Już jesteśmy jedną nogą za drzwiami, już prawie w drodze na nasz upragniony urlop na Orawie - ale jeszcze wpadłam na bloga opowiedzieć Wam o tym, jakie błędy popełniliśmy w tamtym roku, wyjeżdżając na wakacje z dzieckiem. Tematyka posta będzie nadmorska, choć Bałtyk czeka na nas dopiero w lipcu - ale rady raczej uniwersalne i warto trzymać się ich niezależnie od miejsca pobytu :)
BŁĄD NR 1. Wszystkiego za dużo.
Pamiętam doskonale czasy przed dzieckiem, kiedy to zabierałam ze sobą niemal całą zawartość swojej szafy, bo przecież na każdą okoliczność trzeba było mieć pod ręką inną kieckę i "stylizację"- na wieczorny spacer po plaży długie i zwiewne prześwity, na obiad w mieście elegancką princeskę, a na nocny clubbing coś absolutnie wystrzałowego. W swej naiwności myślałam, że z dzieckiem również tak będzie (ha,ha!)...
...a tymczasem - zupełnie nie ma takiej potrzeby (ani możliwości). W zasadzie wystarczyłby mi jeden strój kąpielowy i pareo do kompletu, ponieważ Bąbel i tak najchętniej w ogóle nie schodziłby z plaży i spędzał na niej czas od ósmej rano aż do zapadnięcia zmroku.
Podobnie zresztą jest z kosmetykami, których kiedyś miałam ze sobą zawsze całą dodatkową walizeczkę. Aktualnie peeling robię sobie, spacerując z dzieckiem na boso po drobnych kamyczkach. Maseczki miewam z mokrego piasku i wodorostów, a włosy - czesane wiatrem i stylizowane słoną, morską wodą ;) Dlatego z domu zabieram tylko to, co absolutnie konieczne i niezbędne.
Pamiętam też pierwszy wypad z Bąblem nad morze w tamtym roku - i to, jak nasz samochód wręcz uginał się pod ciężarem tych wszystkich zabawek i gadżetów, z których potem większości nawet nie wyciągnęliśmy z bagażnika, bo okazały się nam kompletnie nieprzydatne w obliczu tylu innych, nowych atrakcji.
Tym razem spakowaliśmy tylko kilka książeczek i pluszowego misia, towarzyszącego Bąblowi podczas usypiania - i wszystko bez najmniejszego problemu zmieściło się w tej niewielkiej, kociej walizce :)
BŁĄD NR 2. Wszędzie za daleko.
To akurat rozumie się samo przez się. Zupełnie inaczej jest iść na plażę tylko z przerzuconym przez ramię ręcznikiem, a zupełnie inaczej nieść ze sobą dziecięce koło do pływania w kształcie żaby, dmuchany materacyk, zestaw wiaderek, foremek, grabek i łopatek w rozmiarze XXL oraz spacerowy wózek, którym po piasku daleko nie zajedziesz.
W tamtym roku odległa lokalizacja naszego pensjonatu bardzo dotkliwie przypominała nam o sobie praktycznie podczas każdego wyjścia - i robiła to bolesnymi zakwasami, pęcherzami na zmęczonych stopach oraz omdlewającymi rękoma, które już nie miały sił taszczyć tego plażowego majdanu przez calutkie miasto.
BŁĄD NR 3. Zbyt szczegółowy plan.
Kiedyś do naszych urlopów podchodziłam wręcz obsesyjnie skrupulatnie. Zawsze musiałam mieść bardzo skonkretyzowany plan, wszystkie atrakcje wyszczególnione na komputerowym wydruku i generalnie cały harmonogram zwiedzania rozpisany tak dokładnie, jak pracowniczy grafik.
Na chwilę obecną - nauczona doświadczeniami z poprzedniego roku - przestałam planować cokolwiek. Pójdziemy tam, gdzie nas oczy i nogi poniosą. Zobaczymy to, co akurat będzie do obejrzenia. Zjemy obiad tam, skąd dobiegną najprzyjemniejsze dla naszych nozdrzy zapachy ;) Będziemy spontaniczni i elastyczni jak cyrkowa kobieta-guma, bo z dzieckiem i tak nie sposób wszystkich zamierzeń zrealizować - więc lepiej nastawić się na totalną improwizację, niż odczuwać potem niedosyt, że nie wypełniło się któregoś z zaplanowanych punktów ;)
BŁĄD NR 1. Wszystkiego za dużo.
