Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Zakamarki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Zakamarki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 lutego 2016

"Dziwne zwierzęta" Lotty Olsson - o tym, jak pięknie i zabawnie można się różnić.


Zastanawiałyście się kiedyś, jakie jest najdziwniejsze zwierzę na świecie? Zagadnienie to dosłownie spędza sen z powiek sympatycznego mrówkojada i jego sprytnej przyjaciółki orzesznicy - bohaterów książki "Dziwne zwierzęta" autorstwa Lotty Olsson. 


Co więcej,  mrówkojadowi wydaje się, że to właśnie on jest tym najdziwniejszym, najbardziej specyficznym i nietypowym okazem - i z jednej strony mu to schlebia, z drugiej sprawia przykrość, a generalnie rzecz biorąc sam już nie wie, co powinien o tym wszystkim myśleć. 

Postanawia więc ogłosić konkurs na najdziwniejsze zwierzę, na który już wkrótce napływają dziesiątki zgłoszeń, grupowanych przez orzesznicę wedle znanych tylko jej kryteriów.


Na pewno zżera Was ciekawość i bardzo chcecie wiedzieć, kto jest zwierzęciem "dziwnym bez wątpienia", kto jedynie "prawdopodobnie dziwnym", a kto "zupełnie zwyczajnym" i niczym się nie wyróżniającym...

A ja Wam powiem, że to wcale nie jest najważniejsze - bo zdecydowanie bardziej istotny jest sposób, w jaki zaprezentowano wszystkie te dylematy i przebieg całej rozgrywki pomiędzy poszczególnymi gatunkami - oraz to, co one same mają na swój temat do powiedzenia :)


Warto zaznaczyć, że mrówkojad i orzesznica to osobnicy niesamowicie postępowi, którzy stosują rozwiązania i technologie na miarę XXI wieku; a przede wszystkim są "onlajn" i dysponują Siecią, misternie utkaną na tyłach domu przez zaprzyjaźnionego pająka krzyżaka ;) To właśnie dzięki niej możliwy jest stały, nieprzerwany napływ formularzy, spośród których ma zostać wyłoniony ostateczny zwycięzca.


Piszą zatem zarówno zwierzęta bardzo egzotyczne, zamieszkujące odległe krainy, jak i te "swojskie", znane czytelnikowi z widzenia, w których pozornie nic już nie zaskakuje - a jednak każde z nich ma w zanadrzu jakąś cechę, która wyróżnia je spośród całego zwierzyńca i stanowi dobry powód, by nagrodzić jej posiadacza przewidzianym przez organizatorów tortem.

Dodatkowo każdy uczestnik ma swój własny, niepowtarzalny styl, operuje charakterystycznym slangiem i powiedzonkami. Jedni są wyluzowani i swobodni, a inni silą się na bardzo oficjalne, formalne zwroty. Niektórzy podpisują się pod zgłoszeniem odciskiem własnej łapy czy kopyta, a chiński grzywacz próbuje zaskarbić sobie sympatię jurorów, wysyłając im własną poezję ;)


Dla Bąbla oczywiście największą atrakcją książeczki na tym etapie okazały się ilustracje, ale już nieco starszy czytelnik dowie się mnóstwa interesujących rzeczy odnośnie jeża, łuskowca, dziobaka czy też pospolitego żuka gnojowego, mrówki albo krowy.   


Mnie osobiście najbardziej urzekł chyba list jętki oraz przemycone w nim motto "Carpe diem!", które przez mrówkojada zostało oczywiście w mgnieniu oka zupełnie przeinaczone i przemianowane na "Capricciosa!" ;) 

Jest tu zresztą zdecydowanie więcej takich "kwiatków", zabawnych przejęzyczeń, żonglerki słowem i jego znaczeniem - a filozoficzne dysputy pary głównych bohaterów niejednokrotnie sprawiły, że Mąż zerkał na mnie jak na osobę niespełna rozumu, ponieważ nie byłam w stanie powstrzymać się w trakcie lektury od radosnego "wyszczerzu" od ucha do ucha, tudzież obłąkańczego chichotu ;)


"Dziwne zwierzęta" to książka z gatunku tych, o których chciałoby się powiedzieć zdecydowanie więcej - i to w samych superlatywach - ale po prostu, najzwyczajniej w  świecie...brakuje słów! 

