytam zatroskana. "Tlecik błeeee!" - odpowiada Młody, wypluwając przy tym spory kęs mielonego na podłogę.)

2. Tylko dziecko potrafi tak entuzjastycznie zachwycać się światem. 

Tylko dla niego deszcz uderzający o rynnę albo walenie łyżkami o babciny emaliowany garnek brzmi jak nieznana dotąd, najpiękniejsza i najprzyjemniejsza dla ucha melodia.

Jedynie ono zrywa kwiatek nie tylko po to, żeby go powąchać, dać komuś w prezencie lub wstawić do wazonu - ale również po to, żeby...posmakować, oddzielić "łogigę" od całej reszty, oberwać i obejrzeć dokładnie z każdej strony nawet najmniejszy płatek czy listek.


Tylko ono potrafi przez godzinę stać wieczorem w balkonowych drzwiach, czekając na pojawienie się gwiazd na niebie - a przez następną godzinę obserwować je z otwartą buzią i prowadzić z nimi jakiś niesamowity, zaszyfrowany dialog w swoim kosmicznym-dziecięcym dialekcie.

3. Tylko dziecko bierze wszystko tak dosłownie, nie doszukuje się żadnego drugiego dna ani ukrytych sensów, które ludziom dorosłym niekiedy tak bardzo komplikują życie.

Jeśli jest jakiś "kot" pod babcinym łóżkiem, to trzeba przecież wciąć miseczkę z mlekiem i iść go nakarmić, żeby tam z głodu nie skonał - i nieważne, że ten "kot" to tylko mały kłębek kurzu, pominięty przypadkiem podczas ostatniego sprzątania ;)

4. Tylko z dzieckiem każde, nawet najbardziej prozaiczne wyjście - zamienia się w wielką, pełną przygód wyprawę...

...tak jak nasza wczorajsza przejażdżka na pocztę, która zakończyła się zwiedzaniem starego dworca, podziwianiem pociągów i nasłuchiwaniem komunikatów płynących z megafonów :)


A Wy, za co lubicie dzieci? 
Za to, że są - to oczywiste ! 
Ale może dodacie do mojej listy jeszcze kilka innych, własnych powodów? :)

sobota, 23 kwietnia 2016

Dentysta-sadysta i sezon rowerowy.

Przepraszam serdecznie za chwilowy zastój na blogu, ale przeżywałam ostatnio bardzo intensywny romans z...fotelem dentystycznym. Konkretnie? Korygowałam sobie pewną uciążliwą wadę zgryzu, wynikającą podobno z nadmiernego zgrzytania zębami przez sen.

Poza tym dałam się również namówić na dodatkowe wybielanie - i do tej ostatniej decyzji chyba sam diabeł mnie podkusił, bo z niesamowicie obolałą szczęką, dziąsłami, całą twarzą i głową dość trudno było mi cieszyć się nawet z najbardziej spektakularnych efektów przeprowadzonej "kuracji"...Mój stomatolog rzecz jasna nie uprzedził mnie ani słowem, z czym się to wszystko wiąże - za to już po fakcie wyraził głębokie współczucie i nie omieszkał skasować okrągłej sumki ;)

Ale dziś o czym innym :)

Ostatnio przeglądając najróżniejsze strony w necie trafiam na całe mnóstwo wiosennych akcji i inicjatyw, które mają wspierać aktywność i uprawianie sportów przez młode, świeżo upieczone mamy. Niektóre pomysły naprawdę fajne, cel szczytny, a jego realizacja też zapowiada się obiecująco - jednak już po chwili reflektuję się i zadaję sobie pytanie:

 "To przy małym dziecku można w ogóle NIE BYĆ 
aktywną i w ciągłym ruchu?!" :) 

źródło: Internet

Osobiście mogę śmiało stwierdzić, że takiego poziomu wzmożonej aktywności, jakiego doświadczyłam (i nadal doświadczam) przy Bąblu, chyba jeszcze nigdy w życiu nie zaznałam - nawet regularnie biegając, pokonując kilkadziesiąt kilometrów dziennie na rowerze i ćwicząc z Chodakowską, kiedy jeszcze nasza rodzina nie zdążyła się o Juniora powiększyć. Zresztą, chyba większość mam zna to wszystko z autopsji :)

