Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nadmorska Kolej Wąskotorowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nadmorska Kolej Wąskotorowa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 lipca 2016

Torpedowcem w piękny rejs... - Rewal, Kołobrzeg i impreza masowa z dzieckiem.

Też jest Wam tak trudno wrócić do rzeczywistości i codziennej rutyny po każdym urlopie? Ja od tygodnia ciałem jestem już w domu, natomiast myślami nadal na gorących nadbałtyckich plażach - dlatego dzisiaj jeszcze pomęczę Was drugą częścią naszej wakacyjnej relacji, a w przyszłym tygodniu będzie już tematyka nieco cięższego kalibru, bo całe mnóstwo różnych przemyśleń mi się w międzyczasie nazbierało...



Na czym to ja skończyłam? A tak! W trakcie naszego pobytu wybraliśmy się z Niechorza na dość długą przejażdżkę Nadmorską Koleją Wąskotorową. Kursuje sobie taka zabytkowa ciuchcia na dwóch bardzo malowniczych trasach, z których sami zdecydowaliśmy się na tę krótszą - mającą 10 kilometrów i obejmującą 6 różnych przystanków.  Za całodniowy bilet zapłaciliśmy łącznie około 70 złotych - i upoważniał on nas do nieograniczonej liczby przejazdów, więc moim zdaniem nie jest to cena zbyt wygórowana. 


Jeszcze przed wyjazdem znajomi trochę nastraszyli nas, że ich półtorarocznemu synkowi ten środek lokomocji zupełnie nie przypadł do gustu - podobno urządził im iście dantejską scenę, darł się w wniebogłosy i musieli wysiadać z nim niemal w biegu już na pierwszym możliwym postoju. Na szczęście naszemu Bąblowi jazda bardzo się spodobała, niesłychanie dzielnie zniósł całą trasę, a ostatecznie zatrzymaliśmy się w Rewalu, gdzie największą atrakcją okazały się dla niego tamtejsze wieloryby i miejskie wodotryski:





Akurat czas w Rewalu spędziliśmy dość leniwie i spokojnie, jak na nasze rodzinne standardy :) Małe zakupy, wizyta na placu zabaw, obserwacja plaży i morza z tarasu widokowego...Zrobiliśmy też (już drugie w naszej historii) podejście do "Parku Wieloryba" - jednak znów zastaliśmy tam kolejkę tak potężną, że po prostu nie wyobrażaliśmy sobie oczekiwania w niej z dwuletnim dzieckiem, na ponad 30-stopniowym skwarze...



Następnego dnia wybraliśmy się do Kołobrzegu. Sam wypad mieliśmy w planach już od dłuższego czasu, natomiast dopiero za sprawą Matki Na Szczycie i wakacyjnych wojaży jej rodzinki dowiedzieliśmy się o możliwości odbycia rejsu prawdziwym okrętem torpedowym, który dawniej był częścią kołobrzeskiej floty, a wykorzystywano go również podczas kręcenia filmów o legendarnym Hansie Klossie.


Jak widać na załączonych zdjęciach, na konkurencyjnych mijanych po drodze statkach panował spory tłok i ścisk. My natomiast mieliśmy na torpedowcu bardzo dużo miejsca, pełen komfort i możliwość swobodnego przeczesywania wszystkich zakamarków - poczynając od wieżyczki na samej górze, a kończąc na kajutach znajdujących się pod podłogą.


Na szczęście pogoda była tego dnia znakomita, a morze bardzo spokojne i wyciszone. Żadna woda nie wlewała się przez burtę, ani troszkę nami nie kołysało i nikt nie przypłacił tej atrakcji nawet najmniejszymi objawami choroby morskiej (czego chyba najbardziej obawialiśmy się, wchodząc na pokład po spuszczonym przez załogę trapie).



Kolejną kołobrzeską atrakcję również zawdzięczamy mieszkańcom Szczytu - a było to dość nietypowe Miasto Myszy, w którym mogliśmy podziwiać sympatyczne gryzonie w okolicznościach imitujących mysią norę oraz ciągi kanalizacyjne, znajdujące się w podziemiach każdego miasta. 

