sobota, 30 stycznia 2016

Styczniowi ulubieńcy.

TYPY BĄBLOWEJ MAMY:

"Słaba płeć?" (2015)

Niby tylko lekka, niespecjalnie ambitna komedyjka, lecz właśnie o to nam chodziło, kiedy się na nią wybieraliśmy. Uśmiałam się, ale i wzruszyłam. Niektóre momenty doprowadziły mnie do łez (bardzo smutna scena pożegnania z najwierniejszym psim przyjacielem), a w innych doszukałam się też zupełnie NIE-komediowego drugiego dna, do którego (jak to ja) podeszłam bardzo emocjonalnie. Generalnie wizja drobnej kobietki, biorącej odwet na swoim szefie - tyranie i typowym męskim szowiniście - niesamowicie przypadła mi do gustu :)

Miejsce w Sieci: www.calareszta.pl

Tutaj trafiłam kiedyś zupełnym przypadkiem, zachęcona jednym z postów Czupurkowej Mamy (dzięki, dzięki, dzięki !!!) Dagmara Hicks pisze o macierzyństwie (i wielu innych sprawach) tak, że mam ochotę nauczyć się jej tekstów na pamięć albo okleić nimi każdą wolną powierzchnię naszego mieszkania - żeby mieć je przed oczami zawsze w chwilach zwątpienia, kryzysu, matczynej niedyspozycji. Szczerze i prosto z mostu, bez lukru i mdłej różowej posypki. Bez kreowania się na matkę-wyrocznię, która wszystkie rozumy pozjadała. Jakkolwiek to zabrzmi, zakochałam się w jej poglądach od pierwszego przeczytanego zdania - i każdy kolejny wpis tylko mnie w tej "miłości" utwierdza ;)



Miejsce w "realu" : sieć designerskich sklepów Tiger

Odkryta podczas ostatniej wizyty we Wrocławiu (ul. Szewska 6). Kiedy tam weszłam, to już wyjść nie mogłam - i Małż musiał mnie niemal siłą wyciągać, bo inaczej z pewnością puściłabym nas w tym przybytku z torbami ;) W sumie to taki "dżem, mydło i powidło", ale za to bardzo oryginalny i w skandynawskim stylu - a to jest coś, co bardzo, bardzo lubię ostatnimi czasy :)




TYPY BĄBLOWEGO TATY:

Tato trochę nam się "migał" i usiłował za wszelką cenę uniknąć podawania swoich typów. Zaczęłam nawet podejrzewać, że ma w zanadrzu coś nielegalnego, jakieś strony internetowe tylko dla dorosłych albo inne rzeczy, które niekoniecznie nadają się do publikacji ;)

Ostatecznie został przeze mnie lekko przyparty do muru i stwierdził, że najbardziej  zasmakowało mu jedzenie z pewnej małej, włoskiej restauracyjki, do której zawiódł nas wilczy głód po zakończonym kinowym seansie - a szczególnie gnocchi ze szpinakiem i sosem serowym oraz spaghetti bolognese.

U niego chyba faktycznie "przez żołądek do serca" - nie mam w takim razie bladego pojęcia, dlaczego związał się akurat ze mną: totalną kulinarną kaleką ;)
TYPY BĄBLA:

Wodne kolorowanki.

Pamiętacie z dzieciństwa? Ja mogłam malować w nieskończoność! :) Nawet dla niewprawnych małych rączek nie ma tu nic trudnego - wystarczy zamoczyć pędzelek w wodzie i przeciągnąć po stronie, a pigment w niej ukryty sam zabarwi nasz obrazek. Można ciapać z fantazją i zamaszyście - i wcale nie obawiać się, że pobrudzimy coś tak koszmarnie, jak w przypadku zwykłych farbek.



Moim skromnym zdaniem malowanka z pieskami fajniejsza, bo strony ma bardziej sztywne i "nieprzemakalne", a pigment jest skupiony w tych malutkich, widocznych na zdjęciu kropeczkach, dzięki czemu nie rozmazuje się i nie spływa po całej kartce.




Książeczki - rozkładanki.

Tu pozostajemy jeszcze w klimatach typowo świątecznych - na każdej stronie zaskakują nas bowiem trójwymiarowe postaci Mikołaja, reniferów, bałwanków i elfów, które poruszają się i robią różne ciekawe sztuczki w momencie, kiedy przekłada się kartki :)

W książeczce "Noc Świętego Mikołaja" umieszczone są dodatkowo elementy, za które dziecko może pociągnąć - a wtedy Święty pomacha do niego przyjaźnie, fotel na biegunach zacznie się bujać, renifer poruszy głową i zatrzepocze porożem, a prezent powędruje prosto do zawieszonej na kominku skarpety :)






Niekwestionowanym ulubieńcem Bąbla stał się natomiast ten koń (osioł?), który wciąż przeżuwa i rozdziawia paszczę - w związku z czym Młody ma tendencję do jego ciągłego dokarmiania (płatkami kukurydzianymi, rodzynkami, a nawet z lekka wyeksploatowanymi i wyplutymi fragmentami własnego obiadu ;) )

czwartek, 28 stycznia 2016

Przytulmy się ! :)

DROGA ŻONO

No dobra, przynajmniej dziś Mu odpuść.

