Nigdy nie lubiłam, kiedy Małż coś mi "sponsorował". Zwłaszcza wtedy, kiedy był dopiero PRZYSZŁYM Małżem. I nawet wtedy, kiedy sama pozostawałam przez jakiś czas bez pracy (ale na szczęście wspomagała mnie uczelnia, wypłacając w miarę przyzwoite stypendium naukowe).
Kiedy wychodziliśmy razem do restauracji, kina czy pubu, każdy płacił za siebie albo pokrywaliśmy koszty po połowie. Na nasze pierwsze wspólne wakacje nad morzem (jeszcze w liceum) pożyczyłam pieniądze od rodziców, a potem spłacałam im w ratach, jak tylko udało mi się dostać na kilkumiesięczny staż.
Czułam się naprawdę niekomfortowo, kiedy to M. wyciągał portfel i upierał się, by uregulować jakiś rachunek czy dorzucić coś do sukienki, na widok której zaświeciły mi się oczy. W takich sytuacjach w powietrzu niemal zawsze wisiała awantura, bo on - już samodzielnie zarabiający na własne utrzymanie - bardzo chciał zrobić mi prezent, a ja bardzo mocno się przed tym broniłam. Nawet drobne na frytki w McDonaldzie wciskałam mu niemal siłą do kieszeni.
Czułam się naprawdę niekomfortowo, kiedy to M. wyciągał portfel i upierał się, by uregulować jakiś rachunek czy dorzucić coś do sukienki, na widok której zaświeciły mi się oczy. W takich sytuacjach w powietrzu niemal zawsze wisiała awantura, bo on - już samodzielnie zarabiający na własne utrzymanie - bardzo chciał zrobić mi prezent, a ja bardzo mocno się przed tym broniłam. Nawet drobne na frytki w McDonaldzie wciskałam mu niemal siłą do kieszeni.
I również teraz - choć jesteśmy parą od lat niemal 11, a małżeństwem od niemal 6 - sporo mi z tych dawnych nawyków pozostało. Nie chcę być od kogoś tak zupełnie, totalnie uzależniona finansowo - nawet decydując się na bezpłatny wychowawczy; nawet nie planując powrotu do miejsca, w którym jestem aktualnie zatrudniona; nawet nie mając zbyt wielkich zachcianek i możliwości wydawania kasy, pozostając z dzieckiem w domu przez 90% swojego czasu.
Dlatego postanowiłam coś z tym zrobić. Zadbać o własne, osobiste "wacikowe", które będę mogła przeznaczyć na swoje i TYLKO SWOJE* potrzeby i które uchroni mnie przed koniecznością uskuteczniania żenującej "żebraniny" za każdym razem, kiedy skończy mi się krem pod oczy albo ulubione perfumy.
(Oczywiście Małż nie miałby absolutnie nic przeciwko, by również tego typu wydatki pokrywać - ale ja sama, dla własnego dobrego samopoczucia, wolę posiadać pewne "zaplecze", mieć w portfelu chociaż parę złotych, chociaż jakieś minimalne wpływy do naszego domowego budżetu wykazywać).
I udało się! Robię drobne tłumaczenia. Przepisuję na komputerze cudze odręczne bazgroły (czasami dodając coś od siebie i poprawiając liczne błędy, bo niekiedy trafiają mi się naprawdę grafomańskie teksty ;) ) Zdarza mi się też popełnić jakąś prezentację w PowerPoincie, obrobić pliki w Photoshopie, rozesłać kilka maili z ofertami, wystawić parę aukcji w popularnych serwisach...Nic wielkiego czy dobrze płatnego, ale JEST! - i daje mi chociaż tę NAMIASTKĘ** niezależności oraz poczucie, że jeszcze do czegoś się nadaję poza matkowaniem, sprzątaniem, zmienianiem pieluchy, podawaniem butelki z mlekiem...
Mała rzecz, a cieszy niesamowicie! I co najważniejsze, nie koliduje jakoś specjalnie z wychowaniem Młodego Człowieka - bo robię to wszystko w porze drzemek albo wieczorami, kiedy już go ostatecznie do snu ułożę :) Zastanawiam się nawet poważnie, czy właśnie taka forma zatrudnienia nie odpowiadałaby mi najbardziej w przyszłości. Praca zdalna, świadczona z domowego zacisza, bez konieczności utrzymywania stałego, bezpośredniego kontaktu 'face to face' z kimkolwiek...
A co Wy myślicie na ten temat? Zdecydowałybyście się na coś takiego? Czy raczej ważne jest dla was "wyjście do ludzi", intensywna socjalizacja i integracja z zespołem?
Mała rzecz, a cieszy niesamowicie! I co najważniejsze, nie koliduje jakoś specjalnie z wychowaniem Młodego Człowieka - bo robię to wszystko w porze drzemek albo wieczorami, kiedy już go ostatecznie do snu ułożę :) Zastanawiam się nawet poważnie, czy właśnie taka forma zatrudnienia nie odpowiadałaby mi najbardziej w przyszłości. Praca zdalna, świadczona z domowego zacisza, bez konieczności utrzymywania stałego, bezpośredniego kontaktu 'face to face' z kimkolwiek...
A co Wy myślicie na ten temat? Zdecydowałybyście się na coś takiego? Czy raczej ważne jest dla was "wyjście do ludzi", intensywna socjalizacja i integracja z zespołem?
* tak naprawdę to NIE TYLKO SWOJE potrzeby, bo przeważnie kończy się na zakupie kolejnych książeczek/zabawek/ubranek dla Bąbla za te fundusze ;)
**NAMIASTKĘ, ponieważ - nie oszukujmy się - wszystkie grubsze wydatki, opłaty i raty kredytu ogarnia Małż. Jednak mam nadzieję, że po zakończeniu mojego urlopu wychowawczego się to zmieni i wreszcie i w tej kwestii zapanuje prawdziwe równouprawnienie w naszym związku ;)