Są tu i niesamowite postaci, z którymi można się z łatwością utożsamić, i wysokich lotów humor oraz ciekawy koncept, i niewątpliwe walory edukacyjne, i wieńczące całą fabułę przesłanie. Serdecznie zachęcam do tego, żeby samodzielnie je odkryć - a być może również odnaleźć w sobie jakieś cechy, które uczynią nas największym "oryginałem" :)


"Dziwne zwierzęta"
tekst: Lotta Olsson
ilustracje: Maria Nilsson Thore
Wydawnictwo Zakamarki
rok wydania: 2012
stron: 108

środa, 10 lutego 2016

Albert Albertson - nowy Bąblowy kumpel :)

Dziś chciałabym przedstawić Wam pewnego bardzo sympatycznego, młodego człowieka :) 

To bohater książeczek Gunilli Bergström, który kilka dni temu zamieszkał na naszym dziecięcym regale, z miejsca skradł moje serce, a i Bąbel niesamowicie go polubił. Nic dziwnego zresztą, bo obaj są do siebie w niektórych zachowaniach tak podobni, że nie zdziwiłabym się wcale, gdyby łączyło ich jakieś pokrewieństwo ;) Myślę, że gdyby Albert Albertson istniał naprawdę, mogliby zostać bardzo dobrymi kolegami, a może nawet serdecznymi przyjaciółmi.


W paczce od Zakamarków przyszły do nas dwie książeczki z zabawnymi przygodami Alberta. W pierwszej chłopiec ma dopiero cztery lata - i niesamowite problemy z zaśnięciem. Zanim zdecyduje się położyć w swoim łóżeczku i pozwolić, by ostatecznie zmorzył go sen - musi najpierw odbyć swój codzienny, skomplikowany rytuał, w którym towarzyszy mu dzielny i cierpliwy (aczkolwiek strasznie już zmęczony) tato.


Albert najpierw przypomina sobie o umyciu zębów, potem prosi tatę o przyniesienie czegoś do picia (i zupełnie "przypadkiem" to picie rozlewa), jeszcze później chce mu się siusiu, boi się wyimaginowanego lwa z szafy oraz domaga odnalezienia pod łóżkiem ulubionego pluszowego misia, bez którego zasnąć nie sposób ;)


Zakończenia tej - jakże zbliżonej do naszych osobistych doświadczeń - historii zdradzać nie będę, bo nie chcę pozbawiać przyjemności tych, którzy również zdecydują się po nią sięgnąć. Powiem tylko, że jest to sytuacja, z którą chyba większość rodziców miała w swojej karierze do czynienia, bardzo "z życia wzięta" i zapewne wielu z Was znakomicie znana ;)

***

W drugiej opowieści sześcioletni Albert dołącza już do grona "zerówkowiczów" - i w przeciwieństwie do niektórych swoich rówieśników przejawia wielką niechęć do wszelkich form przemocy. Nie lubi się kłócić, bić, za wszelką cenę unika używania siły - a kiedy sam zostanie przez kogoś zaatakowany, natychmiast się wycofuje i poddaje.


Wszyscy wokół snują najróżniejsze domysły, skąd w Albercie taka ogromna awersja do bójek. Dzieci przypuszczają, że najzwyczajniej w świecie bić się nie potrafi i ma za mało siły, by skutecznie odeprzeć ciosy. Babcia myśli sobie, że jest  po prostu wyjątkowo grzecznym dzieckiem - i chwali go za to na każdym kroku. Tato Alberta wręcz zachęca go do obrony własnej, organizuje nawet w domu wspólne treningi i bardzo chętnie nauczyłby go kilku podstawowych chwytów - jednak chłopiec pozostaje w swej postawie nieprzejednany.


Jesteście ciekawi, jak poradzi sobie Albert z grupą nękających go rozrabiaków, jaka jest prawdziwa przyczyna jego "pacyfistycznej" postawy oraz czym zdobędzie sobie uznanie w oczach wszystkich kolegów? Zachęcam do lektury, bo naprawdę warto ! :)

***

Osobiście na pewno dopilnuję, by i inne książeczki z serii o Albercie znalazły się już wkrótce w naszych rodzinnych zbiorach. Pomimo, że jego postać wykreowana została na początku lat 70. i że Albert pochodzi ze Szwecji, jego perypetie są wciąż jak najbardziej aktualne i uniwersalne - dotyczą chyba wszystkich dzieci i rodziców świata, niezależnie od długości i szerokości geograficznej.