Nie gniewaj się, że rano znów zostawił mnóstwo okruchów na kuchennym blacie. Wybacz, że przed wyjściem do pracy zapomniał wyrzucić śmieci - i niechcący trzasnął drzwiami tak mocno, że obudził nie tylko Wasze dziecko, ale i wszystkie pozostałe maluchy w bloku. Zapomnij, że wczoraj znów się posprzeczaliście o jakąś mało istotną pierdołę, że nie zauważył Twojej nowej fryzury, że musiał zostać w firmie po godzinach i że tak naprawdę to z niczym nie jest w stanie wyrobić się na czas. 

Kiedy usłyszysz kroki na klatce schodowej, zaczaj się na Niego za drzwiami :) 

Dokładnie tak, jak robicie to codziennie z synkiem - tylko może bez tego głośnego, przeciągłego "BUUUUU !!!", które zwykle ma Go wystraszyć ;) 

DROGI MĘŻU

Nie prowokuj. 

Jeśli wejdziesz do mieszkania już od progu mówiąc o tym, jaki to miałeś ekscytujący dzień, z iloma fajnymi ludźmi się spotkałeś, ilu nowych świetnie rokujących klientów pozyskałeś  - a Ona będzie musiała opowiadać Ci, że zbudowała stutysięczną wieżę z klocków, nakarmiła Młodego pulpetami z sosem i odkryła w pieluszce jakąś dziwnie wyglądającą, podejrzaną kupę - to uwierz mi, że czar pryśnie jak bańka mydlana ;) 

Kiedy otworzysz drzwi, przestrasz się jak zwykle - choć tym razem nie wrzeszczą "BUUUUU !!!" na całe gardło,  a Ona generalnie jakoś inaczej, łagodniej wygląda i uśmiecha się tajemniczo, jakby też miała dla Ciebie niespodziankę.

NO I CO TAK STOICIE ?!

Oboje chcieliście przecież wcielić w życie pewien plan !

No dawać, dawać, przytulać mi się tutaj!

Jeżeli nawet zdążyliście zapomnieć już, jak to się robi -
postępujcie zgodnie z instrukcją na załączonych obrazkach:
 

No i co? To chyba nie takie trudne, jakby się mogło z pozoru wydawać? 

Ja wiem, że czasami już nawet patrzeć na siebie nie możecie, 
że rutyna zabiła niemal cały romantyzm i czułość w Waszym związku...
 Ale zastanówcie się, czy aż specjalnego dnia Wam potrzeba, żeby takie rzeczy uskuteczniać?

No to teraz weźcie w obroty jeszcze najmłodszego członka Waszej rodziny
(choć ten to akurat przytulania ma aż w nadmiarze)
i zróbcie sobie wszyscy taki solidny, konkretny, serdeczny 'family hug',
od którego aż Was w kościach połamie ;)

***

31 stycznia 2016 - Międzynarodowy Dzień Przytulania
 
A ja już dziś tulę Was wszystkie bardzo, bardzo mocno - 
i żałuję ogromnie, że jedynie wirtualnie mogę to uczynić...

środa, 27 stycznia 2016

"Zapiski Babci..." - niech i Ona się wykaże ! :)

Zupełnie oczywiste jest, że chcemy wszystkie najważniejsze, przełomowe momenty w życiu naszego dziecka jak najlepiej zapamiętać, utrwalić i jak najbardziej skrupulatnie udokumentować - na zdjęciach, filmach, w kronikach, pamiętnikach czy na blogu.

Dlatego też zapisujemy w pięknych albumach najpierw przebieg ciąży (również tej adopcyjnej :) ), potem daty wyżynania się kolejnych ząbków, adnotacje odnośnie pierwszej zjedzonej marcheweczki, pierwszych słów, pierwszych kroków i generalnie rzecz biorąc wszystkich tych "pierwszych razów", których jesteśmy jako rodzice świadkami. Kiedy za jakiś czas nasza pociecha otrzyma od nas w prezencie takie grube, pękate tomisko - będzie to dla niej istna skarbnica wiedzy !

A gdyby tak podejść do tematu nieco przewrotnie, od troszkę innej strony? 

Bo co nasze dziecko będzie wiedziało chociażby o...własnej babci?  Zapamięta pewnie, że nosiła okulary, robiła na drutach, częstowała je mlecznymi karmelkami, piekła najlepszą na świecie szarlotkę, a na czwarte urodziny podarowała mu pluszowego króliczka, którego ma do dziś...

Ale czy będzie orientowało się, w jakich warunkach dorastała, jakie były jej ulubione zabawki i sposoby spędzania wolnego czasu, do jakich szkół chodziła, jakie miała marzenia, w jakich okolicznościach poznała dziadka, dokąd wspólnie podróżowali i w jakim duchu wychowywali swoje dzieci ?