Efekty takiego "treningu"? Moja waga poleciała na łeb, na szyję o jakieś 6 kilogramów - aktualnie oscyluje gdzieś w okolicach 52 przy 170 centymetrach wzrostu i pewnie mogłabym z powodzeniem zmieścić się w swoje dawne ubrania z czasów gimnazjalno-licealnych, gdyby takowe jeszcze uchowały się w mojej szafie :)

Jednak najwyraźniej nadal jest mi mało, ponieważ jakiś czas temu 
otworzyliśmy oficjalnie nowy sezon rowerowy. 

Paradoksalnie, wycieczki rowerowe stały się dla nas jedną z nielicznych okazji do odpoczynku i wytchnienia, kiedy faktycznie udaje nam się usadzić Młodego w jednym miejscu, względnie go unieruchomić i przypiąć pasami - i nikt przy tym nie może oskarżyć nas o znęcanie się nad dzieckiem ;)


Jak pewnie niektóre z Was pamiętają, w tamtym roku Junior podróżował z przodu, w siedzonku przymocowanym do mojej kierownicy - mogłam więc cały czas mieć go na oku i pilnować, żeby czegoś nie wykombinował. W tym roku siedzonko okazało się już dla niego oczywiście za małe, więc zaliczyliśmy przesiadkę na tyły - i Bąbel najwidoczniej równie świetnie się tam poczuł, bo bardzo szybko i bez żadnego problemu tę zmianę zaakceptował.

Nie było również kłopotów z namówieniem go do założenia kasku, o który jeszcze rok temu toczył z nami naprawdę zaciekłe batalie - ale to prawdopodobnie wpływ naszej małej sąsiadki, która podróżuje w nakryciu głowy niemal identycznym, tylko utrzymanym w bardziej dziewczęcej tonacji ;)

Mi osobiście na razie trochę trudno się przyzwyczaić do tego, że mała bestia podszczypuje mnie w trakcie jazdy w wiadomą część ciała i śmieje się przy tym do rozpuku ;) Poza tym z 12-kilogramowym, wiercącym się nieustannie ciężarem z tyłu mam nieco większy problem z utrzymaniem równowagi - ale za to wszelkie skręty i manewry kierownicą okazują się mniej kłopotliwe i karkołomne niż w sytuacji, kiedy miałam ten ciężar uczepiony przed sobą.

Oprócz tego odkurzyliśmy też i wyciągnęliśmy z piwnicy wehikuł trójkołowy - i nawet już zaczęłam tego żałować po dzisiejszej czterogodzinnej wyprawie z kilkoma postojami, podczas której Młody siedział sobie w swojej maszynie rozwalony jak basza, a ja zasuwałam na piechotę, pchając go przez wszystkie nasze polne i nadrzeczne wertepy ;)




Oczywiście żeby być naprawdę "fit" same rowery nie wystarczą - więc zapraszam chętnych na warzywną sałatkę a'la Bąbel, którą Junior tak zaciekle pomagał mi przygotować, że do tej pory znajduję jej resztki na kuchennych blatach i ścianach ;)


wtorek, 19 kwietnia 2016

3w1, czyli lawina nominacji Liebster Blog Award :)

Dzisiaj wpis-rzeka, ponieważ posypały się w kierunku mojego bloga aż trzy nominacje w ramach Liebster Blog Award, za które serdecznie dziękuję Wyrodnej Matce, BeeMammy i Kobiecie Niezgodnej :) Być może moje odpowiedzi zainteresują kogoś jeszcze, więc wszystkich zapraszam serdecznie do lektury :)





1. Jakie miejsce na świecie chciałabyś/chciałbyś zwiedzić/odwiedzić? 

Od dłuższego czasu chodzi mi po głowie Chorwacja, ale generalnie marzę o wycieczce dookoła świata ;)  



