Generalnie to, co wyprawia się teraz w Polsce (a zwłaszcza na naszych rodzimych sejmowych ławach i mównicach) brzydzi mnie
i przeraża do tego stopnia, że mam ochotę spakować walizki i wyjechać
stąd, gdzie pieprz rośnie - chociażby do tych krajów rzekomo mniej
cywilizowanych, w których jednak szanuje się ludzką (a więc również i
kobiecą) wolność, prawo do samostanowienia i postępowania w zgodzie z
własnym sumieniem.
Właściwie to nie planowałam już zabierać głosu w sprawie aborcji, in vitro i całej reszty najbardziej aktualnych na chwilę obecną kwestii - bo ci, którzy czytają mnie już od dłuższego czasu doskonale wiedzą chyba, jakie jest moje stanowisko i zdanie na ten temat.
Jednak postanowiłam zabrać głos w pewnej sprawie, która mnie i mojej rodziny bezpośrednio dotyczy. Mianowicie w sprawie adopcji, która nagle stała się dla niektórych idealnym pretekstem do szerzenia chorej ideologii, panaceum na problem niechcianych ciąż i bardzo akuratnym usprawiedliwieniem dla propagowania rozwiązań, które w moim odczuciu z ochroną życia nie mają tak naprawdę zbyt wiele wspólnego.
![]() |
| Foto: Internet |
W ciągu kilku ostatnich dni wielokrotnie miałam okazję usłyszeć i przeczytać chyba najgłupsze słowa, z jakimi kiedykolwiek spotkałam się w odniesieniu do adopcji dziecka. W jednej z gorących dyskusji internetowych czytamy na przykład:
"Zawsze można urodzić nieuleczalnie
chore dziecko i oddać je do adopcji.
Są przecież ludzie, którzy nie mogą mieć
własnych i wzięliby do siebie nawet te chore(...)"
Pomijam już fakt, że błędem jest posługiwanie się tutaj
przykładami "nieuleczalnie chorego dziecka" jako dziecka z Zespołem
Downa czy porażeniem mózgowym. Każdy rozsądny człowiek zdaje sobie
sprawę, że nie o takie "nieuleczalne choroby" chodzi i to nie one będą
owocem proponowanej nam przez środowiska pro-life ustawy.
Mówimy tutaj
raczej o dzieciach, które urodzą się bez mózgu czy bez innych
najważniejszych organów - bez których prawdopodobnie i tak nie przeżyją
na tyle długo, by móc znaleźć się w domu dziecka i doczekać tej
postulowanej przez optymistów adopcji.
Mówimy tu raczej o dzieciach,
które skonają w wielkich męczarniach w ciągu kilku czy kilkunastu godzin
po porodzie, na oczach własnych rodziców - w imię tej tak zwanej
"dobrej zmiany", jaką niektórzy nasi posłowie chcą nam zafundować.
No ale dobrze. Załóżmy, że takie dziecko jednak przeżyje,
trafi do placówki i będzie przygotowywane do adopcji. Już oczami
wyobraźni widzę, jak wszyscy tłumnie rzucają się, by zostać jego
rodzicami! - zwłaszcza że aktualnie domy dziecka również pełne są
maluszków nawet zupełnie zdrowych czy też o niewielkim stopniu
zaawansowania jakiejś choroby, a jednak nikt jakoś specjalnie nie pali się do tego,
żeby "uratować je przed okrutnym losem"...Nie pali się - bo nie ma takiego obowiązku, bo to jego osobista decyzja, bo nie każdy jest na to gotowy i ma do tego braku gotowości pełne prawo...
Czy naprawdę komuś się wydaje,
że w przypadku dzieci "cudownie ocalonych przed aborcją" będzie inaczej? A
może niech to właśnie osoby zrzeszone w środowiskach pro-life je zaadoptują - i zapewnią im profesjonalną opiekę medyczną oraz rehabilitację do końca ich życia, operując wyłącznie tymi śmiesznie niskimi świadczeniami opiekuńczymi, które przysługują na ten moment rodzicom wychowującym niepełnosprawne potomstwo?
***
W innej debacie internautów znajdziemy również takie "kwiatki":
"Jestem za zaostrzeniem ustawy antyaborcyjnej pod warunkiem,
że procedury adopcyjne nie będą aż takie skomplikowane i wymagające".
Już w momencie kiedy to czytam - wiem, że osoba wypowiadająca się w ten sposób o procedurach adopcyjnych, tak naprawdę nie ma nawet bladego pojęcia, jak te procedury w rzeczywistości wyglądają.
Do adopcji potrzebujesz przede wszystkim głębokiego przekonania o słuszności swojej decyzji. Poza tym masz dostarczyć zdjęcie, odpis aktu małżeństwa, ksero PIT-u, kilka oświadczeń i zaświadczeń (między innymi od lekarza i pracodawcy), swój napisany samodzielnie życiorys...Jeśli dobrze się za to zabierzesz - zgromadzenie wszystkich dokumentów nie powinno zająć Ci dłużej niż 2-3 dni. Nie musisz być też Rockeffeler'em, mieszkać w kilkupoziomowej willi z basenem ani jeździć najnowszym modelem Lamborghini. Musisz natomiast przejść standardowe testy psychologiczne i warsztaty, które trwają niby "aż" 3 miesiące, ale w praktyce tygodniowo pochłaniają zaledwie około trzech godzin Twojego cennego czasu.
Gdzie tu to rzekome "skomplikowanie" i zbyt wygórowane wymagania? Jeśli taka procedura faktycznie wystarczy, żeby Cię wystraszyć i zniechęcić - to co powiesz o wielopoziomowej rekrutacji na niektóre stanowiska w korpo? Nie bredź zatem! Procedura adopcyjna wprawdzie trochę trwa - ale nie jest niczym, czego nie byłby w stanie przejść przeciętny, zwykły, "szary" człowiek...Tak czy siak, niektóre osoby nigdy do niej nie przystąpią - pomimo posiadania odpowiednich warunków i predyspozycji - bo mają przed tym po prostu najróżniejsze opory. I tyle.
***
Reasumując : jeżeli dla pewnych grup i środowisk możliwość adopcji dziecka ma być usprawiedliwieniem barbarzyńskich (wobec kobiet) decyzji, które właśnie ważą się na najwyższych szczeblach naszej władzy - to ja jako mama adopcyjna się na to nie zgadzam!
Moim zdaniem nowy projekt ustawy absolutnie nie przyczyni się w żaden sposób do tego, by ludzie w Polsce chętniej i częściej adoptowali dzieci. To zupełnie błędny i niewłaściwy tok rozumowania! Przyczyni się natomiast do jeszcze większego "przeładowania" sierocińców - a z drugiej strony do wzrostu liczby aborcji nielegalnych, dokonywanych w szarej strefie lub metodami "chałupniczymi", przy pomocy tego symbolicznego już wieszaka...
![]() |
| Foto: Internet |