Szczerze wątpię - a nawet jeśli niektóre historie z jej życia zostaną dziecku opowiedziane, to przekaz ustny jest przecież tak niesamowicie ulotny...Zdecydowanie lepiej te babcine wspomnienia spisać i zgromadzić w pewnym szczególnym, przeznaczonym do tego miejscu !

 "Zapiski Babci. Wspomnienia dla moich wnuków."
Wydawnictwo Zakamarki
rok wydania : 2015
stron: 64

Właśnie taki album znalazł się w naszym domu z myślą o jednej z Bąblowych babć - tej "zaciętej literacko", która już od jakiegoś czasu deklarowała chęć, by swojej pasji pisania dać upust :)


Jest to książeczka raczej oszczędna w treści i formie. Zawiera minimalną ilość gotowego, drukowanego tekstu oraz bardzo symboliczne elementy graficzne, dzięki czemu wypełniająca ją babcia będzie miała zdecydowanie większe pole do popisu i możliwość zaaranżowania wolnej powierzchni zupełnie po swojemu - własnymi rysunkami, przemyśleniami, istotnymi cytatami...Nie zabraknie jej też miejsca na wklejenie rodzinnych fotografii czy stworzenie uproszczonego drzewa genealogicznego.


Idea książeczki jest taka, by babcine wpisy nie odnosiły się wyłącznie do suchych faktów, dat i konkretnych wydarzeń. Chodzi również o to, by przekazać wnukowi pewne przemyślenia, cząstkę własnej życiowej mądrości, osobiste refleksje na temat posiadania dzieci i wnuków, dojrzewania, starzenia się oraz popełnionych życiowych błędów, których z pewnością nie warto powielać.

Babcia może też opowiedzieć wnukowi o tym, jak na niego czekała, jakie emocje jej wtedy towarzyszyły, co jego pojawienie się zmieniło w jej życiu, postrzeganiu świata oraz sposobie myślenia.


Całość jest bardzo przejrzysta, klarowna i nieskomplikowana, a poszczególne etapy życia pojawiają się chronologicznie, a więc podejrzewam, że nawet babcie nieco bardziej wiekowe nie będą miały problemu z poruszaniem się po książeczce oraz jej wypełnianiem.

Dla mnie osobiście bardzo ważne jest, że propozycja ta nie unika słowa "adopcja" - i stawia je w równym rzędzie z  wyrazem "narodziny", tuż obok siebie,  oddzielone ukośnikiem. Niestety bardzo nieliczne tego typu publikacje uwzględniają i taką możliwość - kiedy szukałam odpowiedniej kroniki jeszcze przed pojawieniem się Bąbla, wszędzie mowa była wyłącznie o ciąży i narodzinach dziecka z brzuszka, natomiast o tym z serduszka nikt wspomnieć nie raczył...


Jestem przekonana, że będzie to dla naszego synka piękna i bardzo cenna pamiątka - a dla babci ogromna radość, że może mu choć cząstkę siebie i swoich wspomnień w ten sposób ofiarować.

Muszę jeszcze do czegoś się Wam przyznać. Przez pewien czas wręcz korciło mnie, żeby zachować książeczkę dla siebie, na bliżej nieokreśloną przyszłość - bym sama mogła podobne notatki dla własnego wnuka prowadzić i podarować mu je w prezencie ;) Ostatecznie się powstrzymałam i postanowiłam jednak babcię uszczęśliwić. Pierwsze notatki już poczyniła, a kolejne strony wciąż czekają na zapełnienie :)



Zainteresowanym podpowiem jeszcze, że nakładem Wydawnictwa Zakamarki 
ukazały się także analogiczne "Zapiski Dziadka..."

poniedziałek, 25 stycznia 2016

W wiecznym oddaleniu - czy małżeństwo na odległość ma jakikolwiek sens?

Marta i Krzysiek są małżeństwem z 8-letnim stażem. Mają dwóch synów w wieku 4 i 6 lat. Ona nie pracuje zawodowo, zajmuje się dziećmi i domem (choć - jak wiadomo - to również ciężka i bardzo wymagająca praca). On wyjeżdża za granicę na trzy tygodnie, a potem wraca do kraju na tydzień - i to jest jedyny tydzień w miesiącu, który spędza fizycznie z żoną i dziećmi. (Nie w całości, ponieważ  nadrabia w tym czasie również zaległości towarzyskie, umawia się z kolegami na piwo, jeździ na mecze i grzebie przy swoim u k o c h a n y m motorze.)

Wyobrażacie sobie taki układ? 
Ja ABSOLUTNIE NIE !