Czytając, nie sposób się nie uśmiechnąć od ucha do ucha - tak miłą aparycję ma nasz bohater, tak  ciekawe wnioski wysnuwa i tak jest w tym wszystkim zbliżony do naszych rodzimych Jasiów, Szymków i Piotrusiów :) Myślę, że niejeden młody czytelnik sam bez trudu odkryje w nim swoje własne, dziecięce cechy i emocje, ponieważ książeczki napisane są językiem bardzo przystępnym, nieskomplikowanym i dostosowanym do wieku odbiorcy.

Jedynie postaci mamy nieco mi w tych historyjkach brakowało, ale jest całe mnóstwo innych propozycji w literaturze dla dzieci, które to właśnie ją umieszczają w roli głównej, ojców traktując często jako postaci raczej epizodyczne - więc może to i dobrze, że tym razem to tato gra pierwsze skrzypce :)


 "Dobranoc, Albercie Albertsonie"(str. 28)
 "Czy jesteś tchórzem, Albercie?" (str. 32)
tekst i ilustracje:  Gunilla Bergström
Wydawnictwo Zakamarki
rok wydania:  2012 / 2014

Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że w styczniu tego roku miała miejsce premiera ekranizacji przygód Alberta, którą też z pewnością obejrzymy - a w zakładkach mojego bloga można znaleźć namiary na konkursy organizowane przez Wydawnictwo Zakamarki, również z tym sympatycznym bohaterem związane :)


wtorek, 2 lutego 2016

"Chusta babci" Asy Lind - czyli jak rozmawiać z dzieckiem o śmierci...

Jak rozmawiać z maluchem o śmierci? Zupełnie wprost czy też za pomocą jakiejś misternie utkanej metafory? A z dzieckiem starszym, które już sporo rozumie - nadal rozmawiać, czy też pozwolić mu samodzielnie to zagadnienie przepracować i "oswoić"?

Książeczka Asy Lind pt. "Chusta babci" nie udziela czytelnikowi jednoznacznych odpowiedzi na powyższe pytania, nie podaje ich na tacy jako gotowego produktu, nie oferuje żadnej prostej i sprawdzonej recepty. Ukazuje za to jeden z ostatnich dni życia babci z perspektywy dwójki jej wnucząt, które przeczuwają - choć nikt z dorosłych tego głośno nie wyartykułował - że powrót staruszki ze szpitala wcale nie jest równoznaczny z jej powrotem do zdrowia.


W domu panuje wielki rwetes, rozgardiasz i gorączkowa krzątanina. Jest tu cała rodzina, wiecznie ujadający pies, mama z miską pełną klopsików dla gości i skaleczony palec młodszego kuzyna, wymagający natychmiastowego opatrzenia. Są też brzęczące filiżanki, pyrkoczące na gazie garnki oraz sąsiedzi, którzy płaczą - podobno ze szczęścia, choć miny mają wcale niewesołe... 

Jedyne, czego Biliamowi i jego kuzynce ewidentnie tam brakuje - to miejsce, w którym można zupełnie spokojnie i we dwójkę pomyśleć (a trzeba wiedzieć, że młodzi bohaterowie bardzo myślenie lubią i często je uskuteczniają - i już sam ten fakt wzbudza we mnie ogromną, niekłamaną sympatię w stosunku do nich).


Dzieci postanawiają zatem wygospodarować choć skrawek własnej przestrzeni, w którym mogłyby z dala od zgiełku pewne rzeczy rozważyć, zastanowić się, poukładać sobie wszystko w swoich kilkuletnich głowach. Na balkonie marzną, z łazienki zostają przez dorosłych przepędzone, a  od taty Biliama słyszą nawet, że mają przestać się wygłupiać - zupełnie jakby zrobiły coś niegrzecznego, "złego albo zabronionego". 


Jedynie siedząca w fotelu babcia zdaje się doskonale tę dziecięcą potrzebę rozumieć i chętnie użycza wnukom miejsca pod swoją chustą, udzielając im tym samym bezpiecznego schronienia, azylu i kryjówki przed panującym na zewnątrz chaosem.


A pod chustą  dzieją się rzeczy naprawdę magiczne i niesamowite, których nikt postronny by się po takim zwykłym kawałku materiału z pewnością nie spodziewał. Jest tam "i wschód, i zachód słońca. I las, gdyby ktoś chciał pochodzić po lesie. I wieżowiec, gdyby ktoś chciał pojeździć windą. I łodzie, żeby się nie utopić".

