środa, 30 grudnia 2015

Rozdwojenie jaźni ;)

Już się nie mogę doczekać tej imprezy! I tańców, i fajerwerków, i obrzucania się kolorowym konfetti ! Kiecka wisi w szafie od paru tygodni, w pełnej gotowości. Koronkowe rękawiczki - długie aż po łokcie - właśnie przyniósł kurier, w samą porę. Wyjdziemy do ludzi! Spotkamy tylu starych znajomych! Jak tylko Młody pójdzie spać, zaczynam okupację łazienki - robię się na bóstwo, nawilżam, ujędrniam i złuszczam, żeby ten Nowy Rok powitać w pełnej krasie !

A guzik prawda! W sumie to nie mam nastroju do zabawy. Mam nastrój, żeby wleźć w ulubionej piżamie pod koc i owinąć się nim szczelnie (być może aż do uduszenia). Mam nastrój na całą butelkę szampana wypitą jednym haustem - a potem niczym niezakłócony sen, do wiosny przynajmniej. I wcale nie uśmiecha mi się oglądanie tych wszystkich nalanych idiotów, którym wydaje się, że są tacy wspaniali i zabawni - a już tym bardziej nie uśmiecha mi się bycie jedną z nich. Chyba po prostu zbuduję z Bąblem wieżę z klocków, przeczytam bajeczkę, zaśpiewam kołysankę - i pójdę do łóżka jak przystało na grzeczną dziewczynkę, nawet nie doczekawszy północy.


***

Ten rok był niesamowity! Pierwsze urodziny Bąbla, pierwsze kroki, pierwsze "mama" i "tata", pierwsze wspólne wakacje nad morzem...No i w ogóle wszystko takie pierwsze, świeże, niezastąpione, nie do podrobienia...

Ale oprócz tego - kilka kryzysów małżeńskich, z których jeden omal nie zakończył się wystawieniem czyichś walizek za drzwi. I kilka momentów, kiedy miałam chęć spakować się i kupić bilet w nieznane - dokądkolwiek, byle jeden i tylko w jedną stronę.  I drastyczne pogorszenie relacji z moimi rodzicami. I znów nieodparte wrażenie, że jestem w tym wszystkim sama, zupełnie sama. No do dupy był ten 2015, kompletnie do dupy...



***

Ale następny to dopiero będzie! Przełomowy, absolutnie przełomowy! Lepszy, szczęśliwszy, bardziej pomyślny, sukcesami i spełniającymi się marzeniami wypełniony po same brzegi ! Zrobię prawo jazdy. Zacznę kolejne studia. Na pewno pojawią się jakieś widoki na świetną pracę, w której otoczę się wyłącznie życzliwymi, cudownymi ludźmi. Będę jeszcze bardziej zaangażowaną matką, jeszcze bardziej do-rany-przyłóż żoną, jeszcze lepszym człowiekiem po prostu.

Nie, nie sądzę. Będzie taki, jak każdy do tej pory. Rozczarowujący. Bo szczęście nie przychodzi z zewnątrz - trzeba umieć je W SOBIE odnaleźć (z czym ja mam ewidentnie odwieczny problem). I we własnym zakresie zadbać o ten przełom, który ma nastąpić - i którego bez naszej pomocy żadna zmieniająca się cyfra w dacie, żadna kolejna kartka w kalendarzu nie zapewni. A ja będę wciąż tą samą histeryczką i nerwusem w gorącej wodzie kąpanym, który najpierw robi, a potem myśli - a potem jest mu głupio i musi się ze wszystkiego tłumaczyć...

 ***

Niezależnie od tego, która jaźń we mnie zwycięży -
życzę Wam (i sobie) , by było po prostu...dobrze i normalnie. 
 
I żeby każda z Was (nas) odnalazła w sobie pasję, siłę i radość życia -
bo to jest chyba najtrudniejsza rzecz i największe możliwe wyzwanie.

Szczęśliwego Nowego Roku ! 



wtorek, 29 grudnia 2015

Grudniowi ulubieńcy.

Dziś kolejna porcja rzeczy, które nam się w jakiś sposób w ciągu całego minionego miesiąca spodobały i zapadły w pamięć bardziej, niż pozostałe :)

TYPY BĄBLOWEJ MAMY

"Jak ukraść Księżyc"(2010)

Pisałam Wam kiedyś, że lubię bajki? No to już wiecie :) A ta urzekła mnie szczególnie, bo jest po prostu prześmieszna, a w dodatku ociera się o bardzo bliski dla nas motyw. 


Mówiąc oględnie, opowiada o znanym złoczyńcy, który powoli przestaje liczyć się w swoich kręgach i musi zrobić coś naprawdę spektakularnego, by ponownie "zabłysnąć" oraz przejść do historii jako największy i najbardziej nieobliczalny złodziej wszechczasów. Postanawia zatem...ukraść Księżyc - a w realizacji tego niecnego planu ma pomóc mu adopcja trzech uroczych dziewczynek, które ostatecznie zmiękczają jego twarde, przestępcze serce i powodują, że wraca na dobrą drogę oraz staje się wspaniałym, kochającym tatą :)

Gwarantowany ubaw po pachy, ale również solidna porcja ogromnych, niepohamowanych wzruszeń. Przy niektórych scenach po prostu nie umiałam powstrzymać łez - z kolei próby spacyfikowania sierotek bardzo przypominały mi pewne porażki wychowawcze, jakie ponieśliśmy w przypadku Bąbla ;)


