...dotyczący tego tematu. Chciałam napisać o czymś radosnym i zabawnym, związanym z Bąblem albo przypadającym na koniec września Dniem Chłopaka. Ale nie umiem milczeć, kiedy wszystko we mnie chce krzyczeć. Nie umiem przełączyć się na tych kilka dni w tryb off-line ani skierować swoich myśli na inne, przyjemniejsze tory...
To już mój ostatni post w tym temacie - bo 3 października nie będę już o tym pisać, tylko wyjdę na ulicę z tysiącami innych ludzi i zaprotestuję przeciwko odzieraniu kobiet z ich godności, ich ubezwłasnowolnieniu i odbieraniu im prawa wyboru...
Dla tych, którzy nadal mają wątpliwości:
Tu nie chodzi o legalizację aborcji
i traktowanie jej jako antykoncepcji !
Tu nie chodzi o legalizację aborcji
i traktowanie jej jako antykoncepcji !
To nie jest tak, że "dzisiaj kupię sobie nową kieckę, potem będę miała aborcję, a potem pójdę z koleżankami potańczyć do klubu" ! Tu chodzi o wyjątkowo dramatyczne i traumatyczne sytuacje - którym już naprawdę więcej dramatyzmu dodawać nie potrzeba. Tu chodzi o bestialski gwałt (również ten kazirodczy). Tu chodzi o zagrożenie życia matki. Tu chodzi o dzieci rodzące się z wadami letalnymi, które skazują je na konanie w męczarniach i w wyniku których ich szanse na przeżycie są równe zeru.
Sama na szczęście nigdy się w takich sytuacjach nie znalazłam -
więc tak naprawdę NIE WIEM, jak bym ostatecznie w każdej z nich postąpiła.
Może urodziłabym dziecko z gwałtu i kochała je równie mocno, jak to zrodzone z miłości. W końcu ono nie jest niczemu winne. A może znienawidziłabym je już w momencie, kiedy byłoby nadal w moim łonie - i nie chciałabym rozpoznawać w nim każdego dnia rysów zwyrodnialca, który mi to zrobił i okaleczył mnie nieodwracalnie na resztę mojego życia.
Może chciałabym powitać moje dziecko na świecie tylko po to, by je przez chwilę utulić, a zaraz potem pożegnać i wyprawić mu pogrzeb. A może nie byłabym na tyle silna, może przypłaciłabym to chorobą psychiczną albo chęcią targnięcia się na własne życie.
Może faktycznie wolałabym umrzeć zamiast dziecka, które tylko dzięki takiemu poświęceniu z mojej strony miałoby szansę przeżyć. A może jednak wszystko we mnie krzyczałoby, że 30 lat to jeszcze zbyt wcześnie, by umierać - i nie chciałabym odchodzić, gasnąć na oczach mojego męża oraz dziecka, które już jest na tym świecie.
NIE WIEM, co bym zrobiła - ale wiem na pewno,
że nie chciałabym zostać w takich sytuacjach
pozbawiona prawa wyboru.
pozbawiona prawa wyboru.
Wiem też, że nie chcę żyć w kraju, w którym urodzenie dziecka przez 12-letnią dziewczynkę określane jest mianem "heroizmu". I nie chcę żyć w kraju, w którym jakiekolwiek przepisy będą nas do takiego "heroizmu" zmuszały. Bo heroizm to coś, co wynika z własnej nieprzymuszonej woli i świadomej decyzji - a nie z czyjegoś nakazu czy zakazu.
Nie chcę żyć w kraju, w którym przy łóżku pacjentki po poronieniu staje
prokurator i dokłada kolejną "cegiełkę" do ogromu jej nieszczęścia i cierpienia, grożąc
postępowaniem karnym i więzieniem. Ani w kraju, w którym księdza przenosi się za pedofilię na inną parafię - natomiast kobietę po tak ciężkich przejściach chce się posłać za kratki.
Nie chcę żyć w kraju, w którym kobieta będzie traktowana wyłącznie jako
inkubator bez prawa do głosu, samostanowienia, decydowania o sobie, swoim
ciele, zdrowiu i życiu. Gdzie pomocy medycznej zacznie się jej udzielać (lub nie) dopiero w "sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia" - a więc wtedy, kiedy na ratunek może być już zdecydowanie zbyt późno.