Oświetlenie było tam raczej skąpe, więc trochę czasu minęło, zanim nasze oczy przyzwyczaiły się do panujących ciemności. Jednak Bąblowi ani trochę nie przeszkadzało to w bardzo szybkim przemieszczaniu się po poszczególnych korytarzach i mysich "komnatach" - do tego stopnia, że momentami aż trudno było za nim nadążyć.


A ponieważ od kołobrzeskiego portu wiedzie już bardzo niedaleka droga do Kamiennego Szańca - przejdę teraz do tematu dość kontrowersyjnego i wywołującego w rodzicach bardzo różne, niekiedy niesamowicie skrajne emocje. Mianowicie : imprezy masowe z dziećmi. 

Dla osób które zaglądają na naszego bloga już od dłuższego czasu nie jest chyba żadną tajemnicą, że dość często bywamy z Bąblem na najróżniejszych koncertach, festiwalach i plenerowych eventach muzycznych, które z założenia nie są przeznaczone dla dzieci - a jednocześnie zawsze jest tam tych dzieci całkiem sporo i nie obowiązują żadne zakazy czy obostrzenia w tej kwestii. 

Dużo się o tym ostatnio naczytałam - poznałam naprawdę mnóstwo odmiennych punktów widzenia,  zdań i argumentów. Śledziłam nawet blogowe relacje kilku mam, które były ze swoimi pociechami na tegorocznym Przystanku Woodstock - ale zdaję sobie sprawę, że dla niektórych osób jest to zupełnie nie do pomyślenia i może spotkać się z falą ostrej krytyki. Tylko jeśli ja i moja rodzina jesteśmy z tego tytułu zadowoleni i szczęśliwi, a moje dziecko po prostu uwielbia potańczyć sobie gdzieś z boczku, poobserwować innych tańczących i występujących na scenie ludzi - to sorry, ale opinia "opozycji" w tym temacie naprawdę niewiele mnie obchodzi :)

Tak wygląda tego typu impreza z lotu ptaka...


...a tak wygląda niewielki skrawek przestrzeni, który sami sobie na niej wygospodarowaliśmy: w bezpiecznej odległości od głośników i największego natężenia hałasu, gdzie ilość decybeli pozwalała na zupełnie swobodną rozmowę bez przekrzykiwania się i efektu "dzwonienia" w uszach. 

O ile nigdy nie zabrałabym swojego dziecka na posiadówkę ze znajomymi w zadymionym barze w centrum miasta - o tyle festiwale na świeżym powietrzu, w otoczeniu piasku i wody, są dla mnie świetną okazją, żeby spędzić na nich kilka godzin całą rodziną (i najwyraźniej nie jestem w tej konkluzji odosobniona - biorąc pod uwagę fakt, że obok nas przewijały się nawet szkraby znacznie młodsze od Bąbla, w towarzystwie swoich rodziców i dziadków). 



To tyle nadmorskiego spamu :) Życzę Wam miłego weekendu i do usłyszenia wkrótce - wrócę do Was najprawdopodobniej ze sporą dawką osobistych wynurzeń i świetną akcją pod hasłem Active Blog, w której też będę miała przyjemność wziąć udział.

wtorek, 26 lipca 2016

A może Niechorze... - czyli o tym, czym różnią się nadbałtyckie wakacje z roczniakiem od tych z dwulatkiem?

Kilka dni nas nie było. Odpoczęłam trochę od blogosfery, wylogowałam się do realnego życia i poświęciłam ten czas jedynie Bąblowi, Małżowi oraz naszym wspólnym, rodzinnym sprawom. Przyznam się, że wieczorami rzucałam jednym okiem na Wasze posty i statusy na FB, ale generalnie udało mi się znaleźć ten magiczny przycisk, który przeniósł mnie w tryb offline i pozwolił cieszyć się tylko tym, co "tu i teraz". 