Yrsa Sigurdardóttir - "Pamiętam cię"

Muszę przyznać, że mam wielki sentyment i zamiłowanie do literatury skandynawskiej (do której i islandzka jest często zaliczana). Oj, ta książka trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony - a każdy jej rozdział kończy się w takim punkcie, że nie sposób przerwać czytania i odłożyć ją "na później". Panuje tu klimat tak mroczny, duszny i posępny, pełen zjaw i niewyjaśnionych tajemnic z przeszłości, że autentycznie po skończonej lekturze bałam się wyjść w nocy do toalety ;) 

I pomyśleć, że napisała to osoba o tak sympatycznej aparycji, będąca w dodatku z zawodu i wykształcenia...inżynierem budowlanym :)



TYPY BĄBLOWEGO TATY

 Lampki choinkowe na baterie ;)

Nie, nie żartuję :) Małż naprawdę któregoś dnia wrócił do domu niesamowicie podekscytowany - szczycąc się tym, że dostał w kiosku światełka IDEALNE dla naszego małego, świątecznego drzewka. Na krótkim przewodzie i zasilane dwoma standardowymi "paluszkami", w związku z czym nie trzeba było ciągnąć jakiegoś niesamowicie skomplikowanego okablowania przez pół mieszkania ;) A w dodatku udało mu się kupić je za jedyne 7 złotych - podczas gdy w Biedronce podobne kosztowały "aż" 13 ;) No i cieszył się Małż, cieszył jak dziecko! Ach, ten nasz Bohater Domu... ;) 


TYPY BĄBLA

Książeczki z Kotem Filemonem (Wyd. Wilga)


Jedna uczy liczyć, druga natomiast - nazywać zwierzęta oraz miejsca przez nie zamieszkiwane. Obie posiadają na każdej stronie wysuwane okienka, które Młody po prostu uwielbia wyciągać i chować z powrotem do środka. (Niestety często zdarza mu się przy tym którąś kartkę wygiąć lub naderwać i książki dość szybko zaczęły wyglądać na podniszczone, mocno wyeksploatowane i zdecydowanie starsze, niż są w rzeczywistości).

Obie pisane wierszem - prostym, łatwym do przyswojenia, który wpada w ucho tak szybko, że Bąbel już po kilku spotkaniach z książeczkami potrafił niektóre rymy (oczywiście po swojemu) dopowiedzieć :)


Drewniane układanki

No kto ich nie zna z autopsji lub przynajmniej nie kojarzy?:) Sama też za takimi przepadałam w dzieciństwie i mogłam układać niemal w nieskończoność, dopasowując poszczególne kształty do odpowiadających im otworów. 


Szczególną sympatią Bąbla cieszy się ta z cyferkami. Choć jeszcze rzecz jasna nie rozumie, o co w tym całym liczeniu chodzi, ale już potrafi po moich drobnych podpowiedziach umieścić konkretną cyferkę przy właściwym dla niej obrazku zwierzątek - a przy okazji może uda mu się "załapać" też poszczególne, pasujące do siebie kolory.


Misie - Ubierasie 

W sumie kolejna układanka, ale zdecydowanie zasługująca na odrębne potraktowanie - w tych dwóch niepozornych pudełeczkach kryje się bowiem cała masa różnych możliwości :) 


Jest tu i Miś, i Pani Misiowa. Można ubrać ich albo po domowemu - w piżamę i kapcie, albo w garnitur i sukienkę na jakieś eleganckie wyjście, albo pod kolor, albo adekwatnie do panującej za oknem pogody :) 

Dodatkowo misie na obrazkach mają różne minki - raz są uśmiechnięte, innym razem czymś rozzłoszczone lub smutne. Ze starszym dzieckiem na pewno byłby to świetny pretekst dla omawiania i tłumaczenia poszczególnych emocji, natomiast młodsze - takie jak Bąbel - bardzo chętnie próbuje te minki naśladować ;)


Samoprzylepne literki i cyferki

Kupione w KIKu, na dziale z imprezowymi dekoracjami. Synek niesamowicie lubi je oglądać, przekładać  z miejsca na miejsce, przesypywać z jednego pojemniczka do drugiego, niektóre również nazywać. Ja natomiast uskuteczniam bardzo wczesną edukację i czasami układam mu jakieś wyrazy lub nawet pełne zdania - licząc na to, że coś z tego zapamięta ;)

Na razie jego faworytki to - nie wiedzieć czemu - literki A, G, I oraz O, a także cyfra 2


Cała ta fascynacja zaczęła się w sumie znacznie wcześniej - od dwóch poniższych książeczek Wydawnictwa Wilga, o których chyba już kiedyś wspominałam i które każdą literkę i cyferkę przedstawiają za pomocą bajecznie kolorowych ilustracji oraz krótkich, zabawnych rymowanek.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Refleksje poświąteczne.

Miało być wyłącznie magicznie, bajkowo i czarująco. 

Miało być bez kłótni, bez przepychanek przy świątecznym stole, bez bicia piany o mało istotne pierdoły. Miało być tak, żebyśmy mogli choć na chwilę zapomnieć o tym, co niektórych z nas ze sobą poróżniło - i skupili się raczej na tym, co wszystkich łączy.

Prawie się udało. Z naciskiem na "prawie".