2. Czy oprócz prowadzenia bloga zajmujesz się pracą zawodową? Jak udaje Ci się to pogodzić?

W tej chwili jestem na urlopie wychowawczym, natomiast po jego zakończeniu zamierzam swoją "karierę" zacząć rozkręcać od zera - nie wiem jeszcze tylko, w jakiej branży :) 

3. Skąd wziął się Twój pomysł na nazwę bloga? 

Na poprzednim blogu naszego Synka nazwałam Bąbelkiem, ponieważ chciałam pozostać jak najbardziej anonimowa i nie miałam ochoty posługiwać się Jego prawdziwym imieniem. Tak już zostało, ten przydomek przylgnął do Niego na dobre i w blogosferze, i w życiu realnym - więc i nowy blog nie mógł nazywać się inaczej ;) 

4. Czy masz jakieś sprecyzowane plany co do dalszego rozwoju bloga/swoich umiejętności blogowych? 

Pewne plany faktycznie się pojawiły, ale nie wiem, w jakim kierunku pójdzie ich realizacja, bo potrzebowałabym na to całego mnóstwa czasu, którego już w tej chwili zdecydowanie mi nie starcza.  

5. Jak wyobrażasz sobie swoje życie za 5 lat? 

Jestem dumną mamą Bąbla-pierwszoklasisty, żoną wciąż tego samego Małża, kobietą spełnioną zawodowo i parającą się profesją, która daje mi finansowe poczucie bezpieczeństwa oraz mnóstwo satysfakcji - a przy tym pozostawia jeszcze jakiś margines czasu na podróże i realizację własnych pasji. 

6. Najlepsza kawa to… 

...ta mocna, słodka i z dużą ilością mleka. 

7. Czy jest coś, od czego jesteś uzależniona/y? 

Komputer? Zakupy w sh? Blogowanie? Czekolada? ;)

8. Gdybyś nie martwiła/martwił się o dochody to co byś najbardziej chciała/chciał w życiu robić? 

Najbardziej chciałabym być pisarką - ale właśnie na tyle poczytną, bym nie musiała się o te dochody martwić ;) 


9. Rodzinny dom kojarzy Ci się ze smakiem/zapachem… 

...potraw gotowanych przez moją mamę i babcię - a zwłaszcza tych wigilijnych, które najbardziej lubię. 

10. Podaj mi jakiś fajny, szybki przepis kulinarny.

Niestety, do głowy przychodzi mi w tej chwili tylko jajecznica i naleśniki ;) (Taka to ze mnie mistrzyni kuchni ;) )

11. Jak to wygląda kiedy piszesz wpis na blogu? Czego potrzebujesz? Gdzie  i jak siedzisz? Co popijasz?:)

Muszę mieć względną ciszę i spokój, więc trzeba "wyeliminować" obecność moich dwóch mężczyzn - uśpić ich albo wysłać na męski shopping lub spacer po parku ;) Siedzę sobie po turecku na łóżku w sypialni albo na podłodze, mam przed sobą tablet, a popijam przeważnie zieloną herbatę lub cappucino.  


1. Ulubiony film, który zapadł Ci w pamięć.

Sporo jest takich filmów, ale pamiętam, że bardzo duże wrażenie zrobiła na mnie „Incepcja” z Leonardo DiCaprio (choć na początku byłam wściekła na Męża, że właśnie na ten film kupił bilety ;) ).


2. Gdybyś mogła zmienić jedną rzecz w życiu, to co by to było?

Zdecydowanie wybrałabym się na inny kierunek studiów, który bardziej by mnie interesował i lepiej przełożyłby się na późniejsze konkretne zatrudnienie. 

3. Co Cię skłoniło do założenia bloga?

Mój pierwszy blog miał być dla mnie terapią niepłodności i pamiętnikiem naszych starań o adopcję Bąbla - natomiast z czasem bardzo się w blogowanie wciągnęłam i obecny jest jego kontynuacją. 

4. Ulubiony zapach/smak?

Najbardziej lubię smak czekolady, zapach fiołków i cytrusów.  