Rozumiem, że czasami sytuacja finansowa zmusza nas do dokonywania tego typu wyborów. A czasami po prostu przyzwyczailiśmy się już do pewnego poziomu życia i bardzo trudno nam z niektórych rzeczy zrezygnować. Krzysiek pewnie nie znalazłby w Polsce równie dobrze płatnej pracy. Pewnie nie mogliby pozwolić sobie na nowy samochód prosto z salonu, na egzotyczne wakacje w modnych kurortach, na pobyty w horrendalnie drogim SPA kilka razy w roku. Sami często się do tego przyznawali w rozmowach z nami - i choć już kilkukrotnie planowali nieco zacisnąć pasa, ostatecznie niewiele im z tego wychodziło.
 
Od czasu do czasu spacerując z Bąblem spotykam Martę i jej chłopaków - w parku, na zakupach czy na placu zabaw. Nie planujemy tego i nigdy się nie umawiamy - po prostu zupełnie przypadkiem znajdujemy się w tym samym miejscu, o tej samej porze. Patrząc na nią i słuchając tego, co mówi - widzę osobę przygnębioną i nieszczęśliwą. Tak naprawdę to widzę samotną matkę, która męża ma tylko na papierze - a jedynym śladem po nim przez te trzy "zagraniczne" tygodnie jest obrączka na placu i SMS-y zapisane w pamięci telefonu. 

 
Zastanawiam się, co myślą o tym ich dzieci. Że tęsknią - to raczej pewne.  Mój tato też przez jakiś czas pracował w ten sposób, kiedy w domu się nie przelewało - i pamiętam, że zawsze towarzyszyła mi straszna tęsknota i zazdrość wobec koleżanek, które swoich tatusiów miały tuż obok, na wyciągnięcie ręki. 

Zastanawiam się też, czy wszystkie drogie zabawki, wypasione wczasy, niesamowite podróże, wizyty w Disneylandzie i innych wspaniałych miejscach są w stanie wynagrodzić dzieciom brak ojca w domu?  A te odnowy biologiczne, kiecki od projektantów, torebki kupowane za równowartość całej mojej dotychczasowej pensji - czy są w stanie wynagrodzić żonie brak męża, jego wsparcia, zaangażowania i pomocy w wychowywaniu dzieci?

Ja swojemu Małżowi postawiłam sprawę jasno. Maksymalnie trzy zagraniczne delegacje w ciągu miesiąca (krótkie, jedno- lub dwudniowe, takie na zasadzie "tam i z powrotem"). I nawet te trzy czasami bardzo mocno mi doskwierają - nie mam z kim pogadać, nie mam do kogo się przytulić, nie mam komu opowiedzieć o Bąblowych wyczynach, zebranych i zapamiętanych z całego dnia...

Moglibyśmy jeździć starym Fiatem, każde wakacje spędzać nad położonym 30 kilometrów od nas jeziorem, w ubrania zaopatrywać się wyłącznie w szmateksach (co, notabene, bardzo mi odpowiada) - ale na dziecko zdecydowaliśmy się WSPÓLNIE, RAZEM, WE DWOJE - i oczywiste dla nas jest, że WSPÓLNIE, RAZEM i WE DWOJE będziemy uczestniczyć w jego życiu i towarzyszyć mu we wszystkich najważniejszych momentach. (A nie że tatusia będzie Bąbel oglądał np. tylko przy okazji rodzinnych wideokonferencji na Skypie).


A co Wy sądzicie na ten temat?

Dopuszczacie możliwość takiego małżeństwa na odległość, 
czy też jest to dla Was zupełnie nie do pomyślenia? 

P.S. Oczywiście czasami bywa i tak, że niektórzy mieszkają ze sobą i spędzają wspólnie każdy dzień, a są bardziej od siebie oddaleni niż ci, których dzielą tysiące kilometrów... 

"Opowieść" Joanna Papuzińskiej - coś dla dorosłych i dla dzieci.

Dziś będzie o książeczce, która na pierwszy rzut oka wcale nie prezentuje się jak propozycja dla najmłodszych czytelników. Bardziej kojarzy mi się z albumem malarstwa, ponieważ ilustracje Stasysa Eidrigevičiusa zdecydowanie zdominowały tekst - a poza tym nie należą one raczej do obrazków, które ewidentnie kojarzą się z literaturą dla dzieci.  


"Opowieść" autorstwa Joanny Papuzińskiej znalazła się na Bąblowej półeczce dzięki ogromnej uprzejmości poznańskiego Wydawnictwa Mila. Pomyślałam sobie, że nawet jeśli Synkowi nie przypadnie ona do gustu, to dla mnie będzie stanowiła nie lada rarytas, ponieważ jako mała dziewczynka uwielbiałam wręcz wszelkie legendy, klechdy oraz podania, a szata graficzna książeczki właśnie w takie klimaty idealnie się moim zdaniem wpisuje. 


Jednak już poruszana przez Autorkę problematyka jest jak najbardziej aktualna i współczesna - dotyczy dziecięcych wyobrażeń, refleksji oraz lęków, które dzięki tego typu propozycjom rynku wydawniczego mogą stać się znacznie łatwiejsze do oswojenia. 

Jest to właściwie zbiór trzech różnych, wierszowanych utworów, z których tytułowa "Opowieść" ukazała się w tej formie po raz pierwszy, natomiast utwory "Ja" oraz "Czarna jama" stanowią reedycję.