Można tam w spokoju rozmyślać o wszystkim, co tylko podsunie bohaterom ich dziecięca logika oraz wyobraźnia - o rzeczach bardzo wesołych, radosnych i wywołujących uśmiech, ale również o tych poważnych, smutnych, skomplikowanych i niepojętych, które wprowadziły wielki zamęt do dziecięcych umysłów. Można chociażby zastanawiać się, jak będzie wyglądał świat, kiedy ukochanej babci już na nim zabraknie...


Autorka książeczki operuje językiem bardzo poetyckim, obfitującym w symbole, metafory i porównania. Nie będzie on raczej zrozumiały dla trzy- czy czterolatka, lecz już ze starszym dzieckiem spokojnie można się nad tą propozycją pochylić.

Można pochylić się również samemu - co z wielką przyjemnością i ja uczyniłam - ponieważ jej niesłychanie mądry przekaz także dla osób dorosłych będzie z pewnością uderzający i skłaniający do głębokiej refleksji, a przy tym zupełnie nienachalny i nie narzucający odgórnie jakichkolwiek objawionych prawd.

Najmłodszych zaciekawią natomiast charakterystyczne ilustracje autorstwa Joanny Hellgren, które sprawiają wrażenie wykonanych dziecięcą, nieco niewprawną jeszcze ręką i budzą nieodparte skojarzenia z rysunkami ze szkolnej wystawy.


Osobiście postrzegam "Chustę babci" jako swego rodzaju dziecięcy manifest. Kilkuletni bohaterowie praktycznie na każdej stronie udowadniają dorosłemu czytelnikowi, że dzieci są bardzo spostrzegawcze, bystre i posiadają swoją niezawodną intuicję, która w żadnym wypadku nie powinna być przez nas bagatelizowana - i w związku z tym mają prawo być traktowane poważnie, adekwatnie do zaistniałej sytuacji.

Przede wszystkim doskonale wyczuwają panującą wokół atmosferę, dostrzegają każde porozumiewawcze spojrzenie, każdy nawet delikatnie zmieniony tembr głosu, reagują jak barometr na wszelkie pojawiające się w rodzinie napięcia i emocje. I są w stanie bardzo szybko wychwycić ogromny rozdźwięk pomiędzy tym, co się naprawdę dzieje, a tym, co dorośli usiłują im wmówić oraz  - często dość nieudolnie - przed nimi ukryć i zamaskować...


A więc - rozmawiać czy nie rozmawiać?

Tę kwestię Asa Lind pozostawia wciąż otwartą i nie do końca rozstrzygniętą.  Jeśli tak - to zupełnie szczerze, z szacunkiem, nie stosując uników i nie posługując się półprawdą. Jeśli nie - to przynajmniej ofiarować dziecku ten kawałek przestrzeni, tę odrobinę ciszy i spokoju, by mogło samo dojść do pewnych wniosków oraz znaleźć odpowiednie "obrazy i słowa" dla określenia własnych emocji.

"Chusta babci"
tekst: Asa Lind
ilustracje: Joanna Hellgren
stron: 28

środa, 27 stycznia 2016

"Zapiski Babci..." - niech i Ona się wykaże ! :)

Zupełnie oczywiste jest, że chcemy wszystkie najważniejsze, przełomowe momenty w życiu naszego dziecka jak najlepiej zapamiętać, utrwalić i jak najbardziej skrupulatnie udokumentować - na zdjęciach, filmach, w kronikach, pamiętnikach czy na blogu.

Dlatego też zapisujemy w pięknych albumach najpierw przebieg ciąży (również tej adopcyjnej :) ), potem daty wyżynania się kolejnych ząbków, adnotacje odnośnie pierwszej zjedzonej marcheweczki, pierwszych słów, pierwszych kroków i generalnie rzecz biorąc wszystkich tych "pierwszych razów", których jesteśmy jako rodzice świadkami. Kiedy za jakiś czas nasza pociecha otrzyma od nas w prezencie takie grube, pękate tomisko - będzie to dla niej istna skarbnica wiedzy !

A gdyby tak podejść do tematu nieco przewrotnie, od troszkę innej strony? 

Bo co nasze dziecko będzie wiedziało chociażby o...własnej babci?  Zapamięta pewnie, że nosiła okulary, robiła na drutach, częstowała je mlecznymi karmelkami, piekła najlepszą na świecie szarlotkę, a na czwarte urodziny podarowała mu pluszowego króliczka, którego ma do dziś...