Niechorze przywitało nas naprawdę piękną, słoneczną pogodą - która towarzyszyła nam już potem przez cały pobyt i dzięki której wszystkie spakowane na wszelki wypadek kurtki, swetry i dżinsy okazały się na szczęście zupełnie nieprzydatne :)


Ponieważ nasza doba hotelowa zaczynała się dopiero o 14, pierwszym odwiedzonym przez nas miejscem była oczywiście plaża - z samego rana prawie zupełnie pusta, więc do towarzystwa mieliśmy niemal wyłącznie siebie i stado rozwrzeszczanych mew. 

Właśnie takie morze lubimy najbardziej - spokojne, bez dzikich tłumów, bez sprzedawców zachwalających na całe gardło walory swojej "GORRRĄCEJ KUUUKURYDZY !!!"  tudzież "jagodzianek dwusmakowych: jagodowo-jagodowych !" ;) Kiedy tylko tłum zaczął gęstnieć, a wokół nas przybywało coraz to nowych kocyków, ręczników i parawanów - zarządziliśmy natychmiastową ewakuację ;)


Tym razem zatrzymaliśmy się nie w prywatnej kwaterze, nie w pensjonacie, nie na kempingu - tylko w hotelu New Corner, położonym strategicznie przy głównej ulicy Niechorza. Z jednej strony okazało się to dla nas błogosławieństwem, bo wszędzie mieliśmy stamtąd stosunkowo blisko - a z drugiej nocowanie przy otwartych oknach było ze względu na uliczne hałasy mocno utrudnione, natomiast przy zamkniętych w pokoju panował nieco męczący zaduch.


W każdym razie - całkiem sympatyczne miejsce z dyskretną, nie narzucającą się obsługą. Coś w sam raz dla nas, ponieważ bardzo nie lubimy, kiedy ktoś nam zbyt mocno nadskakuje i próbuje nas trochę na siłę uszczęśliwić - a tu poza pełną swobodą mieliśmy jeszcze śniadania na bogato w formie szwedzkiego stołu i fajny teren rekreacyjny z placykiem zabaw i jacuzzi (z którego jednak nie korzystaliśmy - no bo kto by korzystał, kiedy kilka metrów dalej plaża i prawdziwe morskie fale?!;) )



O atrakcjach Niechorza na pewno większość z Was już przynajmniej słyszała - a założę się, że również korzystała z nich osobiście :) Po szybkim ogarnięciu nowej hotelowej przestrzeni i wakacyjnej rzeczywistości zabraliśmy Bąbla do Parku Miniatur, gdzie poza  najpopularniejszymi latarniami morskimi zebranymi z całego wybrzeża obejrzeć można również pomniejszone okręty i makietę Nadmorskiej Kolei Wąskotorowej, o której będzie jeszcze mowa :)



Prawda jest jednak taka, że nasz Junior jedynie pozorował zainteresowanie wszystkimi tymi misternymi, wykonanymi z dbałością o każdy szczegół modelami - bo w rzeczywistości najbardziej interesowało go tamtejsze bajorko i roślinki, które jako zapalony ogrodnik podlewał obficie swoją wodą mineralną z butelki ;)



Kolejnym odwiedzonym przez nas miejscem była Motylarnia. Niby nic wielkiego. Niby oprowadzanie naszej wycieczki przez przewodnika po tym niepozornym pawilonie trwało zaledwie kilkanaście minut - ale za to były to minuty naprawdę niezapomniane, z pięknymi okazami fruwającymi tuż nad naszymi głowami, lądującymi na naszych włosach i ramionach...


