Kiedy wybieramy się na wycieczkę do jednego z okolicznych miast, praktycznie za każdym razem przechodzimy obok czegoś w rodzaju skateparku - i za każdym razem spędzamy tam przynajmniej godzinę, bo Bąbel po prostu nie może oderwać wzroku od wszystkich prezentowanych tam popisów.
W miniony weekend postanowiliśmy zadebiutować już nie tylko w charakterze obserwatorów, ale również czynnych uczestników - tym bardziej, że już wcześniej zdarzało nam się pożyczać cudze wehikuły i (z bardzo różnym skutkiem) próbować na nich swoich sił ;)
Niejedna z Was pewnie puka się w tym momencie znacząco w czoło i myśli sobie: "Z dwulatkiem do skateparku? Chyba ich trochę za bardzo poniosło!" Ale nie martwcie się : nie spuściliśmy Juniora na jego nowej hulajnodze z najwyższej rampy ani nie usiłowaliśmy nakłonić go do zrobienia salta w tył - a większość pozostałych spotkanych tam przez nas "skaterów" były to dzieci w wieku do lat 12, dla których takie miejsce jest często po prostu jedynym lub ulubionym sposobem na spędzenie wakacji w mieście.
I właściwie o tym zasadniczo miał być dzisiejszy post. Miałam opowiedzieć Wam o naszym rodzinnym weekendzie i o nowym Bąblowym nabytku, którego testowaniem zajmujemy się już od jakiegoś czasu dzięki uprzejmości Króla Zabawek. Miałam też wspomnieć o tym, że szukaliśmy z Małżem modelu, który będzie stosunkowo niedrogi, lekki, "rosnący" razem z dzieckiem oraz składany do takich rozmiarów, by nie zajmował zbyt dużo przestrzeni w Bąblowym pokoju i mieścił się bez problemu w samochodowym bagażniku - i że Classic Scooter dokładnie wszystkie te wymogi spełnia...
Jednak w trakcie naszych weekendowych szaleństw rzuciła mi się w oczy jeszcze jedna rzecz, której po prostu nie mogę zostawić bez komentarza - a mianowicie fakt, że było wokół nas naprawdę bardzo niewielu rodziców, którzy bawili się tam równie świetnie i mieli prawdziwą frajdę z towarzyszenia swoim dzieciom. Znakomita większość stała w pewnym oddaleniu, marudziła, klęła pod nosem i tylko czekała, aż dziecku znudzi się jazda i aż będą mogli zabrać je z powrotem do domu.
No cóż, chyba naprawdę nietypowa ze mnie matka. Dziwadło jakieś, zasługujące na adnotację w kronice osobliwości. Nie dość, że sama szusowałam na hulajnodze pomiędzy tymi wszystkimi dzieciakami, to jeszcze nie omieszkałam wielokrotnie zjechać z rampy na wiadomej części ciała, a potem spacerować z takim brudnym, zakurzonym tyłkiem po mieście i w ogóle się tym nie przejmować ;)
Ośmieliłam się nawet - zamiast tylko dreptać obok, podtrzymywać i asekurować na szczególnie ostrych zakrętach - podwędzić hulajnogę na jakiś czas i przejechać się nią w szaleńczym pędzie wzdłuż głównej alei, podczas gdy Bąbel został z tatą nieco z tyłu, zajmując się zbieraniem kamyczków i innych skarbów. O matko wyrodna ! No po prostu nie mogłam się oprzeć ! ;)
Zdarza mi się trafiać na najróżniejsze opinie innych ludzi, traktujące o tym, co kobiecie będącej matką jeszcze przystoi, a czego już absolutnie robić nie wypada. Zazwyczaj bardzo mnie one bawią albo skutkują grymasem zdumienia na mojej twarzy - ponieważ z wielu z nich wynika, że jako kobieta już "dzieciata" powinnam niezwłocznie zaopatrzyć się w garsonkę w stonowanych kolorach, ostrzyc włosy na klasycznego "pazia", a wszystkie swoje dżinsowe szorty, dopasowane topy i krótkie sukienki rozdać biednym ;)
Zdaniem
niektórych osób będąc w tym wieku i mając dziecko należy chyba przejść
metamorfozę w wytworną matronę, elegancką damę, niewiastę bardzo
dystyngowaną i
śmiertelnie poważną, która nie ma już prawa wpaść od czasu do czasu w
tak zwaną
"głupawkę".