Nie chcę żyć w kraju, w którym wszelkie zapisy o badaniach prenatalnych staną się de facto jedynie martwą literą
prawa - ponieważ żaden lekarz nie odważy się ich wykonać z obawy o
możliwość uszkodzenia płodu (a niektórzy już teraz zupełnie otwarcie i wprost oświadczają, że nie zamierzają ryzykować własną wolnością, by ratować obcą kobietę czy obce dziecko).
Nie chcę żyć w kraju, w którym tak naprawdę "ochrona życia" trwa jedynie do momentu, kiedy
znajduje się ono w łonie matki. Potem natomiast całymi rzeszami dzieci
nieuleczalnie chorych, głęboko upośledzonych czy w jakiejkolwiek innej trudnej sytuacji nikt się już jakoś specjalnie
nie interesuje - i zarówno rząd, jak i przedstawiciele ruchów pro-life
mają te dzieci i ich rodziców głęboko w dupie.
Nie chcę żyć w kraju, gdzie o niepłodności mówi się jako o efekcie
"złego prowadzenia się", na który osoby niepłodne same sobie zasłużyły.
Nie chcę żyć w kraju, gdzie rodzinom z dziećmi oferuje się 500 +, żeby "zachęcić" je w ten sposób do płodzenia większej
liczby potomstwa - natomiast osobom niepłodnym odbiera się jedyną szansę
na posiadanie dziecka, jaką było dla nich in vitro.
Niech nikt nie zmusza kobiety do męczeństwa i bohaterstwa za wszelką cenę, wbrew jej woli.
Niech nikt nie skazuje jej na utratę zdrowia i życia w imię swoich konserwatywnych poglądów.
Niech za nasze personalne decyzje i wybory osądza nas ta jedna, Najwyższa Instancja.
Nie Kościół, nie księża, nie rząd, nie pan Terlikowski, nie członkowie Ordo Iuris !!!
Nie Kościół, nie księża, nie rząd, nie pan Terlikowski, nie członkowie Ordo Iuris !!!
***
To nie jest sprawa
jakichś tam "rozwścieczonych feministek z pianą na ustach", jak to już niejeden raz
zdarzało mi się usłyszeć. Podczas pierwszego "czarnego protestu"
we Wrocławiu stały obok mnie osoby obu płci, osoby w każdym wieku,
rodziny z małymi dziećmi...Sama też nie jestem feministką, nie jestem związana z żadnym ruchem ani ugrupowaniem politycznym. Co więcej - jestem przecież mamą adopcyjną i zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby mama biologiczna mojego synka usunęła ciążę, Bąbelka nie byłoby w tej chwili z nami...
A mimo to uważam, że proponowany nam projekt jest barbarzyński i stawia nasze państwo bardzo blisko tych, których ponoć tak się wystrzegamy i nie chcemy ich "inwazji" na Polskę. Zresztą - ostatnie dni bardzo jasno i wyraźnie pokazały, że
budzi kontrowersje oraz sprzeciw nawet wśród duchownych,
nawet wśród wielu ludzi głęboko wierzących i mocno związanych z
Kościołem...
Dlatego też moim zdaniem samo "solidaryzowanie się" ze strajkiem i zmiana zdjęcia profilowego w mediach społecznościowych to może być w tym przypadku zdecydowanie za mało. Nie szukajmy wymówek. Nie zasłaniajmy się obowiązkami
w pracy, w szkole i w domu. Nawet jeśli jesteśmy przekonani, że z jakichś względów nas ta kwestia nie dotyczy - pomyślmy, że
już wkrótce może dotyczyć naszej córki, wnuczki, siostry, bliskiej
przyjaciółki...Wyjdźmy na ulice i wyraźmy swój protest na tyle dobitnie, żebyśmy zostały
wreszcie zauważone, usłyszane i na długo zapamiętane!
Są sprawy, o które trzeba zawalczyć TU i
TERAZ - bo drugiej szansy już nie będzie...