Wigilia u dziadków - spędzona w towarzystwie wszystkich ciotek, wujków i całego kuzynostwa - uświadomiła mi, że pewnych rzeczy i osób nie da się ze sobą pogodzić. Że pewnych kwestii nie da się zamieść pod dywan ani upchnąć jak sianko pod świątecznym obrusem - bo i tak za chwilę wystawią stamtąd swoje posępne łby. Że czasami im bardziej jedne osoby starają się o wytworzenie podniosłej, uroczystej atmosfery - tym bardziej inne stają się na nią oporne i nabierają ochoty na smętne wynurzenia, wzajemne oskarżenia i publiczne, widowiskowe obrzucanie się błotem.

Chciałam być ponad to. 

Chciałam nie słyszeć i nie widzieć pewnych wkurzających uwag i zachowań. Chciałam nastawić swój odbiornik na zupełnie inną częstotliwość i chłonąć tylko dobry, jasny, optymistyczny przekaz. Niestety, nie do końca mi to wyszło - i mimowolnie przypomniałam sobie, dlaczego niektórych przedstawicieli naszej familii tak trudno mi polubić; i dlaczego chętniej niż z opłatkiem i uśmiechem na ustach podeszłabym do nich na przykład z...kałasznikowem ;)

Zdecydowanie najbardziej służą nam Święta spędzane tylko we trójkę.
Te w dużym, wielopokoleniowym gronie -
na dłuższą metę po prostu męczą. 

Oczywiście nie chcemy się tak zupełnie odizolować i pozbawiać Bąbla kontaktu z resztą rodziny, ale zwijamy żagle i salwujemy się ucieczką we własne domowe zacisze, kiedy tylko docierają do nas pierwsze sygnały zwiastujące ferment i wielkie, rodzinne pranie brudów. Nasze dziecko nie będzie w tym uczestniczyć - nawet jeśli jeszcze nie wszystko rozumie.

Bąbel pod babciną choinką - w poszukiwaniu prezentów od "Aja" ;)

Mogło być znacznie gorzej. 
Ale mogło też być zdecydowanie lepiej. 

Za rok przetestujemy chyba opcję "Święta wyjazdowe" -
i przekonamy się, który patent bardziej nam odpowiada :)

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Świąteczne klimaty...

Nie będę chyba zbyt oryginalna, popełniając kolejny post dotyczący Bożego Narodzenia. Jak widać na załączonym obrazku, i u nas pojawiły się już pewne świąteczne akcenty, choć w tym roku ograniczone do absolutnie niezbędnego minimum :) 

Dużą choinkę - stojącą zwykle pośrodku salonu - zastąpiła jej niepozorna, zminiaturyzowana wersja, którą Bąbel wprawdzie pomagał nam ubierać, ale potem trafiła na najwyższy regał, poza zasięg jego małych rączek. Oboje mieliśmy okazję zaobserwować, co próbował zrobić ze świątecznymi dekoracjami w centrach handlowych - i zgodnie stwierdziliśmy, że we własnym mieszkaniu wolimy jednak uniknąć tego typu scen i ofiar ;)

Wczoraj wieczorem wybraliśmy się natomiast do najbliższego miasta, żeby obejrzeć sobie tamtejszą choinkę i wystawę bożonarodzeniowych szopek. W tworzeniu jednej z nich (której akurat nie ma na zdjęciu) też mieliśmy swój skromny udział, ale najbardziej urzekła nas ta wykonana z...darów jesieni - kasztanów i żołędzi :)

Muszę powiedzieć, że miasto (jak na swoje możliwości, wielkość i ilość mieszkańców) zdecydowanie stanęło na wysokości zadania. Oprócz choinki pojawiło się mnóstwo innych świątecznych ozdób, cały rynek i sąsiednie uliczki rozbłysły tysiącami światełek, zapełniły się jarmarcznymi straganami i najróżniejszymi atrakcjami dla dzieci i dorosłych.

Zresztą, same popatrzcie:


A czy wiedziałyście, że Boże Narodzenie 
można powitać i obchodzić również w rytmach zumby ? ;) 

My właśnie naocznie (i "nausznie" ;) ) się o tym przekonaliśmy, ponieważ trafiliśmy akurat na bardzo sympatyczny festyn i pokaz tego tańca, z mile widzianym udziałem publiczności. Pochwalę się, że dostaliśmy nawet od prowadzącego nagrodę za nasze podrygi pod sceną (nagrodą nie był widoczny poniżej grzaniec, tylko kalendarz oraz piękna ceramiczna gwiazdka, która idealnie wpisała się w nasze plany całkowitej zmiany wystroju Bąblowego "królestwa" - ale o tym już w innym poście) ;)

Myślę, że do Świąt już się tu nie pojawię i znów nałożę sobie kilkudniowy szlaban na komputer - dlatego już teraz życzę Wam wszystkiego, co najlepsze i żegnam się (na jakiś czas) swoją własną, radosną twórczością (która jest oczywiście w pewnej mierze fikcją literacką, ponieważ kominka nie posiadamy, a i śniegowych czap już się w tym roku przestaliśmy spodziewać ;) ):


„Drzewa za oknem włożyły
białe śniegowe czapy.
Ogień płonie w kominku,
pies pod choinką chrapie.
Dom pachnie piernikami,
czekają odświętne ubrania.
Wisząca nad drzwiami jemioła
zachęca do całowania.
A w łóżeczku za ścianą –
prezent jakże wspaniały!
Jedyny i upragniony –
nasz Synek, nasz świat cały!
Budzi się, woła „MA-MA!”,
za chwilę słychać też „TA-TA!”
Dla takiej chwili warto
czekać przez długie lata…”

piątek, 18 grudnia 2015

Kobiety w życiu Bąbla ;)

W komentarzach pod ostatnim postem jedna z Was rzuciła hasło: 
"to może kupcie Bąblowi lalkę?" 