5. Co robisz zawodowo lub co chciałabyś robić i czy ma to związek z Twoim wyuczonym zawodem?

Zawodowo przez kilka ostatnich lat byłam związana z handlem, co nie ma nic wspólnego z moim wykształceniem i na pewno nie stanowi szczytu moich marzeń, życiowych ambicji i aspiracji. Najbardziej chciałabym pisać - książki, artykuły, felietony, recenzje...i blog w pewnym sensie pozwala mi tę pasję realizować.

6. Co lubisz robić w tzw. wolnym czasie?

Czytać, tańczyć, spędzać czas aktywnie na rowerze i na długich spacerach, urządzać sobie domowe SPA&Wellness :) 

7. Wymień 3 rzeczy, które wzięłabyś ze sobą na bezludną wyspę.

Wzięłabym ze sobą dobrą książkę, jakieś pożywienie i zapas wody – jak widać, nie mam wysokich wymagań ;)

8. Jaki jest Twój ulubiony kosmetyk?

Bardzo lubię wszelkie gruboziarniste, intensywne peelingi (cukrowe, solne, kawowe), które traktują moje ciało w pewnym sensie jak papier ścierny i mam dzięki nim wrażenie idealnego złuszczenia, oczyszczenia i wygładzenia skóry. 

 
9. Największa bzdura dotycząca dzieci/macierzyństwa, jaką słyszałaś?

Odnośnie macierzyństwa adopcyjnego – że do adopcji trafiają wyłącznie dzieci chore i z rodzin patologicznych (TAK ABSOLUTNIE NIE JEST!)

Odnośnie macierzyństwa w ogóle – że można ukształtować dziecko jak glinę i „ulepić” je wedle własnego widzimisię. 

10. Jedna dobra rada, jaką miałabyś dać mamie lub przyszłej mamie?

By ufała przede wszystkim własnej intuicji i wszelkie "dobre rady" traktowała z dużym dystansem, rozsądkiem i ostrożnością :)

11. Najfajniejsze miejsce na wakacje, w którym byłaś? 

Każde miejsce miało swój urok i niewątpliwe zalety, ale najbardziej podobało mi się chyba w Bieszczadach, na Mazurach i w Trójmieście.

1. Najbardziej nie lubię...

...fałszu, dwulicowości, udawania. 

2. Doceniam, gdy ktoś...

…nie wywyższa się, pozostaje sobą i nie pozwala, żeby „sodówka” uderzyła mu do głowy.

3. Dzięki blogowaniu chcę...

...uzewnętrznić siebie, ogarnąć własny emocjonalny "bałagan", poznać fajnych ludzi, a także pozostawić sobie i Synkowi fajną pamiątkę :) 

4. Ulubiona potrawa to...

...tradycyjne, swojskie pierogi z kapustą i grzybami. 

 
5. Gdybyś miała super moc i mogłabyś coś zmienić w naszym państwie, co by to było?

Chciałabym, żeby ludzie byli wobec siebie bardziej tolerancyjni i żeby zapanowała faktyczna swoboda głoszonych przekonań, nie narzucanych przez nikogo odgórnie jako jedyna słuszna prawda.  

6. Rodzina to...

...szczęście, spełnienie i świadomość tego, że ma się w życiu kogoś, na kim można polegać.  

7. Czym dla Ciebie są kosmetyki?

To odrobina luksusu dla ciała, która jednocześnie bardzo dobrze wpływa na moje samopoczucie, pozwala mi zatuszować pewne niedoskonałości i podkreślić atuty. 

8. Czy wzięłabyś udział w reality show?

Raczej nie, bo z reguły są to programy o żenująco niskim poziomie. 

9. Twoja definicja szczęścia.

Zdrowie + Synek + Mąż :) 


10. Gdybyś mogła być kimś innym, to kto by to był i dlaczego?   

Nie chciałabym być nikim innym, co nie oznacza, że pewnych rzeczy nie pragnęłabym w sobie zmienić ;) Chciałabym być osobą mniej asekuracyjną, bardziej pewną siebie, przebojową, która nie boi się w życiu zmian i skoków na tzw. "głęboką wodę".  

