Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Motylarnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Motylarnia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 lipca 2016

A może Niechorze... - czyli o tym, czym różnią się nadbałtyckie wakacje z roczniakiem od tych z dwulatkiem?

Kilka dni nas nie było. Odpoczęłam trochę od blogosfery, wylogowałam się do realnego życia i poświęciłam ten czas jedynie Bąblowi, Małżowi oraz naszym wspólnym, rodzinnym sprawom. Przyznam się, że wieczorami rzucałam jednym okiem na Wasze posty i statusy na FB, ale generalnie udało mi się znaleźć ten magiczny przycisk, który przeniósł mnie w tryb offline i pozwolił cieszyć się tylko tym, co "tu i teraz". 


Niechorze przywitało nas naprawdę piękną, słoneczną pogodą - która towarzyszyła nam już potem przez cały pobyt i dzięki której wszystkie spakowane na wszelki wypadek kurtki, swetry i dżinsy okazały się na szczęście zupełnie nieprzydatne :)


Ponieważ nasza doba hotelowa zaczynała się dopiero o 14, pierwszym odwiedzonym przez nas miejscem była oczywiście plaża - z samego rana prawie zupełnie pusta, więc do towarzystwa mieliśmy niemal wyłącznie siebie i stado rozwrzeszczanych mew. 

Właśnie takie morze lubimy najbardziej - spokojne, bez dzikich tłumów, bez sprzedawców zachwalających na całe gardło walory swojej "GORRRĄCEJ KUUUKURYDZY !!!"  tudzież "jagodzianek dwusmakowych: jagodowo-jagodowych !" ;) Kiedy tylko tłum zaczął gęstnieć, a wokół nas przybywało coraz to nowych kocyków, ręczników i parawanów - zarządziliśmy natychmiastową ewakuację ;)


Tym razem zatrzymaliśmy się nie w prywatnej kwaterze, nie w pensjonacie, nie na kempingu - tylko w hotelu New Corner, położonym strategicznie przy głównej ulicy Niechorza. Z jednej strony okazało się to dla nas błogosławieństwem, bo wszędzie mieliśmy stamtąd stosunkowo blisko - a z drugiej nocowanie przy otwartych oknach było ze względu na uliczne hałasy mocno utrudnione, natomiast przy zamkniętych w pokoju panował nieco męczący zaduch.


W każdym razie - całkiem sympatyczne miejsce z dyskretną, nie narzucającą się obsługą. Coś w sam raz dla nas, ponieważ bardzo nie lubimy, kiedy ktoś nam zbyt mocno nadskakuje i próbuje nas trochę na siłę uszczęśliwić - a tu poza pełną swobodą mieliśmy jeszcze śniadania na bogato w formie szwedzkiego stołu i fajny teren rekreacyjny z placykiem zabaw i jacuzzi (z którego jednak nie korzystaliśmy - no bo kto by korzystał, kiedy kilka metrów dalej plaża i prawdziwe morskie fale?!;) )



O atrakcjach Niechorza na pewno większość z Was już przynajmniej słyszała - a założę się, że również korzystała z nich osobiście :) Po szybkim ogarnięciu nowej hotelowej przestrzeni i wakacyjnej rzeczywistości zabraliśmy Bąbla do Parku Miniatur, gdzie poza  najpopularniejszymi latarniami morskimi zebranymi z całego wybrzeża obejrzeć można również pomniejszone okręty i makietę Nadmorskiej Kolei Wąskotorowej, o której będzie jeszcze mowa :)



Prawda jest jednak taka, że nasz Junior jedynie pozorował zainteresowanie wszystkimi tymi misternymi, wykonanymi z dbałością o każdy szczegół modelami - bo w rzeczywistości najbardziej interesowało go tamtejsze bajorko i roślinki, które jako zapalony ogrodnik podlewał obficie swoją wodą mineralną z butelki ;)



Kolejnym odwiedzonym przez nas miejscem była Motylarnia. Niby nic wielkiego. Niby oprowadzanie naszej wycieczki przez przewodnika po tym niepozornym pawilonie trwało zaledwie kilkanaście minut - ale za to były to minuty naprawdę niezapomniane, z pięknymi okazami fruwającymi tuż nad naszymi głowami, lądującymi na naszych włosach i ramionach...