Już ma, nawet dwie - i dziś właśnie o nich będzie :)

Jedna jest blondynką. Nosi śmieszny, zawadiacki kapelusik, różowe buciki i niebieskie ogrodniczki w gwiazdki i księżyce. Mruga oczami, ukrytymi za firanką długich, wywiniętych rzęs. Po naciśnięciu na brzuszek śpiewa pięknie najpopularniejsze kołysanki i inne dziecięce szlagiery - za co mama jest jej bardzo wdzięczna, kiedy jej samej już szwankuje gardło i wysiada głos ;)

Druga to jeszcze bobas. W kwiecistych śpioszkach i czepeczku. Ale za to w wyniku przyciśnięcia odpowiedniego "pstryczka" śmieje się zaraźliwie i aż się  z tej swojej radości trzęsie, podskakuje, ugina nóżki w kolanach ;)  


Jedną kupiliśmy sami - po tym, jak Bąblowa mama naczytała się w mądrych księgach, że posiadanie lalki wpływa bardzo pozytywnie na rozwój dziecka (nie tylko dziewczynki - jak się powszechnie, obiegowo sądzi). Drugą Młody dostał od cioci, która najwyraźniej doszła do takich samych wniosków, wysnutych na bazie własnych doświadczeń w pracy z maluchami w wieku (przed)szkolnym. 

Na obu nasz Junior uczył się pokazywać poszczególne części ciała, tańczył z nimi, dawał buziaczki, tulił do siebie, karmił na niby i robił "cacy, cacy". Jeszcze częściej próbował natomiast je "rozbebeszyć" i dostać się do ukrytych w środku, wyczuwalnych przez materiał i plastik, mechanizmów ;)


Zresztą nie są to jedyne "dziewczyńskie" zabawki, jakie znajdują się w Bąblowej kolekcji. Ma również plastikowy serwis w kwiatki, w którym parzy nam wszystkim pyszną, wyimaginowaną herbatkę. Ma bębenek z napisem 'Little Princess', który trafił mu się w spadku po starszej kuzynce ;) No i jest dumnym posiadaczem kota Wacława, którego sam wybrał sobie podczas wakacji w Międzyzdrojach i który to rozkosznie miauczy, pod szyją nosi zawiązaną różową kokardę, a oczyska ma wielkie jak kot ze "Shreka" i...skrzące się brokatem :)

 A skoro jesteśmy przy tym temacie, 
to jeszcze taka moja mała refleksja. 

Zastanawia mnie, dlaczego widok dziewczynki bawiącej się samochodzikiem czy koparką rodzi z reguły wyłącznie rozrzewnienie, rozbawienie oraz komentarze w stylu: "Od razu znać, że dziewczyna ma charakter!" - natomiast już widok chłopca z lalką to często sensacja, wywołująca zdumienie graniczące z oburzeniem, a rodziców posądza się niekiedy wręcz o wpędzanie dziecka w dewiacje (!)

Ja, kiedy byłam mała, najbardziej lubiłam wspinać się po drzewach, bawić w wojsko i w Indian. Miałam własną procę i sporządzony przez tatę łuk, z którego strzelałam lepiej niż niejeden podwórkowy kumpel. Sukienki nosiłam tylko dlatego, że w ich fałdach łatwiej było ukryć i przemycić pewne zakazane przedmioty - chociażby bomby wodne, przeznaczone dla dzieciaków z sąsiedniej wioski ;)  Wszystkie moje koleżanki bawiły się właśnie lalkami, grały w klasy, gumę, kręciły szaleńczo hula-hopem - a ja wędrowałam ze sporo starszym ciotecznym bratem, lornetką i scyzorykiem w las...

Być może dlatego osobiście nie widzę nic złego w tym, że mały chłopiec od czasu do czasu pobawi się lalkami - choć znam osoby, które zaraz wyskoczyłyby mi tu z jakimś "genderem" czy inną tego typu ideologią (no dajta se ludzie spokój!) Pewnie zaniepokoiłoby mnie, gdyby Bąbel miał jakieś 7-8 lat i nie interesował się poza tym żadnymi innymi, typowo "męskimi" zajęciami - ale nawet wtedy chyba nie mogłabym zrobić nic poza...wykazaniem pełnej akceptacji dla swojego dziecka.

A Wy, co myślicie na ten temat?
I czy zgadzacie się z  tatą z tych filmików?

(Moim zdaniem ma naprawdę fajne podejście, 
choć w niektórych momentach chyba trochę za bardzo go poniosło ;) )



poniedziałek, 14 grudnia 2015

Taka oto sytuacja...

Oglądamy z Bąblem "Obrazki dla maluchów". Na jednej ze stron bardzo świątecznie - czteroosobowa rodzina przy choince, podczas rozpakowywania prezentów. Bąbel wskazuje palcem na poszczególne osoby i nazywa je po kolei. 