*** 

Sama niestety po raz kolejny trochę się wyłamię, bo wszystkie moje zaprzyjaźnione blogi 
już kilkukrotnie brały w tych nominacjach udział. 

Dlatego pytania mam tylko dwa i dla wszystkich, 
którzy zechcą na nie odpowiedzieć 
w komentarzach do tego posta :

1. Jaki jest Twój ulubiony cytat/życiowe motto.
2.  Czy blogowanie w jakiś znaczący sposób wpłynęło na Ciebie i Twoje życie?


środa, 13 kwietnia 2016

"Dlaczego żyrafa ma długą szyję?" oraz inne pytania odnośnie świata zwierząt, na które Ojciec Leon Knabit zapragnąl odpowiedzieć.

O tej książeczce miałam już kiedyś okazję czytać u Mamy Tygryska, niemniej jednak bardzo zaskoczyła mnie propozycja Wydawnictwa Esprit, bym również ja ją zrecenzowała. Już na wstępie zaznaczę, że jest to lektura skierowana zdecydowanie do osób wierzących, a wizja przedstawionego w niej świata to wizja świata stworzonego przez Pana Boga. Ja w swojej recenzji skupię się natomiast przede wszystkim na jej walorach literackich i edukacyjnych, ponieważ bardzo nie chciałabym, by dziecięca książeczka stała się przyczynkiem do kolejnej dyskusji ideologicznej czy światopoglądowej na łamach bloga. 


Autor książeczki - Ojciec Leon Knabit - to niewątpliwie człowiek o wielkiej wrażliwości i ogromnym poczuciu humoru. W bardzo interesujący, lekki i przystępny dla młodego czytelnika sposób opowiada nie tylko o powstawaniu świata i wszystkich istot na nim istniejących, ale również przeplata swą opowieść zabawnymi anegdotami z własnego życia, opisami swoich podróży, a nawet dowcipem z bardzo "długą brodą" , którego obecność jednak absolutnie mnie tam nie razi i do całego stylu pisania oraz reszty utworu pasuje moim zdaniem jak ulał :)

W jednej z opisywanych historii Ojciec Leon do złudzenia przypomina mi mojego 84-letniego Dziadka, który potrafił obłaskawić nawet najgroźniej wyglądające i najbardziej agresywne bezpańskie psy pałętające się swego czasu po naszej okolicy, które na wszystkich innych szczekały, powarkiwały lub wręcz rzucały się z zębami, natomiast wobec niego jedynego stawały się raptem łagodne i potulne jak baranki - ale to tylko taka maleńka, rzucona mimochodem dygresja...


Z charakterystyk poszczególnych zwierząt - a jest tam ich całkiem sporo, od tych gospodarskich i znanych nam "z widzenia", po te bardzo egzotyczne i występujące tylko na odległych lądach - można śmiało wywnioskować, że Ojciec Leon posiada na ich temat bardzo rozległą wiedzę, wynikającą zapewne nie tylko ze znajomości encyklopedycznych faktów, ale przede wszystkim z własnych obserwacji i obcowania z wieloma gatunkami zwierząt zarówno na co dzień, jak i chociażby podczas wypraw na safari.

Z książeczki dowiadujemy się już na wstępie, że bardzo wiele rzeczy na temat danego zwierzęcia można  wywnioskować z jego miny oraz spojrzenia - jednak w dalszej części okazuje się, że czasami to pierwsze wrażenie potrafi być też bardzo mylące, a więc nie należy zwierząt (podobnie jak ludzi) osądzać i oceniać wyłącznie po pozorach.

 
Mnich ubolewa także nad losem zwierząt przebywających w ogrodach zoologicznych, zamkniętych w klatkach oraz na wybiegach. Tutaj jego odczucia są bardzo zbliżone do moich osobistych refleksji, ponieważ również uważam to, nawet pomimo najlepszych zapewnionych tam warunków, za pewien rodzaj zniewolenia - i odnoszę nieodparte wrażenie, że większości gatunków wyrządza się w ten sposób wielką krzywdę. 