Ale wiecie co? Gwiżdżę na całą tę dworską etykietę i wszystkie konwenanse, jakimi według niektórych powinno być obudowane macierzyństwo. Jako matka nie stanę się nagle, z dnia na dzień posągową postacią wyjętą żywcem z "Dumy i uprzedzenia", tudzież jakiejś innej XIX-wiecznej powieści. W końcu między innymi po to jestem mamą, żeby rozwinąć w moim dziecku spontaniczność, zaszczepić w nim radość życia i chęć zabawy - a przede wszystkim uodpornić je na cudze opinie i nauczyć, że powinno postępować w zgodzie z samym sobą. A że się przy tym niekiedy trochę powygłupiam, pobrudzę, być może wyjdę nawet na osobę lekko stukniętą i pozbawioną piątej klepki - to już naprawdę niewiele mnie obchodzi ! ;)
W miniony weekend postanowiliśmy zadebiutować już nie tylko w charakterze obserwatorów, ale również czynnych uczestników - tym bardziej, że już wcześniej zdarzało nam się pożyczać cudze wehikuły i (z bardzo różnym skutkiem) próbować na nich swoich sił ;)
Niejedna z Was pewnie puka się w tym momencie znacząco w czoło i myśli sobie: "Z dwulatkiem do skateparku? Chyba ich trochę za bardzo poniosło!" Ale nie martwcie się : nie spuściliśmy Juniora na jego nowej hulajnodze z najwyższej rampy ani nie usiłowaliśmy nakłonić go do zrobienia salta w tył - a większość pozostałych spotkanych tam przez nas "skaterów" były to dzieci w wieku do lat 12, dla których takie miejsce jest często po prostu jedynym lub ulubionym sposobem na spędzenie wakacji w mieście.
I właściwie o tym zasadniczo miał być dzisiejszy post. Miałam opowiedzieć Wam o naszym rodzinnym weekendzie i o nowym Bąblowym nabytku, którego testowaniem zajmujemy się już od jakiegoś czasu dzięki uprzejmości Króla Zabawek. Miałam też wspomnieć o tym, że szukaliśmy z Małżem modelu, który będzie stosunkowo niedrogi, lekki, "rosnący" razem z dzieckiem oraz składany do takich rozmiarów, by nie zajmował zbyt dużo przestrzeni w Bąblowym pokoju i mieścił się bez problemu w samochodowym bagażniku - i że Classic Scooter dokładnie wszystkie te wymogi spełnia...
Jednak w trakcie naszych weekendowych szaleństw rzuciła mi się w oczy jeszcze jedna rzecz, której po prostu nie mogę zostawić bez komentarza - a mianowicie fakt, że było wokół nas naprawdę bardzo niewielu rodziców, którzy bawili się tam równie świetnie i mieli prawdziwą frajdę z towarzyszenia swoim dzieciom. Znakomita większość stała w pewnym oddaleniu, marudziła, klęła pod nosem i tylko czekała, aż dziecku znudzi się jazda i aż będą mogli zabrać je z powrotem do domu.
No cóż, chyba naprawdę nietypowa ze mnie matka. Dziwadło jakieś, zasługujące na adnotację w kronice osobliwości. Nie dość, że sama szusowałam na hulajnodze pomiędzy tymi wszystkimi dzieciakami, to jeszcze nie omieszkałam wielokrotnie zjechać z rampy na wiadomej części ciała, a potem spacerować z takim brudnym, zakurzonym tyłkiem po mieście i w ogóle się tym nie przejmować ;)
Ośmieliłam się nawet - zamiast tylko dreptać obok, podtrzymywać i asekurować na szczególnie ostrych zakrętach - podwędzić hulajnogę na jakiś czas i przejechać się nią w szaleńczym pędzie wzdłuż głównej alei, podczas gdy Bąbel został z tatą nieco z tyłu, zajmując się zbieraniem kamyczków i innych skarbów. O matko wyrodna ! No po prostu nie mogłam się oprzeć ! ;)
Zdarza mi się trafiać na najróżniejsze opinie innych ludzi, traktujące o tym, co kobiecie będącej matką jeszcze przystoi, a czego już absolutnie robić nie wypada. Zazwyczaj bardzo mnie one bawią albo skutkują grymasem zdumienia na mojej twarzy - ponieważ z wielu z nich wynika, że jako kobieta już "dzieciata" powinnam niezwłocznie zaopatrzyć się w garsonkę w stonowanych kolorach, ostrzyc włosy na klasycznego "pazia", a wszystkie swoje dżinsowe szorty, dopasowane topy i krótkie sukienki rozdać biednym ;)
Ale wiecie co? Gwiżdżę na całą tę dworską etykietę i wszystkie konwenanse, jakimi według niektórych powinno być obudowane macierzyństwo. Jako matka nie stanę się nagle, z dnia na dzień posągową postacią wyjętą żywcem z "Dumy i uprzedzenia", tudzież jakiejś innej XIX-wiecznej powieści. W końcu między innymi po to jestem mamą, żeby rozwinąć w moim dziecku spontaniczność, zaszczepić w nim radość życia i chęć zabawy - a przede wszystkim uodpornić je na cudze opinie i nauczyć, że powinno postępować w zgodzie z samym sobą. A że się przy tym niekiedy trochę powygłupiam, pobrudzę, być może wyjdę nawet na osobę lekko stukniętą i pozbawioną piątej klepki - to już naprawdę niewiele mnie obchodzi ! ;)
A jak to jest u Was, drogie Mamy?
Lubicie czasem wyluzować i pójść na żywioł,
czy raczej zawsze staracie się "trzymać fason"?
czy raczej zawsze staracie się "trzymać fason"?
Waszym zdaniem wypada to, czy nie wypada? ;)