Rudowłosą kobietę : "mama". Jej męża - blondyna: "tata". Pokazuje również kotka i pieska, czyli "miał" i "ahau", a na końcu małego chłopca, klepiąc się rączką po głowie i sygnalizując, że to on :) Kiedy przychodzi kolej na dziewczynkę, która bawi się misiem, Młody sprawia wrażenie nieco skonsternowanego.  Mówi "lala", rozgląda się po naszym mieszkaniu i rozkłada ręce w geście oznaczającym "nie ma".

Powtarza ten rytuał kilkukrotnie, aż w końcu czuję się zobowiązana, by spytać: " A chciałbyś, żeby była u nas taka mała dziewczynka? Lala? Siostrzyczka?" - na co Bąbel energicznie kiwa głową na TAK. Kiedy Małż wpraca z pracy, do niego również biegnie z tą samą książeczką, by zapewnić, że się już tej siostrzyczki po prostu doczekać nie może ;)

Dobrze, że przynajmniej on jeden wie, czego chce. 
Bo nam do tej decyzji z biegiem czasu raczej dalej, niż bliżej;
i teraz - dla odmiany - coraz częściej widzimy się docelowo jako rodzinę 2+1...

"Obrazki dla maluchów. Dom i mieszkanie.", Wyd. Olesiejuk

A tak poza tym - i nas dopadło choróbsko. Nie jakieś poważne, ale za to mocno dokuczliwe. Małż od kilku dni skarży się na "kluchę" w gardle. Bąbel ma katar tak obfity i uciążliwy, że jak na razie dominującą ozdobę świąteczną w naszym mieszkaniu stanowią...zielone, ciągnące się gluty. A mnie głowa łupie, jakby ktoś w środku urządzał sobie remont i wbijał olbrzymie gwoździe jeszcze większym młotkiem (choć może w sumie taki mały remoncik byłby wskazany, bo odkąd pamiętam straszny mętlik tam panuje i ciągła gonitwa zwichrowanych myśli ;) ).

Gdyby choć centymetr śniegu, choć kilka skrzących się płatków za oknem, choć cieniutka warstwa białego puchu pokryła tę wszechobecną, szaro-burą brzydotę - na pewno poczułabym się zdecydowanie lepiej !

czwartek, 10 grudnia 2015

Święta w rytmie slow - bez spiny i nerwowej krzątaniny.

Niektórym członkom naszych rodzin zawsze przyświecała ta świąteczna, szaleńcza presja, by wszystko było idealne i dopięte na ostatni guzik. Perfekcyjnie wypucowane, wysprzątane i udekorowane. Stoły oczywiście aż uginające się pod ciężarem tradycyjnych potraw, z których przynajmniej połowa nie zostanie skonsumowana i ostatecznie wyląduje w koszu. Uśmiechy, jak mniemam, odpowiednio wyćwiczone przed lustrem i zawsze tak samo promienne - nawet na widok znalezionej pod choinką dziesiątej pary ciepłych skarpet albo trzeciego identycznego kubka z wizerunkiem renifera Rudolfa ;)

W związku z powyższym Święta - które mają być czasem radości, zadumy, spotkań w gronie bliskich sobie ludzi - niejednokrotnie przeradzały się w taki mały, swojski "koszmarek", okupiony stresem, nerwówką, gonitwą po centrach handlowych i walką z sąsiadem na zakupowe koszyki o ostatniego, Bogu ducha winnego karpia.

U nas - odkąd przeprowadziliśmy się "na własne śmieci" - 
   postanowiliśmy zatem wprowadzić zupełnie inne, nowe porządki. 
 
 
Powiedzmy to sobie szczerze - wielogodzinne ślęczenie przy garach nigdy nie było i nadal nie jest moim ulubionym i najbardziej wyczekiwanym zajęciem. Dlatego o pierogi, uszka i barszcz dbają albo zaprzyjaźnione restauracje, albo inne, bardziej powołane do tego osoby, z którymi spotkamy się wspólnie przy wigilijnym stole. Ja robię najczęściej jedną sałatkę i jedno ciasto, piekę pierniki, smażę rybkę i pichcę sos grzybowy.  Małż zabiega u jednego ze znajomych o swojskie kiełbasy i chleb domowego wypieku - ale wszystko w ilościach bardzo rozsądnych, które nasze brzuchy będą w stanie bez problemu pomieścić (i nie powiększyć przy tym zanadto swojego obwodu).

Mieszkanie sprzątam na bieżąco i na co dzień ogarniam najpilniejsze sprawy, a więc nie potrzebuję przez cały miesiąc poprzedzający Boże Narodzenie latać po nim ze ścierką, mopem, Domestosem i odkurzaczem, jakbym szykowała się co najmniej na wizytę Księżnej Monako. Poza tym generalne porządki w towarzystwie wszędobylskiego Bąbla...no cóż...chyba łatwo się domyślić, jak to mniej więcej wygląda... (Kiedy ja dopieszczam stronę lewą, on demoluje dopiero co uprzątniętą prawą - lub odwrotnie ;) )