Bardzo podoba mi się przede wszystkim konkluzja, do jakiej dochodzi Ojciec Leon na ostatniej stronie - że "na świecie na pewno nie ma zwierząt niepotrzebnych" i że każde z nich odgrywa jakąś mniej lub bardziej znaczącą rolę w przyrodzie, w związku z którą zasługuje na ochronę, szacunek oraz inne pozytywne uczucia ze strony ludzi, którzy niestety często o tym zapominają i traktują "braci mniejszych" wyłącznie z pozycji posiadacza, zdobywcy lub wręcz...kata. 


Co mogę powiedzieć o samym wydaniu? Duży plus to na pewno twarda okładka oraz dość sztywne, grube kartki, które nawet najmłodsi czytelnicy mogą bez większych problemów samodzielnie przeglądać. Oprócz tego proporcje pomiędzy ilością tekstu i kolorowymi ilustracjami są bardzo wyważone - żaden z tych elementów w wyraźny sposób nie dominuje i oba stanowią ze sobą bardzo spójną, zachęcającą całość. 

Z oczywistych względów nie napiszę, że jest to lektura "uniwersalna" czy "dla wszystkich" - ale w mojej opinii może stanowić wspaniały prezent dla dziecka, któremu rodzice, dziadkowie czy chrzestni pragną ukazać piękno i bogactwo tego świata z perspektywy religii i wiary katolickiej. 


"Dlaczego żyrafy mają długą szyję?"
tekst: o. Leon Knabit OSB
ilustracje: Hanna Lebek
stron: 36


EDIT:

Wydawnictwo Esprit zaprasza wszystkie dzieci do wzięcia udziału 
w konkursie pod hasłem "Jestem przyjacielem zwierząt!"

Do wygrania egzemplarze recenzowanej powyżej książeczki 
z podpisami samego Ojca Leona i...Żyrafy Klary :)

 Jeśli jesteś przyjacielem zwierząt, opowiedz nam o tym za pomocą rysunku, wyklejanki
lub innej formy plastycznej (jesteśmy otwarci na propozycje!)

Nie zapomnij także o przedstawieniu siebie - 
zarówno my, jak i Żyrafa Klara, bardzo chcemy Cię poznać 

Konkurs trwa od 18 kwietnia do 6 maja br.

Prace plastyczne prosimy przesyłać na adres:

Wydawnictwo Esprit
ul. Przewóz 34 lok.100
30-716 Kraków 

Z nadesłanych prac wspólnie z Klarą wybierzemy dwie,  które nagrodzimy książeczkami. 
Wyniki ogłosimy 20 maja na naszym profilu na Facebooku. 

 

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

I Ty możesz mieć SUPER-DZIECKO ! Tylko czy faktycznie tędy droga?

"Takie teraz czasy. Każdy chce mieć super-chatę, super-samochód i super-pracę, a przy okazji również i super-dziecko." - usłyszałam ostatnio od pewnej znajomej mamy, którą notabene bardzo lubię i cenię i z której doświadczenia chętnie czerpię, bo do czynienia ma nie tylko z własnymi dziećmi, ale również z cudzymi, jako że zajmuje się zawodowo fizjoterapią i rehabilitacją maluszków. 

Powiem szczerze, że w pierwszej chwili zestawienie dziecka z przedmiotami, które można nabyć, kupić za pieniądze lub wymienić, jeśli status materialny nam na to pozwala, bardzo mi się nie spodobało - ale z perspektywy czasu chyba rozumiem, co Kasia miała na myśli...
 
***
 
Zupełnie normalne i oczywiste jest dla mnie, że jako świeżo upieczeni rodzice bardzo martwimy się i troszczymy o nasze dziecko i o jego prawidłowy rozwój. Z maniakalnym wręcz uporem wertujemy dziesiątki poradników i popadamy w czarną rozpacz, jeśli wydaje nam się, że potomek w jakikolwiek sposób odbiega od ogólnie przyjętych "norm". Może nawet w pewnym momencie zaczynamy pielgrzymować z nim po licznych gabinetach lekarskich  - zapominając, że każde dziecko ma swoje własne, indywidualne tempo i do pewnych rzeczy może dojrzewać dłużej, niż jego rówieśnicy.
 