Po raz pierwszy mieliśmy okazję z tak niewielkiej odległości podziwiać najróżniejsze egzotyczne gatunki motyli, które wcale się nas nie bały i konsumowały sobie w najlepsze pozostawione przez pracowników owoce. Niektóre z nich wciąż jeszcze wisiały w swoich kokonach w tak zwanej "wylęgarni" - a kilka nawet wylazło z nich na świat na naszych oczach...Takiego to cudu narodzin  byliśmy świadkami ! :)


A takie piękne widoki rozciągały się już z latarni morskiej, na którą udało mi się wejść nawet pomimo lęku wysokości i zupełnie nieodpowiedniego obuwia na dziesięciocentymetrowych koturnach (które zresztą bardzo szybko zmieniłam na japonki, a i tak przez pozostałą część naszego pobytu przemieszczałam się głównie na boso :) )



Zanim zaczęliśmy swoją wspinaczkę po mocno zakręconych schodach byłam przekonana, że to ja za chwilę będę musiała Bąbla asekurować, nieść, targać na rękach aż na samą górę. A tymczasem to mamie zabrakło kondycji, zdyszała się biedna, omal płuc nie wypluła - podczas gdy Młody dawał sobie radę naprawdę świetnie i maszerował dziarsko jak nigdy przedtem ;)



Jeśli będziecie zastanawiać się kiedyś nad tym, którą z plaż w Niechorzu wybrać na swoją destynację - to polecam właśnie ten bardziej malowniczy odcinek w pobliżu latarni. Woda jest tam i jakaś cieplejsza, i czystsza, i mniej w niej wodorostów (być może dlatego, że większość z nich została już wcześniej wyrzucona na brzeg tak jak te na zdjęciu, żeby Bąbel mógł sobie znów coś popodlewać ;) )


W samym mieście na pewno nie można przeoczyć tej oto sympatycznej foki - słynnej Depki, która swego czasu bardzo często gościła w okolicach Niechorza, wylegiwała się na niechorskiej plaży i była jedyną  żyjącą przedstawicielką swojego gatunku w tym rejonie Bałtyku. 

Foka doczekała się nawet własnego pomnika i skwerku nazwanego jej imieniem, do którego ciągnęły tłumnie całe rodziny. Bąbel też bardzo chętnie z nią pozował, a jeszcze chętniej karmił suchą bułą, dawał buziaki i siedział na niej okrakiem, pokrzykując..."Wio, KONIKU!" ;) - i był niesamowicie zazdrosny, kiedy inne dzieci chciały uwiecznić się z nią na pamiątkowej fotografii.


A odpowiadając na pytanie zadane w tytule posta: otóż, nadmorskie wakacje z roczniakiem od tych z dwulatkiem w moim przekonaniu różnią się wręcz DIAMETRALNIE.  

Oczywiście nasz Bąbel zarówno jako roczniak, jak i jako dwulatek ma swoje humory, swoje lepsze i gorsze momenty, swoje histerie i zagrania, po których mamy ochotę zwyczajnie zapaść się ze wstydu pod ziemię.  Oczywiście niezależnie od wieku zdarzają mu się dni, kiedy każdy pretekst jest dobry, żeby urządzić nam awanturę w samym środku miasta, zwrócić na siebie uwagę wszystkich przechodniów albo ściągnąć z restauracyjnego stolika obrus wraz z całą znajdującą się na nim zastawą...



...ale jednak ten dwulatek to już taka cwańsza bestia, w której oczach daje się odczytać prawdziwy błysk zrozumienia, fascynacji i zainteresowania jakimś zwiedzanym miejscem - i można już z nim nawet całkiem sensownie podyskutować, powymieniać się spostrzeżeniami, a po powrocie zdać relację z pobytu dziadkom, sąsiadom i wszystkim innym nadarzającym się słuchaczom ;) 

A kiedy potem przez cały kolejny dzień przeżywa, gdzie to on nie był, czego to nie widział, jaką to fajną ciuchcią nie jechał - to aż buzia sama się uśmiecha na te jego dziecięce wspominki - i ma człowiek poczucie, że chyba właśnie wykonał kawałek dobrej roboty, pokazując swojemu dziecku kolejny fragment wielkiego świata...


Jeśli Wy też chcecie się dowiedzieć, dokąd powiozła nas ta fajna ciuchcia -
czekajcie na ciąg dalszy naszej nadmorskiej opowieści ;)