Już jakiś czas temu uznaliśmy też, że wymiana prezentów pomiędzy wszystkimi dorosłymi członkami rodziny mija się z celem i jeśli z niej wreszcie definitywnie zrezygnujemy, to będziemy mogli pozwolić sobie na zdecydowanie spokojniejszy okres przedświąteczny i "bogatszego" Gwiazdora dla dzieciaków.  Dlatego aktualnie obdarowywane są w naszej rodzinie tylko maluchy - i naprawdę nikt nie czuje się w związku z takim rozwiązaniem pokrzywdzony :)

***

Wreszcie nie boję się przyznać przed samą sobą i przed innymi, że cała ta świąteczna wyidealizowana, zewnętrzna otoczka - po prostu mnie męczy, przytłacza, a nawet trochę irytuje. Skoro na co dzień nie jestem doskonałą kucharką i gospodynią i nie bryluję w kuchni niczym Magda Gessler - to w Święta też nią nie będę. Życie (i Boże Narodzenie) jest zbyt krótkie i zbyt piękne, by marnować je na rzeczy tak przyziemne...

Grudzień to dla mnie przede wszystkim czas podsumowań i pogłębionej refleksji nad sobą i swoim życiem. W tym roku wielka radość (bo jest z nami Bąbel!) bije się we mnie z ogromnym smutkiem (bo właśnie pożegnaliśmy osobę, która po długich i dzielnych zmaganiach przegrała walkę z chorobą).

Chcę spędzić ten czas po prostu RAZEM z Mężczyznami, których kocham - niekoniecznie w towarzystwie 12 "obowiązkowych" dań...


wtorek, 8 grudnia 2015

18 miesięcy Bąbla.

Z okazji tej "półtorarocznicy" Dziecię nam się trochę uspokoiło. Tak, NAPRAWDĘ ! - choć jeszcze 2-3 miesiące temu w życiu bym nie pomyślała, że kiedykolwiek będę tak mogła o nim napisać ;) Skończyły się próby wymuszania, rzucanie się na podłogę i uderzanie głową o kafelki - być może Młody stwierdził, że i tak niczego tym nie osiągnie, ponieważ z czasem zaczęliśmy kierować się w takich sytuacjach zasadą, że "najlepsza reakcja to brak jakiejkolwiek reakcji".

Manualnie radzi sobie świetnie - dopasowuje pięknie kształty w sorterach, buduje z klocków wieże wysokie na kilkanaście pięter, łączy ze sobą proste drewniane układanki i 3-elementowe puzzle. Coraz sprawniej posługuje się też łyżką i choć nadal spora część posiłku trafia na podłogę, ścianę czy maminą bluzkę, to zdarzają się również porcje wędrujące prosto do buzi, bez żadnych nieoczekiwanych turbulencji i przystanków po drodze.

Chodzić zdarza mu się niezwykle rzadko. Z reguły jest jak Forrest Gump, czyli...ciągle biegnie - i to w tempie takim, że niekiedy mama gubi kapcie, usiłując za nim nadążyć :) Jedynie na dworze zachowuje się nieco bardziej asekuracyjnie, ostrożniej stawia kroki, uważa na śliskie i nierówne powierzchnie - choć i tam potrafi mnie nieźle przeciągnąć i doprowadzić do zadyszki. Coraz wytrwalszy z niego piechur i możemy pozwolić sobie na coraz dłuższe spacery bez zastosowania wózka (w którym jednak podróżuje dość chętnie, jeśli tylko zająć go miłą rozmową, śpiewem, opowiadaniem o tym, co się wokół dzieje ;) ).

Usypianie nadal trwa godzinę z kawałkiem i przypomina trochę zabawę wańką-wstańką, ale przynajmniej obywa się już bez wcześniejszych histerii, płaczów, prób roztrzaskania na drobne drzazgi szczebelków w łóżeczku ;) Najbardziej cieszy, że Bąbel przesypia spokojnie już naprawdę CAŁE noce - nie budzi się ani na jedzenie, ani na herbatkę, ani z żadnych innych bliżej nieokreślonych przyczyn (pomijając katar czy ząbkowanie) - i my też w związku z tym funkcjonujemy o niebo lepiej.
Mówienie idzie mu wciąż dość opornie, choć pewne postępy odnotowaliśmy. Junior używa kilku słów zrozumiałych dla wszystkich, całkiem sporej liczby zrozumiałych tylko dla mnie oraz mnóstwa takich, które rozumie chyba tylko on sam, a swoim brzmieniem przypominają narzecze jakiegoś obcego, nieznanego nikomu plemienia ;) Komunikację niewerbalną opanował za to do perfekcji - pokazuje, naśladuje, czasami nawet wręcz zdarza mu się nas przedrzeźniać ;) No i chwyta w lot niemal cały nasz przekaz do niego adresowany -  naprawdę trzeba uważać, o czym się w jego obecności rozmawia, bo potrafi każdy nasz zamiar zrealizować w trybie natychmiastowym, zanim jeszcze zdążymy dokończyć zdanie ;)

Umie wskazać bezbłędnie chyba wszystkie sprzęty znajdujące się w mieszkaniu oraz w najbliższym otoczeniu, a także części ciała, większość pojazdów, przedmiotów i zwierzątek w swoich książeczkach (nawet te bardziej egzotyczne, typu "flaming" czy "kameleon" - natomiast w przypadku tych częściej spotykanych w naszych polskich realiach bardzo pociesznie naśladuje wydawane przez nie odgłosy). Dzięki przyjaciołom z "Literkowa" zaskakuje nas często, rozpoznając jakąś konkretną literę na plakacie, w gazecie lub w nadruku na koszulce :)