Często bardzo gnębi nas i frustruje świadomość tego, że nasz szkrab jeszcze nie raczkuje/nie chodzi/nie gaworzy/nie mówi pełnymi zdaniami/nie zna kształtów, kolorów czy literek/nie potrafi policzyć do dziesięciu/pomimo długotrwałego treningu nie załatwia swoich potrzeb na nocniczku...Takie przykłady mogłabym chyba mnożyć w nieskończoność, bo właściwie na każdym etapie rozwoju udałoby się znaleźć coś, w czym nasze dziecko nieco "niedomaga", odstaje, nie nadąża za swoimi kolegami i koleżankami. 
 
***
 
Dodatkowo te nasze rodzicielskie obawy i wątpliwości podsycane są nieustannie przez reklamy i producentów najróżniejszych akcesoriów dla najmłodszych. Jeśli nie kupimy dziecku takiej to a takiej zabawki - jesteśmy wyrodni, bo nie dbamy o jego wszechstronny rozwój. Jeśli zamiast interaktywnego, wszystkomającego gadżetu dostanie od nas w prezencie zwykłego pluszowego misia - to błąd, bo tyle różnych sfer zaniedbujemy.  Jeśli nasze niemowlę podróżuje w wózku za zaledwie kilkaset złotych, a nie w najnowszym wehikule, który kosztuje niemal tyle, co używane auto  osobowe - shame on us! Wstydźmy się, bijmy w piersi, a przede wszystkim - sięgajmy do portfela ! 
 
Niektórzy rodzice popadają w skrajności tak straszne, że nie robią nic poza zapisywaniem i dowożeniem malucha na wciąż nowe zajęcia, warsztaty i kółka zainteresowań - bo przecież MUSI mieć jakiś talent, czymś się wyróżniać, w czymś deklasować pozostałe dzieciaki z podwórka i szkoły. I nieważne, że dziecko jest tym już do granic umęczone, że wcale nie sprawia mu to przyjemności i nie daje satysfakcji - i że bardziej realizuje w ten sposób aspiracje i oczekiwania swoich rodziców, niż spełnia własne marzenia...

Ale czy właśnie o to w życiu chodzi? Żeby zawsze nadążać, a nawet prześcigać innych - być we wszystkim najlepszym i zajmować niezmiennie pierwsze miejsce na podium? Już od najmłodszych lat brać udział w tym niemowlęcym "wyścigu szczurów"? No przecież nie ! Moim zdaniem bardziej liczą się starania, nawet niewielkie widoczne postępy, jakiś malutki progres - i to nic, że nie następuje on z prędkością światła i impetem tornada.
 
Sama mam już trzydziestkę na karku, a nadal pewnych rzeczy zrobić nie chcę lub zwyczajnie nie potrafię - i nie czuję się nawet na siłach, by próbować. Nie umiem pływać. Swoim gotowaniem prędzej kogoś otruję, niż nakarmię ;) W liceum przez całe trzy lata prosiłam naszego zaprzyjaźnionego lekarza o zwolnienie z WF-u, bo nie dawałam rady zrobić głupiego fikołka i wykonać skoku przez kozła. Wciąż nie mam prawa jazdy, choć moje nogi po kilkukilometrowym "spacerku" czasami aż krzyczą, że nie mają ochoty zasuwać wszędzie na piechotę...

Jeśli sami nie jesteśmy doskonali i utalentowani w każdej możliwej dziedzinie - 
dlaczego wymagamy tego od naszych dzieci? 
 
Bo nam samym coś  w życiu nie wyszło
 i nie powiodło się tak, jak to sobie zaplanowaliśmy? 
 
 
Osobiście marzę przede wszystkim o tym, by moje dziecko było zdrowe i szczęśliwe. Nie musi być "super" w znaczeniu takim, jak opisane powyżej - bo dla mnie jest super ZAWSZE i BEZ WZGLĘDU NA WSZYSTKO.

sobota, 9 kwietnia 2016

Oglądam "Wiadomości" i czuję ulgę...