Dla najmłodszych dzieci teksty mogą okazać się dość trudne, wymagające dodatkowego wyjaśnienia i komentarza rodziców - ale przecież właśnie po to jesteśmy, by naszym pociechom pewne rzeczy tłumaczyć i rozwiewać ich wątpliwości :)

W "Opowieści" mamy do czynienia z księżniczką uwięzioną na wieży, groźnym smokiem i dzielnymi rycerzami, którzy usiłują owego smoka zgładzić - ten jednak pozwala spacyfikować się tylko jednemu z nich, wykazującemu największy spryt, takt, uprzejmość i dobre maniery. W rzeczywistości jest to po prostu historia pewnej rodziny, a właściwie początków znajomości mamy i taty, która może zostać również potraktowana inaczej - i zinterpretowana jako opis zabawy rodziców z dziećmi. 


W wierszu "Ja" mowa jest natomiast o dziecięcych myślach, które na ilustracji zostały przedstawione jako zupełnie różne, niepodobne do siebie dziewczynki - jedne wesołe i skore do psot, inne poważne i nastrojone bardziej melancholijnie, a każda posiadająca swój własny, odrębny obszar zainteresowań. O niektórych myślach podmiot liryczny nadal nie wie, ponieważ są "jak te jabłka na drzewie", które "jeszcze rosną" i z pewnością dopiero pojawią się w dziecięcej głowie.



Utwór najdłuższy z całego zbioru i budzący swego czasu największe kontrowersje to "Czarna jama". Posłowie głosi, że w latach 80. doszukiwano się w nim pewnych ukrytych aluzji politycznych, a także krytykowano ówczesnego wydawcę za jawne "straszenie dzieci" - generowanie w nich lęków zupełnie nowych oraz potęgowanie tych już istniejących.

Aktualnie żyjemy w czasach, kiedy o dziecięcych obawach i niepokojach pisze się już bardzo otwarcie - i jest to wręcz pożądane z punktu widzenia psychologii. Strach jest uczuciem zupełnie naturalnym, normalnym, który towarzyszy każdemu człowiekowi - a więc nie należy go negować, wypierać, zamiatać pod dywan świadomości. 

Z dzieckiem tym bardziej trzeba o nim rozmawiać i racjonalizować go, by nie czuło się opuszczone i pozostawione zupełnie samo, na pastwę swoich osobistych "potworów z szafy". Ostatecznie najczęściej okazuje się, że - tak jak w książce - żadna groźna "czarna jama"  albo wcale nie istnieje, albo staje się dla dziecka świetną, całkiem przyjemną i bezpieczną kryjówką :)



Reasumując, "Opowieść" zdecydowanie wyróżnia się spośród wszystkich innych Bąblowych książeczek. Zachwyca ilustracjami, intryguje tekstem, niesamowicie pobudza wyobraźnię i mam wielką nadzieję, że w przyszłości niejednokrotnie nas zainspiruje i stanie się pretekstem do wielu ciekawych dyskusji z Synkiem.  

Warto również nadmienić, że została wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej, co już samo w sobie stanowi spore wyróżnienie, rekomendację oraz znakomity powód, by mieć ją w swej biblioteczce.

"Opowieść" 
Wydawnictwo Mila
 tekst : Joanna Papuzińska
ilustracje : Stasys Eidrigevičius
rok wydania : 2010
str. :  48

sobota, 23 stycznia 2016

Mój osobisty kreator wizerunku :)

Już nie zazdroszczę kobietom, które mogą pozwolić sobie na regularne wizyty w bardzo drogich, ekskluzywnych salonach kosmetycznych i fryzjerskich. Nie zazdroszczę nawet tym, które mają do dyspozycji własnego, osobistego wizażystę, stylistę tudzież jakiegoś innego personalnego trenera.

Nie zazdroszczę, bo jest przecież Bąbel - a on to już potrafi i makijaż zrobić, i odpowiednią kreację wyczarować z czeluści mojej przepastnej szafy, i nawet uczesać mnie pięknie z zastosowaniem błyszczącej rozetki do pakowania prezentów ;)

(Ostatnio w takiej właśnie "kokardzie" wyszłam z domu celem wyrzucenia śmieci - i dopiero po powrocie oraz szybkim rzucie oka w wiszące na przedpokoju lustro zrozumiałam, dlaczego sąsiad z naprzeciwka tak dziwnie i badawczo mi się przyglądał ! )


Inna sprawa, że gdybym zdała się tylko i wyłącznie na Bąbla  w wyżej wymienionych kwestiach, to na 83. urodziny jego Prababci poszłabym w szpilkach, czapce uszance, brokatowym bikini i narzuconej na nie futrzanej kamizelce ;)

Miałabym też wykonany makijaż a'la papuga tropikalna, we wszystkich kolorach tęczy, z prawym okiem w tonacji błękitno-zielonej oraz lewym w odcieniach fioletu i różu - a do tego z ę b y usmarowane jaskrawoczerwoną szminką, idealną dla pin-up girl ;)

Dlatego czasami muszę jednak powstrzymać te Bąblowe zapędy. Eksperymenty wprawdzie lubię, ale nie aż tak odważne -  i dzisiaj również pomimo wielu pokus i wspaniałych "stylizacji", które Młody mi zaproponował, staję przed lustrem w klasycznej "małej czarnej" ;)


Ale wiecie, co jest w tym wszystkim najważniejsze? 