Po raz pierwszy mieliśmy okazję z tak niewielkiej odległości podziwiać najróżniejsze egzotyczne gatunki motyli, które wcale się nas nie bały i konsumowały sobie w najlepsze pozostawione przez pracowników owoce. Niektóre z nich wciąż jeszcze wisiały w swoich kokonach w tak zwanej "wylęgarni" - a kilka nawet wylazło z nich na świat na naszych oczach...Takiego to cudu narodzin  byliśmy świadkami ! :)


A takie piękne widoki rozciągały się już z latarni morskiej, na którą udało mi się wejść nawet pomimo lęku wysokości i zupełnie nieodpowiedniego obuwia na dziesięciocentymetrowych koturnach (które zresztą bardzo szybko zmieniłam na japonki, a i tak przez pozostałą część naszego pobytu przemieszczałam się głównie na boso :) )



Zanim zaczęliśmy swoją wspinaczkę po mocno zakręconych schodach byłam przekonana, że to ja za chwilę będę musiała Bąbla asekurować, nieść, targać na rękach aż na samą górę. A tymczasem to mamie zabrakło kondycji, zdyszała się biedna, omal płuc nie wypluła - podczas gdy Młody dawał sobie radę naprawdę świetnie i maszerował dziarsko jak nigdy przedtem ;)



Jeśli będziecie zastanawiać się kiedyś nad tym, którą z plaż w Niechorzu wybrać na swoją destynację - to polecam właśnie ten bardziej malowniczy odcinek w pobliżu latarni. Woda jest tam i jakaś cieplejsza, i czystsza, i mniej w niej wodorostów (być może dlatego, że większość z nich została już wcześniej wyrzucona na brzeg tak jak te na zdjęciu, żeby Bąbel mógł sobie znów coś popodlewać ;) )


W samym mieście na pewno nie można przeoczyć tej oto sympatycznej foki - słynnej Depki, która swego czasu bardzo często gościła w okolicach Niechorza, wylegiwała się na niechorskiej plaży i była jedyną  żyjącą przedstawicielką swojego gatunku w tym rejonie Bałtyku. 

Foka doczekała się nawet własnego pomnika i skwerku nazwanego jej imieniem, do którego ciągnęły tłumnie całe rodziny. Bąbel też bardzo chętnie z nią pozował, a jeszcze chętniej karmił suchą bułą, dawał buziaki i siedział na niej okrakiem, pokrzykując..."Wio, KONIKU!" ;) - i był niesamowicie zazdrosny, kiedy inne dzieci chciały uwiecznić się z nią na pamiątkowej fotografii.


A odpowiadając na pytanie zadane w tytule posta: otóż, nadmorskie wakacje z roczniakiem od tych z dwulatkiem w moim przekonaniu różnią się wręcz DIAMETRALNIE.  

Oczywiście nasz Bąbel zarówno jako roczniak, jak i jako dwulatek ma swoje humory, swoje lepsze i gorsze momenty, swoje histerie i zagrania, po których mamy ochotę zwyczajnie zapaść się ze wstydu pod ziemię.  Oczywiście niezależnie od wieku zdarzają mu się dni, kiedy każdy pretekst jest dobry, żeby urządzić nam awanturę w samym środku miasta, zwrócić na siebie uwagę wszystkich przechodniów albo ściągnąć z restauracyjnego stolika obrus wraz z całą znajdującą się na nim zastawą...



...ale jednak ten dwulatek to już taka cwańsza bestia, w której oczach daje się odczytać prawdziwy błysk zrozumienia, fascynacji i zainteresowania jakimś zwiedzanym miejscem - i można już z nim nawet całkiem sensownie podyskutować, powymieniać się spostrzeżeniami, a po powrocie zdać relację z pobytu dziadkom, sąsiadom i wszystkim innym nadarzającym się słuchaczom ;) 

A kiedy potem przez cały kolejny dzień przeżywa, gdzie to on nie był, czego to nie widział, jaką to fajną ciuchcią nie jechał - to aż buzia sama się uśmiecha na te jego dziecięce wspominki - i ma człowiek poczucie, że chyba właśnie wykonał kawałek dobrej roboty, pokazując swojemu dziecku kolejny fragment wielkiego świata...


Jeśli Wy też chcecie się dowiedzieć, dokąd powiozła nas ta fajna ciuchcia -
czekajcie na ciąg dalszy naszej nadmorskiej opowieści ;)