Uznał też chyba, że potrafi już wystarczająco dużo, by stać się guru i kopalnią wiedzy dla kogoś innego ;) Codziennie sadza swoje pluszowe zwierzaki w równym rządku, musztruje je i prezentuje im wszelkie dostępne "pomoce naukowe" - klocki, plansze z obrazkami, zabawkowe instrumenty muzyczne...Wygląda przy tym jak Pan Profesor, który pochyla się nad gromadką swoich niekumatych, niesfornych uczniów i odpytuje ich z zadanego poprzedniego dnia materiału ;) 

Mogłabym tak długo jeszcze opowiadać, ale nie chcę Was zanudzić -
nie jestem nawet pewna, czy ktokolwiek dotarł do tego miejsca ;)

Reasumując:

mamy dziecię śliczne, mądre i rezolutne jak z reklamy Pampersów
(zapewne każda mama powie tak o swoim ;) )
i czasami śmiejemy się z Małżem, że sami na pewno byśmy sobie
bardziej "udanego" nie spłodzili :)

***
A to już nasz Bąbel po pierwszych profesjonalnych postrzyżynach w salonie fryzjerskim. "Dzidzia" - jak sam o sobie mówił - odeszła w niepamięć i mamy teraz do czynienia z niesamowicie przystojnym, młodym Mężczyzną ;)  Z jednej strony - duma rozpiera, a z drugiej - żal tego, co tak bezpowrotnie i zdecydowanie zbyt szybko minęło...


niedziela, 6 grudnia 2015

Mikołajki.


W tym roku mieliśmy do wyboru trzy mikołajkowe imprezy w naszej najbliższej okolicy. Każda z nich oferowała nieco inne atrakcje dla maluszków, więc wybór był naprawdę trudny i aż szkoda było z którejś z nich zrezygnować. 

Ostatecznie postanowiliśmy zatem być wszędzie po trochu - i w związku z tym Bąbel mógł obejrzeć sobie aż trzech różnych Świętych w czerwonych kubrakach, ale tylko u jednego zdecydował się usiąść na kolanach i przyjąć od niego skromny, słodki upominek. Na szczęście nie jesteśmy jeszcze na etapie, kiedy musimy tłumaczyć Juniorowi, dlaczego każdy z tych Mikołajów wyglądał inaczej oraz który był tym "prawdziwym", a który tylko jego "pomocnikiem" ;)

Pierwsza impreza była najbardziej kameralna i swojska, bo zorganizowana przez nasz miejscowy dom kultury. Na drugiej - w centrum handlowym - Mikołajowi towarzyszyły bardzo sympatyczne, roztańczone elfy, natomiast trzecia - poprowadzona chyba z największym rozmachem - uświetniona została występami jednego z popularnych teatrów dla dzieci.

Po powrocie do domu przyszedł czas na rozpakowywanie prezentów od dziadków, chrzestnych i od nas. Bąbel jakoś średnio był tym wszystkim zainteresowany i pewnie jeszcze parę lat minie, zanim będzie z wypiekami na twarzy wypatrywał gościa z pękatym workiem na plecach, pierwszej gwiazdki i sunących po niebie sań zaprzężonych w renifery ;)

Na razie zdecydowanie największą frajdę sprawiły mu znalezione w jednej z paczek...pomarańcze, które potraktował najwyraźniej jako piłki, bo zaczął toczyć je po podłodze, transportować na przyczepce swojej ciężarówki i usiłował rzucać nimi do celu, jakim była nasza niczego nie spodziewająca się psina ;)

I my uszczknęliśmy coś dla siebie z tej mikołajkowej, radosnej atmosfery - a mianowicie wybraliśmy się z Małżem na "Listy do M.2" (film, o którym jedna z Was pisała jakiś czas temu, że "nie widzi na nim zadowolonego faceta" ;) ) No a mój jednak był zadowolony, bo na co dzień katuję go najczęściej kinem bardzo ambitnym i psychologicznym (ostatnio głównie skandynawskim), więc taka lekka i przyjemna komedia na "odmóżdżenie" okazała się dla niego całkiem sympatyczną odmianą ;)


P.S. Zdublował nam się jeden prezent. Może któraś z Was ma dziecię zafascynowane tak jak nasze strażą pożarną, bo bardzo chętnie oddamy w dobre ręce wóz strażacki z ostatniego zdjęcia. (Wyje, mruga światełkami, rusza oczami i wystawia język, zmienia kierunek jazdy po napotkaniu przeszkody, a do tego puszcza całe mnóstwo baniek mydlanych. No generalnie fajny jest, więc jakby coś, to dajcie znać w komentarzach lub na priv ;) )

piątek, 4 grudnia 2015

Matka swojej matki.

- Mamo, paliłaś?
- No coś ty?! Przecież wiesz, że rzuciłam dawno temu.
- Ale naprawdę uważasz, że aż taka głupia jestem? Czy że mam jakieś problemy z powonieniem? Przecież wyraźnie dym papierosowy czuję. Od ciebie, w mieszkaniu, no WSZĘDZIE po prostu...
- Wydaje ci się tylko...
- Nic mi się nie wydaje. No to gdzie masz tego papierosa? Schowałaś, zanim zdążyłam wejść? 
- Ale jakiego papierosa? Przecież ci mówię, że nie paliłam.
- Poważnie? To dlaczego w takim ekspresowym tempie wszystkie okna pootwierałaś, jak mnie zobaczyłaś?
- No bo wywietrzyć chciałam, duszno jakoś...
- Wywietrzyć ten papierosowy dym, prawda? Mamo, ostatni raz pytam: PALISZ ZNOWU?!
- No nie palę, czasami tylko...popalam sobie...
- A wiesz co? Pal sobie nawet trzy paczki dziennie, ale przynajmniej otwarcie się do tego przyznawaj, zamiast ściemniać i po kątach chować...