Że szykujemy się do wyjścia WE TRÓJKĘ - i TRZY pary butów stoją w równym rządku przy drzwiach, wyglancowane na błysk i gotowe do założenia :) Niby tylko buty - ale jest to widok, o którym zawsze tak bardzo, bardzo marzyliśmy...Podobnie jak o znaczku "dzidzia w aucie" na tylnej szybie samochodu czy o przywileju korzystania z przewijaka w publicznych toaletach ;) Małe rzeczy, a tak niesamowicie cieszą !
 
 Miłego, spokojnego weekendu ! 
 

piątek, 22 stycznia 2016

Kochanie, nie kłóćmy się przy dziecku...

Chyba nigdy nie kłóciliśmy się z Małżem tak często i burzliwie, 
jak w ciągu kilku pierwszych miesięcy naszego rodzicielstwa.

(No jak to? Przecież mieliśmy wreszcie to swoje wyczekane, wytęsknione szczęście,  ten sens życia, to malutkie, kruchutkie pisklę w naszym gnieździe budowanym z takim mozołem i przez lata zupełnie opustoszałym! Więc o co się kłócić?! Powinniśmy przecież pozostawać w stanie permanentnej euforii, pić sobie z dzióbków i  emanować szczęściem tak intensywnie, żeby mogły nasz blask dostrzec obce formy życia na innych planetach - jeśli faktycznie istnieją).

A jednak, było o co...

Mój świat z dnia na dzień skurczył się do rozmiarów salonowej sofy, dziecięcego pokoju, ewentualnie przyblokowego skwerku i placu zabaw. On z domu wprawdzie codziennie od poniedziałku do soboty wychodził, lecz wracał po całym dniu pracy do ciągle płaczącego dziecka, rozhisteryzowanej żony w psychicznej rozsypce, nieugotowanego obiadu i mieszkania, które - co tu dużo mówić - wcale nie lśniło już dotychczasową czystością.

Dawniej oboje byliśmy sami dla siebie sterem, żeglarzem i okrętem - aż tu nagle wszystko, absolutnie wszystko podporządkowane zostało temu małemu, wrzeszczącemu przybyszowi, który wprawdzie szczerzył do nas bezzębne dziąsła w najcudowniejszym uśmiechu świata, ale jednak potrafił też nieźle dopiec, naprawdę porządnie dać w kość i poddać w wątpliwość wszelkie nasze wcześniejsze teorie i wyobrażenia odnośnie opieki nad niemowlęciem.

Pomimo dziesiątek uprzednio przeczytanych poradników dla rodziców zupełnie nie byliśmy przygotowani na to,  co kilkumiesięczny Bąbel nam zafundował. I o ile w stosunku do niego wciąż odnajdowaliśmy w sobie nowe pokłady cierpliwości, zrozumienia, troski i czułości - o tyle dla siebie nawzajem już nam tych wszystkich rzeczy nie wystarczało. 

Zupełnie szczerze? 
Czasami mieliśmy ochotę po prostu się pozabijać. 
(Upozorować nieszczęśliwy wypadek?
Dosypać sobie do herbaty babcinej trutki na krety?) ;)

A ja osobiście miałam chęć zamontować sobie w piwnicy taki mały worek treningowy, do własnych gabarytów i wagi przystosowany, w który mogłabym walić bez opamiętania, aż do utraty tchu, żeby wszystkie nagromadzone frustracje na nim wyładować. (Niekiedy do tej pory zdarza mi się żałować, że jednak ostatecznie tego nie zrobiłam ;) )  
 

Jakie romantyczne kolacje przy świecach?
Jakie wspólne wieczorne oglądanie filmów?
Jakie ocieplanie i uleczanie wzajemnych małżeńskich relacji?
Jaka poważna rozmowa na tematy egzystencjalne,
 rozbierająca nasz związek na czynniki pierwsze 
i ponownie go do kupy składająca?

Nam się nawet o zakupach spożywczych na następny dzień nie chciało ze sobą dyskutować ! -
I najchętniej komunikowalibyśmy się wyłącznie za pomocą liścików, 
pozostawianych ukradkiem na lodówce albo kuchennym blacie.

Ale do czego zmierzam...