Pamiętam doskonale czasy przed dzieckiem, kiedy to zabierałam ze sobą niemal całą zawartość swojej szafy, bo przecież na każdą okoliczność trzeba było mieć pod ręką inną kieckę i "stylizację"- na wieczorny spacer po plaży długie i zwiewne prześwity, na obiad w mieście elegancką princeskę, a na nocny clubbing coś absolutnie wystrzałowego. W swej naiwności myślałam, że z dzieckiem również tak będzie (ha,ha!)...
...a tymczasem - zupełnie nie ma takiej potrzeby (ani możliwości). W zasadzie wystarczyłby mi jeden strój kąpielowy i pareo do kompletu, ponieważ Bąbel i tak najchętniej w ogóle nie schodziłby z plaży i spędzał na niej czas od ósmej rano aż do zapadnięcia zmroku.
Podobnie zresztą jest z kosmetykami, których kiedyś miałam ze sobą zawsze całą dodatkową walizeczkę. Aktualnie peeling robię sobie, spacerując z dzieckiem na boso po drobnych kamyczkach. Maseczki miewam z mokrego piasku i wodorostów, a włosy - czesane wiatrem i stylizowane słoną, morską wodą ;) Dlatego z domu zabieram tylko to, co absolutnie konieczne i niezbędne.
Pamiętam też pierwszy wypad z Bąblem nad morze w tamtym roku - i to, jak nasz samochód wręcz uginał się pod ciężarem tych wszystkich zabawek i gadżetów, z których potem większości nawet nie wyciągnęliśmy z bagażnika, bo okazały się nam kompletnie nieprzydatne w obliczu tylu innych, nowych atrakcji.
Tym razem spakowaliśmy tylko kilka książeczek i pluszowego misia, towarzyszącego Bąblowi podczas usypiania - i wszystko bez najmniejszego problemu zmieściło się w tej niewielkiej, kociej walizce :)
BŁĄD NR 2. Wszędzie za daleko.
To akurat rozumie się samo przez się. Zupełnie inaczej jest iść na plażę tylko z przerzuconym przez ramię ręcznikiem, a zupełnie inaczej nieść ze sobą dziecięce koło do pływania w kształcie żaby, dmuchany materacyk, zestaw wiaderek, foremek, grabek i łopatek w rozmiarze XXL oraz spacerowy wózek, którym po piasku daleko nie zajedziesz.
W tamtym roku odległa lokalizacja naszego pensjonatu bardzo dotkliwie przypominała nam o sobie praktycznie podczas każdego wyjścia - i robiła to bolesnymi zakwasami, pęcherzami na zmęczonych stopach oraz omdlewającymi rękoma, które już nie miały sił taszczyć tego plażowego majdanu przez calutkie miasto.
BŁĄD NR 3. Zbyt szczegółowy plan.
Kiedyś do naszych urlopów podchodziłam wręcz obsesyjnie skrupulatnie. Zawsze musiałam mieść bardzo skonkretyzowany plan, wszystkie atrakcje wyszczególnione na komputerowym wydruku i generalnie cały harmonogram zwiedzania rozpisany tak dokładnie, jak pracowniczy grafik.
Na chwilę obecną - nauczona doświadczeniami z poprzedniego roku - przestałam planować cokolwiek. Pójdziemy tam, gdzie nas oczy i nogi poniosą. Zobaczymy to, co akurat będzie do obejrzenia. Zjemy obiad tam, skąd dobiegną najprzyjemniejsze dla naszych nozdrzy zapachy ;) Będziemy spontaniczni i elastyczni jak cyrkowa kobieta-guma, bo z dzieckiem i tak nie sposób wszystkich zamierzeń zrealizować - więc lepiej nastawić się na totalną improwizację, niż odczuwać potem niedosyt, że nie wypełniło się któregoś z zaplanowanych punktów ;)
P.S. I jeszcze zdradzę Wam, że jest na Orawie ktoś, kto ponoć bardzo intensywnie nas oczekuje. Kobieto Na Szpilkach - szykuj się, bo nadciągamy z siłą tornada ;) Relacja z pobytu i pierwszego blogerskiego spotkania w realu - jak tylko wrócimy do domu :)


