Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 września 2016

Oddać do adopcji czy sięgnąć po wieszak? Oto jest pytanie na miarę XXI wieku!

Generalnie to, co wyprawia się teraz w Polsce (a zwłaszcza na naszych rodzimych sejmowych ławach i mównicach) brzydzi mnie i przeraża do tego stopnia, że mam ochotę spakować walizki i wyjechać stąd,  gdzie pieprz rośnie - chociażby do tych krajów rzekomo mniej cywilizowanych, w których jednak szanuje się ludzką (a więc również i kobiecą) wolność, prawo do samostanowienia i postępowania w zgodzie z własnym sumieniem. 

Właściwie to nie planowałam już zabierać głosu w sprawie aborcji, in vitro i całej reszty najbardziej aktualnych na chwilę obecną kwestii - bo ci, którzy czytają mnie już od dłuższego czasu doskonale wiedzą chyba, jakie jest moje stanowisko i zdanie na ten temat. 

Jednak postanowiłam zabrać głos w pewnej sprawie, która mnie i mojej rodziny bezpośrednio dotyczy. Mianowicie w sprawie adopcji, która nagle stała się dla niektórych idealnym pretekstem do szerzenia chorej ideologii, panaceum na problem niechcianych ciąż i bardzo akuratnym usprawiedliwieniem dla propagowania rozwiązań, które w moim odczuciu z ochroną życia nie mają tak naprawdę zbyt wiele wspólnego.

Foto: Internet

W ciągu kilku ostatnich dni wielokrotnie miałam okazję usłyszeć i przeczytać chyba najgłupsze słowa, z jakimi kiedykolwiek spotkałam się w odniesieniu do adopcji dziecka. W jednej z gorących dyskusji internetowych czytamy na przykład: 

"Zawsze można urodzić nieuleczalnie chore dziecko i oddać je do adopcji. 
Są przecież ludzie, którzy nie mogą mieć własnych i wzięliby do siebie nawet te chore(...)" 

Pomijam już fakt, że błędem jest posługiwanie się tutaj przykładami "nieuleczalnie chorego dziecka" jako dziecka z Zespołem Downa czy porażeniem mózgowym. Każdy rozsądny człowiek zdaje sobie sprawę, że nie o takie "nieuleczalne choroby" chodzi i to nie one będą owocem proponowanej nam przez środowiska pro-life ustawy. 

Mówimy tutaj raczej o dzieciach, które urodzą się bez mózgu czy bez innych najważniejszych organów - bez których prawdopodobnie i tak nie przeżyją na tyle długo, by móc znaleźć się w domu dziecka i doczekać tej postulowanej przez optymistów adopcji. 

Mówimy tu raczej o dzieciach, które skonają w wielkich męczarniach w ciągu kilku czy kilkunastu godzin po porodzie, na oczach własnych rodziców - w imię tej tak zwanej "dobrej zmiany", jaką niektórzy nasi posłowie chcą nam zafundować. 

No ale dobrze. Załóżmy, że takie dziecko jednak przeżyje, trafi do placówki i będzie przygotowywane do adopcji. Już oczami wyobraźni widzę, jak wszyscy tłumnie rzucają się, by zostać jego rodzicami! - zwłaszcza że aktualnie domy dziecka również pełne są maluszków nawet zupełnie zdrowych czy też o niewielkim stopniu zaawansowania jakiejś choroby, a jednak nikt jakoś specjalnie nie pali się do tego, żeby "uratować je przed okrutnym losem"...Nie pali się - bo nie ma takiego obowiązku, bo to jego osobista decyzja, bo nie każdy jest na to gotowy i ma do tego braku gotowości pełne prawo...

Czy naprawdę komuś się wydaje, że w przypadku dzieci "cudownie ocalonych przed aborcją" będzie inaczej? A może niech to właśnie osoby zrzeszone w środowiskach pro-life je zaadoptują - i zapewnią im profesjonalną opiekę medyczną oraz rehabilitację do końca ich życia, operując wyłącznie tymi śmiesznie niskimi świadczeniami opiekuńczymi, które przysługują na ten moment rodzicom wychowującym niepełnosprawne potomstwo? 

***

W innej debacie internautów znajdziemy również takie "kwiatki":

  "Jestem za zaostrzeniem ustawy antyaborcyjnej pod warunkiem, 
że procedury adopcyjne nie będą aż takie skomplikowane i wymagające". 

Już w momencie kiedy to czytam - wiem, że osoba wypowiadająca się w ten sposób o procedurach adopcyjnych, tak naprawdę nie ma nawet bladego pojęcia, jak te procedury w rzeczywistości wyglądają. 

Do adopcji potrzebujesz przede wszystkim głębokiego przekonania o słuszności swojej decyzji. Poza tym masz dostarczyć zdjęcie, odpis aktu małżeństwa, ksero PIT-u, kilka oświadczeń i zaświadczeń (między innymi od lekarza i pracodawcy), swój napisany samodzielnie życiorys...Jeśli dobrze się za to zabierzesz - zgromadzenie wszystkich dokumentów nie powinno zająć Ci dłużej niż 2-3 dni. Nie musisz być też Rockeffeler'em, mieszkać w kilkupoziomowej willi z basenem ani jeździć najnowszym modelem Lamborghini. Musisz natomiast przejść standardowe testy psychologiczne i warsztaty, które trwają niby "aż" 3 miesiące, ale w praktyce tygodniowo pochłaniają zaledwie około trzech godzin Twojego cennego czasu. 

Gdzie tu to rzekome "skomplikowanie" i zbyt wygórowane wymagania? Jeśli taka procedura faktycznie wystarczy, żeby Cię wystraszyć i zniechęcić - to co powiesz o wielopoziomowej rekrutacji na niektóre stanowiska w korpo? Nie bredź zatem! Procedura adopcyjna wprawdzie trochę trwa - ale nie jest niczym, czego nie byłby w stanie przejść przeciętny, zwykły, "szary" człowiek...Tak czy siak,  niektóre osoby nigdy do niej nie przystąpią - pomimo posiadania odpowiednich warunków i predyspozycji - bo mają przed tym po prostu najróżniejsze opory. I tyle.

***

Reasumując : jeżeli dla pewnych grup i środowisk możliwość adopcji dziecka ma być usprawiedliwieniem barbarzyńskich (wobec kobiet) decyzji, które właśnie ważą się na najwyższych szczeblach naszej władzy - to ja jako mama adopcyjna się na to nie zgadzam! 

Moim zdaniem nowy projekt ustawy absolutnie nie przyczyni się w żaden sposób do tego, by ludzie w Polsce chętniej i częściej adoptowali dzieci. To zupełnie błędny i niewłaściwy tok rozumowania! Przyczyni się natomiast do jeszcze większego "przeładowania" sierocińców - a z drugiej strony do wzrostu liczby aborcji nielegalnych, dokonywanych w szarej strefie lub metodami "chałupniczymi", przy pomocy tego symbolicznego już wieszaka...

Foto: Internet