Ale czy będzie orientowało się, w jakich warunkach dorastała, jakie były jej ulubione zabawki i sposoby spędzania wolnego czasu, do jakich szkół chodziła, jakie miała marzenia, w jakich okolicznościach poznała dziadka, dokąd wspólnie podróżowali i w jakim duchu wychowywali swoje dzieci ?

Szczerze wątpię - a nawet jeśli niektóre historie z jej życia zostaną dziecku opowiedziane, to przekaz ustny jest przecież tak niesamowicie ulotny...Zdecydowanie lepiej te babcine wspomnienia spisać i zgromadzić w pewnym szczególnym, przeznaczonym do tego miejscu !

 "Zapiski Babci. Wspomnienia dla moich wnuków."
Wydawnictwo Zakamarki
rok wydania : 2015
stron: 64

Właśnie taki album znalazł się w naszym domu z myślą o jednej z Bąblowych babć - tej "zaciętej literacko", która już od jakiegoś czasu deklarowała chęć, by swojej pasji pisania dać upust :)


Jest to książeczka raczej oszczędna w treści i formie. Zawiera minimalną ilość gotowego, drukowanego tekstu oraz bardzo symboliczne elementy graficzne, dzięki czemu wypełniająca ją babcia będzie miała zdecydowanie większe pole do popisu i możliwość zaaranżowania wolnej powierzchni zupełnie po swojemu - własnymi rysunkami, przemyśleniami, istotnymi cytatami...Nie zabraknie jej też miejsca na wklejenie rodzinnych fotografii czy stworzenie uproszczonego drzewa genealogicznego.


Idea książeczki jest taka, by babcine wpisy nie odnosiły się wyłącznie do suchych faktów, dat i konkretnych wydarzeń. Chodzi również o to, by przekazać wnukowi pewne przemyślenia, cząstkę własnej życiowej mądrości, osobiste refleksje na temat posiadania dzieci i wnuków, dojrzewania, starzenia się oraz popełnionych życiowych błędów, których z pewnością nie warto powielać.

Babcia może też opowiedzieć wnukowi o tym, jak na niego czekała, jakie emocje jej wtedy towarzyszyły, co jego pojawienie się zmieniło w jej życiu, postrzeganiu świata oraz sposobie myślenia.


Całość jest bardzo przejrzysta, klarowna i nieskomplikowana, a poszczególne etapy życia pojawiają się chronologicznie, a więc podejrzewam, że nawet babcie nieco bardziej wiekowe nie będą miały problemu z poruszaniem się po książeczce oraz jej wypełnianiem.

Dla mnie osobiście bardzo ważne jest, że propozycja ta nie unika słowa "adopcja" - i stawia je w równym rzędzie z  wyrazem "narodziny", tuż obok siebie,  oddzielone ukośnikiem. Niestety bardzo nieliczne tego typu publikacje uwzględniają i taką możliwość - kiedy szukałam odpowiedniej kroniki jeszcze przed pojawieniem się Bąbla, wszędzie mowa była wyłącznie o ciąży i narodzinach dziecka z brzuszka, natomiast o tym z serduszka nikt wspomnieć nie raczył...


Jestem przekonana, że będzie to dla naszego synka piękna i bardzo cenna pamiątka - a dla babci ogromna radość, że może mu choć cząstkę siebie i swoich wspomnień w ten sposób ofiarować.

Muszę jeszcze do czegoś się Wam przyznać. Przez pewien czas wręcz korciło mnie, żeby zachować książeczkę dla siebie, na bliżej nieokreśloną przyszłość - bym sama mogła podobne notatki dla własnego wnuka prowadzić i podarować mu je w prezencie ;) Ostatecznie się powstrzymałam i postanowiłam jednak babcię uszczęśliwić. Pierwsze notatki już poczyniła, a kolejne strony wciąż czekają na zapełnienie :)



Zainteresowanym podpowiem jeszcze, że nakładem Wydawnictwa Zakamarki 
ukazały się także analogiczne "Zapiski Dziadka..."

środa, 20 stycznia 2016

O skrzacie, który nie śpi.

Siedzę w fotelu otulona ciepłym kocem, jedną ręką trzymając kubek z gorącym, parującym kakao, a drugą kartkując strony. Odkąd jestem mamą, bardzo rzadko zdarzają mi się chwile tak błogie i ciche zarazem - w których słychać jedynie tykanie kuchennego zegara i które mam na wyłączność, w całości tylko dla siebie. 