Nawet jeśli czasami nie starcza nam do siebie cierpliwości, jeśli koniecznie musimy sobie "wygarnąć, "mięsem porzucać", przemówić do siebie głosem podniesionym i tonem niekoniecznie przyjacielskim - NIE RÓBMY TEGO PRZY DZIECKU ! Albo przynajmniej KŁÓĆMY SIĘ UMIEJĘTNIE - pokazujmy, że można się ze sobą nie zgadzać, mieć różne zdania i jakieś wzajemne pretensje, ale trzeba wyrażać je w sposób wyważony, konstruktywny i dążący do kompromisu (bla, bla, bla - jak to łatwo powiedzieć...)

Mimo wszystko tak właśnie staraliśmy się czynić, najczęściej. Jednak kiedyś przydarzyła nam się i wymknęła spod kontroli pewna sytuacja...Awantura o jakąś niewiele znaczącą,  kompletnie nieistotną pierdołę...I Bąbel stał wtedy gdzieś pomiędzy, w krzyżowym ogniu naszych argumentów i kontrargumentów - i próbował zrobić wszystko, by na swój dziecięcy sposób ten nasz niepotrzebny konflikt zażegnać. Śmiał się,wygłupiał, piruety na środku salonu kręcił - żebyśmy tylko przestali  się kłócić i przełączyli nasze emocje z powrotem na tryb "uśpienia" i "oszczędzania energii"...

A potem podszedł do swojego pluszowego króliczka i zaczął na niego krzyczeć. 
Głośno, gwałtownie, jakbyśmy samych siebie widzieli...

Patrzyłam na to, a po policzkach płynęły mi łzy. Czy właśnie tak postrzega nas nasze dziecko? Jako osoby o twarzach wykrzywionych gniewem, nie dające w takim momencie żadnego oparcia i poczucia bezpieczeństwa, skupione tylko na sobie i na własnych nieporozumieniach? Czy my sami chcemy być w ten sposób postrzegani?

Zastanówmy się nad tym i pamiętajmy, że szczęście i samopoczucie naszego dziecka w bardzo dużej mierze zależy nie od niego samego, lecz właśnie od jakości NASZYCH wzajemnych relacji i charakteru NASZEGO związku...Dlatego, drodzy Rodzice:


czwartek, 21 stycznia 2016

Babciowo-Dziadkowo.

A jednak postanowiłam zrobić te laurki :) Wcześniej jakoś nie miałam weny, ale dosłownie na ostatnią chwilę coś mnie tknęło i pomyślałam sobie: "Kurcze, przecież Dzień Babci i Dziadka bez laurek to jak Asterix bez Obelixa, Kubuś Puchatek bez Prosiaczka, Królewna Śnieżka bez siedmiu krasnoludków. Nie no, do bani po prostu... " 

Niestety nie miałam już zbyt dużo czasu, więc nie kombinowałam z niczym skomplikowanym. Odpuściłam sobie również odciski Bąblowych dłoni czy stópek, które musiałyby potem długo schnąć na kaloryferze. Wykorzystałam zwykłe papierowe talerzyki - pozostałości jeszcze z pierwszych urodzin Młodego, zorganizowanych w stylu grillowo-piknikowym.


Bąbel coś tam ze mną poprzyklejał i domalował, a coś innego próbował za to zepsuć, podrzeć i zdewastować. Summa summarum, pewien osobisty udział w akcie tworzenia miał ;)


Efekt nie jest może zachwycający, ale jak na dzieło stworzone w bardzo ekspresowym tempie, z mocno przeszkadzającym Potworem uwieszonym u szyi - myślę, że całkiem OK ;) Ot, taka kreatywność last minute ;)


Tylko miny ci nasi dziadkowie mają nieco srogie, bo zbyt mocno uniesione brwi im wyrysowałam - ale za to trochę odmłodziłam, żadnych zmarszczek nie dodałam, a mojemu Tacie doprawiłam nawet czuprynę nieco bujniejszą od tej, jaką posiada w rzeczywistości ;) Ogólnie rzecz biorąc - całkiem podobni :)


Na odwrocie znajdują się życzenia, trochę Bąblowych bazgrołków i moja radosna twórczość, pełna rymów częstochowskich ;) Niestety nie mogę pokazać na zdjęciu, bo wierszyki mocno spersonalizowane i imienne. Jakiś przykładowy fragmencik? Proszę bardzo:

"Babcia Ziuta nosi okulary
i wełniane skarpety, często nie do pary ;)  
Kiedy zima - ciasta piecze
i czas strasznie jej się wlecze;
ale gdy się ciepło robi -
ryby w rzece z dziadkiem łowi (...)"

O "walorach artystycznych" tego wiersza wypowiadać mi się nie wypada. Najważniejsze, że dziadkom się podobał - i że laurki zostały zaakceptowane oraz od razu ustawione na honorowym miejscu w ich salonie. (O zgrozo ! Właśnie uświadomiłam sobie, że będą widoczne dla wszystkich gości! ;) )


Wszystkim zaglądającym tu Babciom i Dziadkom (o ile tacy są) 
życzę z okazji ich Święta dużo zdrowia, uśmiechu, 
witalności i mnóstwa pociechy z Wnuków !