***

Nie wiem jak i kiedy to nastąpiło, ale chyba 
zaczynam być...matką swojej matki.
Taka kolej rzeczy? Też tak macie?

Ciekawe, kiedy to mnie Bąbel zacznie nakrywać na jakichś "zakazanych" przyjemnościach. Tylko że ja nie palę (i nigdy tego nie robiłam), więc do czego mógłby się ewentualnie przyczepić? Może "Mamo, a ty znów zjadłaś zupełnie sama całe litrowe wiaderko lodów pistacjowych?" Albo "Mamo, a ty znowu przed komputerem? Bloga prowadzisz, czy co?" ;)


P.S. Sama sytuacja dość groteskowa i komiczna. Ale sęk w tym, że ja znam własną matkę aż za dobrze i wiem, że nie tylko w kwestii swojego nałogu potrafi tak w żywe oczy kłamać i iść w zaparte. Tak właśnie wygląda "szczerość" w jej wydaniu - całą prawdę mówi najczęściej tylko wtedy, kiedy zostanie porządnie do muru przyciśnięta. Cholernie ciężko z takim człowiekiem funkcjonować na co dzień, tuż obok siebie...Mam nadzieję, że sama nigdy się taka nie stanę...

czwartek, 3 grudnia 2015

Zęby idą, a ja się cieszę...

...tym razem z cudzego nieszczęścia. Oczywiście nie z jakiejś choroby czy czegoś podobnego, bo takiej kary nie życzyłabym nawet najgorszemu wrogowi, który najwięcej krwi mi napsuł i na najwięcej odcisków nadepnął.

Ale właśnie dowiedziałam się, że moja eks-szefowa (ta wstrętna, mobbingująca baba, przez którą ja i jeszcze kilku innych ludzi postanowiło zwolnić się z pracy, a kilku innych nabawiło się nerwicy) też się z firmą pożegnała. Właściwie to wyleciała na zbity...na zbitą twarz - z wielkim hukiem i gromkim aplauzem podwładnych w tle. 

Podobno poza mobbingiem w międzyczasie wyszły na jaw też jej inne machlojki i nadużycia, więc - choć walczyłam z sobą, bardzo się starałam i w myślach przekonywałam się, że przecież nie chcę i nie powinnam być taka, jak ona - po prostu nie mogłam powstrzymać się od uśmieszku satysfakcji i dzikiego tańca radości wokół wiekowego dębu (bo właśnie w parku mnie ta wiadomość zastała, na spacerze z moimi dwoma Mężczyznami). 

Przez cały czas, kiedy jeszcze tam pracowałam, miałam wielką nadzieję, że zła karma w końcu do niej powróci - i walnie ją z całej siły w twarz, zanim ja to zdążę uczynić. I wreszcie, stało się - nieważne, że z kilkumiesięcznym opóźnieniem. 


No to już - to jest właśnie ten moment, w którym możecie napisać mi, 
jaka to jestem podła, małostkowa i zawistna ;)

***
A poza tym - jak w tytule - idą "nam" kolejne zęby. W sumie to już chyba straciłam rachubę i nie potrafię dokładnie powiedzieć, ile ich jest (a Młody też nie da sobie tego na spokojnie policzyć) ;) W każdym razie - jeśli utrzymamy takie tempo, to już wkrótce Bąbel będzie szczerzył się w uśmiechu, prezentując nam absolutnie pełne, kompletne uzębienie !



W związku z powyższym (co wcale mnie nie dziwi) całymi dniami jest niesamowicie stękający, marudny i płaczliwy albo z kolei nadmiernie nabuzowany i pobudzony - a wieczorami baluje do późna i robi się...jeszcze bardziej stękający, marudny i płaczliwy (tudzież jeszcze bardziej nabuzowany i pobudzony). 

Ja natomiast staję na głowie, by jakoś mu ulżyć w cierpieniu, wetrzeć w dziąsła łagodzący żel i odwrócić jego uwagę od swędzącego, dręczącego problemu - i wychodzi mi to ze skutkiem przeróżnym, a pogoda zadania nie ułatwia. (Szaro, buro, deszczowo, śniegu wciąż ani grama, wiatr łeb urywa. Jak spacery, to tylko w stylu Pendolino - czyli szybka przebieżka po przyblokowym trawniku albo ekspresowa rundka wózkiem wokół wioski).

Dobrze, że jeszcze nie rozpędziliśmy się z zakupem sanek i innego zimowego osprzętu, bo kto wie, czy w ogóle będzie nam dane podziwiać biały puch inaczej, niż tylko na świątecznych kartkach...Karmnik za to już stoi, słoninka zawieszona - ptaki wszelkiej maści, przybywajcie ! :)

Jak widać, niektóre wolą dobijać się do okien - i na parapetach zostawiać liczne "pamiątki" swoich odwiedzin ;)