Spoglądam przez okno, próbując odgadnąć rozciągającą się na zewnątrz ciemność. Wytężam wzrok i widzę wydobywający się z kominów, gęsty dym; białe śnieżne czapy na okolicznych drzewach; płatki śniegu wirujące w niesamowitym tańcu w bladym świetle jedynej ulicznej latarni. 

Książeczka, którą czytam, wprost idealnie wpisuje się w ten zimowy, mroźny i roziskrzony śniegiem krajobraz. Kiedy po raz pierwszy trafiła w moje ręce, automatycznie wyobraziłam sobie wszystkie szwedzkie mamy i babcie, czytające ją swoim dzieciom i wnukom w skandynawskich, przytulnych wnętrzach. Wcześniej przeglądałam ją razem z Bąblem, zanim zasnął - i śpiewałam jak kołysankę, bo właśnie taki ma w sobie rytm : spokojny, niespieszny, powtarzalny, wspaniale do snu utulający...


"Skrzat nie śpi" autorstwa Astrid Lindgren to parafraza utworu Viktora Rydberga z 1881 roku - poematu nacechowanego filozoficznie i zapewne zbyt skomplikowanego, by mógł zostać zrozumiany i odpowiednio zinterpretowany przez najmłodszych czytelników. Dlatego też zupełnie nie dziwi mnie, że to właśnie pani Lindgren podjęła się pracy nad jego nową, prozatorską wersją - bo któż inny mógłby tak przystępnie i przekonująco do naszych pociech przemówić, jeśli nie niezapomniana autorka "Pippi Pończoszanki", "Emila ze Smalandii" czy "Dzieci z Bullerbyn"?


Tytułowy skrzat  to osobnik bardzo już wiekowy, zamieszkujący kąt na strychu stodoły od niepamiętnych czasów. Żaden człowiek nigdy go nie spotkał i na własne oczy nie ujrzał - lecz wszyscy doskonale zdają sobie sprawę z jego obecności, wnioskując ją z odciśniętych na śniegu, maleńkich śladów stóp. 


Kiedy wszyscy ludzie pogrążają się już w spokojnym, niczym niezmąconym śnie - tylko on jeden czuwa, stoi na straży, przechadza się po całej zagrodzie, odwiedza kolejne pomieszczenia gospodarcze i dogląda mieszkających w nich zwierząt.  Bardzo skrupulatnie i z wielkim oddaniem dba o to, by było im ciepło, by miały co jeść, by nie martwiły się zbytnio perspektywą kolejnych mroźnych dni i nocy. Ze wszystkimi rozmawia w zrozumiałym dla nich skrzacim języku, obiecując rychłe nadejście wiosny, wraz z którym cała przyroda na nowo zbudzi się do życia... 


Próżno szukać tu wartkiej akcji,  jej nieoczekiwanych zwrotów i krętych meandrów fabuły. Historia jest prosta, a zarazem niosąca pewne głębokie przesłanie i refleksję. Wszystko dzieje się w odpowiednim miejscu i we właściwym czasie - żadne niespodziewane wydarzenie nie przełamuje tej skrzaciej rutyny i nie zakłóca wyjątkowego, magicznego klimatu opowieści. Przez cały czas odnosi się wrażenie, że sympatyczny skrzat przemierza swoje obejście krokiem powolnym, majestatycznym, ale i z lekka tanecznym...



Znakomitym dopełnieniem melancholijnego tekstu są niewątpliwie ilustracje autorstwa Kitty Crowther - dość specyficzne, a jednak niesamowicie stylowe i wspaniale oddające atmosferę opisywanej historii.  Nie mogę również przemilczeć faktu, że książka została pięknie i bardzo solidnie wydana - w związku z czym już samo jej pobieżne przeglądanie stanowi dla czytelnika nie lada gratkę i ogromną przyjemność. 


"Skrzat nie śpi"
tekst: Astrid Lindgren 
ilustracje: Kitty Crowther
stron: 28
rok wydania : 2015
Wydawnictwo Zakamarki


***

A potem? Jestem dokładnie jak ten skrzat, który nie śpi :) Zaglądam po cichutku do Bąblowego pokoju. Podchodzę na palcach do jego niemowlęcego łóżeczka. Nasłuchuję miarowego oddechu Synka i delikatnie wyplątuję pluszową żyrafę z czułego, ale i silnego uścisku jego małych, drobniutkich rączek. Przykrywam go i otulam kołdrą w kolorowe autka, którą - jak to on - zdążył już z siebie przez sen zrzucić i spiętrzyć w zupełnie niepożądanym miejscu...