środa, 20 stycznia 2016

O skrzacie, który nie śpi.

Siedzę w fotelu otulona ciepłym kocem, jedną ręką trzymając kubek z gorącym, parującym kakao, a drugą kartkując strony. Odkąd jestem mamą, bardzo rzadko zdarzają mi się chwile tak błogie i ciche zarazem - w których słychać jedynie tykanie kuchennego zegara i które mam na wyłączność, w całości tylko dla siebie. 

Spoglądam przez okno, próbując odgadnąć rozciągającą się na zewnątrz ciemność. Wytężam wzrok i widzę wydobywający się z kominów, gęsty dym; białe śnieżne czapy na okolicznych drzewach; płatki śniegu wirujące w niesamowitym tańcu w bladym świetle jedynej ulicznej latarni. 

Książeczka, którą czytam, wprost idealnie wpisuje się w ten zimowy, mroźny i roziskrzony śniegiem krajobraz. Kiedy po raz pierwszy trafiła w moje ręce, automatycznie wyobraziłam sobie wszystkie szwedzkie mamy i babcie, czytające ją swoim dzieciom i wnukom w skandynawskich, przytulnych wnętrzach. Wcześniej przeglądałam ją razem z Bąblem, zanim zasnął - i śpiewałam jak kołysankę, bo właśnie taki ma w sobie rytm : spokojny, niespieszny, powtarzalny, wspaniale do snu utulający...


"Skrzat nie śpi" autorstwa Astrid Lindgren to parafraza utworu Viktora Rydberga z 1881 roku - poematu nacechowanego filozoficznie i zapewne zbyt skomplikowanego, by mógł zostać zrozumiany i odpowiednio zinterpretowany przez najmłodszych czytelników. Dlatego też zupełnie nie dziwi mnie, że to właśnie pani Lindgren podjęła się pracy nad jego nową, prozatorską wersją - bo któż inny mógłby tak przystępnie i przekonująco do naszych pociech przemówić, jeśli nie niezapomniana autorka "Pippi Pończoszanki", "Emila ze Smalandii" czy "Dzieci z Bullerbyn"?


Tytułowy skrzat  to osobnik bardzo już wiekowy, zamieszkujący kąt na strychu stodoły od niepamiętnych czasów. Żaden człowiek nigdy go nie spotkał i na własne oczy nie ujrzał - lecz wszyscy doskonale zdają sobie sprawę z jego obecności, wnioskując ją z odciśniętych na śniegu, maleńkich śladów stóp. 


Kiedy wszyscy ludzie pogrążają się już w spokojnym, niczym niezmąconym śnie - tylko on jeden czuwa, stoi na straży, przechadza się po całej zagrodzie, odwiedza kolejne pomieszczenia gospodarcze i dogląda mieszkających w nich zwierząt.  Bardzo skrupulatnie i z wielkim oddaniem dba o to, by było im ciepło, by miały co jeść, by nie martwiły się zbytnio perspektywą kolejnych mroźnych dni i nocy. Ze wszystkimi rozmawia w zrozumiałym dla nich skrzacim języku, obiecując rychłe nadejście wiosny, wraz z którym cała przyroda na nowo zbudzi się do życia... 


Próżno szukać tu wartkiej akcji,  jej nieoczekiwanych zwrotów i krętych meandrów fabuły. Historia jest prosta, a zarazem niosąca pewne głębokie przesłanie i refleksję. Wszystko dzieje się w odpowiednim miejscu i we właściwym czasie - żadne niespodziewane wydarzenie nie przełamuje tej skrzaciej rutyny i nie zakłóca wyjątkowego, magicznego klimatu opowieści. Przez cały czas odnosi się wrażenie, że sympatyczny skrzat przemierza swoje obejście krokiem powolnym, majestatycznym, ale i z lekka tanecznym...



Znakomitym dopełnieniem melancholijnego tekstu są niewątpliwie ilustracje autorstwa Kitty Crowther - dość specyficzne, a jednak niesamowicie stylowe i wspaniale oddające atmosferę opisywanej historii.  Nie mogę również przemilczeć faktu, że książka została pięknie i bardzo solidnie wydana - w związku z czym już samo jej pobieżne przeglądanie stanowi dla czytelnika nie lada gratkę i ogromną przyjemność. 


"Skrzat nie śpi"
tekst: Astrid Lindgren 
ilustracje: Kitty Crowther
stron: 28
rok wydania : 2015
Wydawnictwo Zakamarki


***

A potem? Jestem dokładnie jak ten skrzat, który nie śpi :) Zaglądam po cichutku do Bąblowego pokoju. Podchodzę na palcach do jego niemowlęcego łóżeczka. Nasłuchuję miarowego oddechu Synka i delikatnie wyplątuję pluszową żyrafę z czułego, ale i silnego uścisku jego małych, drobniutkich rączek. Przykrywam go i otulam kołdrą w kolorowe autka, którą - jak to on - zdążył już z siebie przez sen zrzucić i spiętrzyć w zupełnie niepożądanym miejscu...