Tak. Czuję wielką ulgę, że już nigdy w ciążę nie zajdę i że nigdy nie zostanę przez naszych polityków, ruchy pro-life oraz Kościół postawiona w sytuacji, którą wszystkie te środowiska pragną nam w Polsce zgotować. 

A jednocześnie solidaryzuję się i łączę w bólu z kobietami, które być może zostaną pozbawione prawa wyboru i samostanowienia - nawet w przypadkach tak skrajnych i dramatycznych, że w moim odczuciu nie powinny budzić żadnych wątpliwości i być poddawane jakiejkolwiek dyskusji. 


Nawet w okresie, kiedy bardzo pragnęłam mieć dziecko biologiczne i usilnie starałam się o zajście w ciążę - jednocześnie panicznie się tej ciąży (i samego porodu) obawiałam.  

W mojej rodzinie - u babci, mamy, niemal wszystkich ciotek i kuzynek - występowały najróżniejsze komplikacje okołoporodowe, problemy z donoszeniem, ciąże pozamaciczne i poronienia. W związku z tym gdzieś w głębi duszy przeczuwałam, że i ja tego nie uniknę - i byłam praktycznie pewna, że tych potencjalnych 9 miesięcy to nie będzie dla mnie czas wypełniony radosnym, niecierpliwym oczekiwaniem, tylko raczej paraliżującym, obezwładniającym strachem i obawą, czy wszystko pójdzie tak, jak pójść powinno.

Ostatecznie nigdy nie było mi dane w tę ciążę zajść  - być może właśnie w wyniku tej potężnej psychicznej blokady, która we mnie tkwiła - ale patrząc na to, co aktualnie dzieje się w naszej polityce oraz w kwestii zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, autentycznie cieszę się z faktu, że już nigdy tego "błogosławionego" stanu nie zaznam. 

(Bo przecież gdybym jednak zaszła, a potem poroniła - to być może przyszłoby mi tłumaczyć się z tego przed sądem, prokuraturą, ponosić za to odpowiedzialność karną jak jakiś kryminalista...)


Ochrona życia - jak najbardziej ! Nigdy nie byłam i nadal nie jestem zwolenniczką aborcji na życzenie, będącej rezultatem czyjegoś "widzimisię" i nagłego opamiętania się, że jednak na dziecko nie jesteśmy gotowi.

Ale ochrona jednego życia kosztem drugiego - absolutnie nie ! 

Ochrona życia dziecka kosztem jego niewyobrażalnego cierpienia, finalnie i tak zakończonego śmiercią...

Ochrona życia dziecka kosztem jego matki, którą w myśl proponowanych zapisów traktuje się wyłącznie jako inkubator i "wylęgarnię"...

Ochrona życia dziecka kosztem zniszczonej, złamanej, zdruzgotanej psychiki ofiary bestialskiego gwałtu, która po urodzeniu dziecka codziennie musi patrzeć na owoc tego, co ją spotkało...

Nie, nie i jeszcze raz NIE !

***

Po to Bóg dał nam wolną wolę, byśmy mogli sami dokonywać tego typu wyborów i ponosić ich wszelkie konsekwencje.

Po to dał nam sumienie, byśmy mogli w nim rozstrzygać. 

Każdy człowiek powinien mieć prawo do ochrony swojego zdrowia i życia. Ta ustawa niestety kobiety takiego prawa pozbawia i uderza w ich godność - a jej pomysłodawcy, propagatorzy i zwolennicy chcą być chyba ważniejsi i bardziej wszechmocni od samego Pana Boga. 

 ***

W ciągu kilku minionych lat kolejni rządzący skutecznie wyleczyli mnie z patriotyzmu, natomiast Kościół coraz skuteczniej leczy mnie z praktykowania mojej wiary. 
 
W chwili obecnej, kiedy myślę o sytuacji w naszym państwie i o tym, dokąd to wszystko zmierza - mam  niestety odczucia, jakbym nieopatrznie weszła w pozostawioną na chodniku psią kupę. Czuję niesmak i obrzydzenie i chcę jak najszybciej pozbyć się tego smrodu i brudu z mojej podeszwy...