Kiedy w Sylwestra odliczaliśmy z Bąblowym
Tatą ostatnie sekundy do
północy - miałam ochotę chwycić poczciwego Staruszka 2016 za jego długą
siwą brodę i powiedzieć mu :
"Hola, hola - nigdzie się nie wybierasz!
Zostajesz ze mną i lecimy dalej!
Za dobrze mi tu z Tobą było, żebyś
teraz tak po prostu sobie poszedł!"
To był naprawdę intensywny i produktywny czas.
Być może właśnie dlatego po raz pierwszy w życiu w tych dniach inaugurujących Nowy Rok nie czuję
presji, że coś "muszę", "powinnam" czy "przydałoby się"...Mój wewnętrzny
terrorysta-perfekcjonista uznał chyba, że po takim wzmożonym wysiłku należy mu się wreszcie porządny, zasłużony odpoczynek. A może
w końcu poszedł po rozum do głowy - i stwierdził, że noworoczne postanowienia są po prostu mocno przereklamowane?
Z mojego punktu widzenia jest z nimi trochę tak, jak z przysłowiowym "króliczkiem" -
czasami łatwiej go złapać, wcale za nim nie goniąc.
Prawda jest taka, że z daleka - na etapie, kiedy spisujemy wszystkie swoje cele i plany - każdy "króliczek" prezentuje się naprawdę niesłychanie kusząco i zachęcająco. Stanowi obiekt pożądania. Jest czymś, co dosłownie spędza nam sen z powiek - oraz czymś, co w naszym naiwnym przekonaniu będzie w stanie zupełnie odmienić nasze życie...
Dopiero kiedy uda nam się podejść bliżej do tego naszego "króliczka" i chwycić go za uszy - dostrzegamy, że jego futerko nie jest wcale takie błyszczące i puszyste, jak nam się na początku wydawało. No ba! Miejscami jest nawet dość mocno wytarte, wyleniałe, czasami wręcz cholernie matowe i szorstkie w dotyku...
A tymczasem gdzieś tuż obok nas, w zasięgu ręki biega sobie inny "króliczek", którego wcześniej gonić nawet nie zamierzaliśmy - ale sam wpada w nasze ręce i okazuje się dokładnie takim, o jakim zawsze marzyliśmy :)
Dlatego w odróżnieniu od 99% blogosfery nie będę huczeć tutaj
na temat mojej listy rzeczy do zrobienia i planów do zrealizowania.
Zamiast tego spróbuję zwyczajnie słuchać siebie, być w zgodzie z samą sobą - i pozostawić więcej spraw ich własnemu, niewymuszonemu biegowi. Z całą pewnością mniej planować - a więcej po prostu żyć i reagować na to, co los przyniesie ! Dopiero teraz zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, że mój chorobliwy perfekcjonizm paradoksalnie bardzo często mnie paraliżował i bojkotował wszelkie moje dążenia. Chyba wreszcie naprawdę zaczynam się z niego leczyć - i jest mi z tym niewyobrażalnie dobrze ;)
A jak jest u Was? Planujecie, spisujecie, postanawiacie -
czy raczej omijacie ten noworoczny "punkt programu" szerokim łukiem ? :)


