wtorek, 12 stycznia 2016

O niezależności finansowej drobiu domowego.

Nigdy nie lubiłam, kiedy Małż coś mi "sponsorował". Zwłaszcza wtedy, kiedy był dopiero PRZYSZŁYM Małżem. I nawet wtedy, kiedy sama pozostawałam przez jakiś czas bez pracy (ale na szczęście wspomagała mnie uczelnia, wypłacając  w miarę przyzwoite stypendium naukowe). 

Kiedy wychodziliśmy razem do restauracji, kina czy pubu, każdy płacił za siebie albo pokrywaliśmy koszty po połowie. Na nasze pierwsze wspólne wakacje nad morzem (jeszcze w liceum) pożyczyłam pieniądze od rodziców, a potem spłacałam im w ratach, jak tylko udało mi się dostać na kilkumiesięczny staż.

Czułam się naprawdę niekomfortowo, kiedy to M. wyciągał portfel i upierał się, by uregulować jakiś rachunek czy dorzucić coś do sukienki, na widok której zaświeciły mi się oczy. W takich sytuacjach w powietrzu niemal zawsze wisiała awantura, bo on - już samodzielnie zarabiający na własne utrzymanie - bardzo chciał zrobić mi prezent, a ja bardzo mocno się przed tym broniłam. Nawet drobne na frytki w McDonaldzie wciskałam mu niemal siłą do kieszeni.


I również teraz - choć jesteśmy parą od lat niemal 11, a małżeństwem od niemal 6 - sporo  mi z tych dawnych nawyków pozostało. Nie chcę być od kogoś tak zupełnie, totalnie uzależniona finansowo - nawet decydując się na bezpłatny wychowawczy; nawet nie planując powrotu do miejsca, w którym jestem aktualnie zatrudniona; nawet nie mając zbyt wielkich zachcianek i możliwości wydawania kasy, pozostając z dzieckiem w domu przez 90% swojego czasu.

Dlatego postanowiłam coś z tym zrobić. Zadbać o własne, osobiste "wacikowe", które będę mogła przeznaczyć na swoje i TYLKO SWOJE* potrzeby i które uchroni mnie przed koniecznością uskuteczniania żenującej "żebraniny" za każdym razem, kiedy skończy mi się krem pod oczy albo ulubione perfumy.

(Oczywiście Małż nie miałby absolutnie nic przeciwko, by również tego typu wydatki pokrywać - ale ja sama, dla własnego dobrego samopoczucia, wolę posiadać pewne "zaplecze", mieć w portfelu chociaż parę złotych, chociaż jakieś minimalne wpływy do naszego domowego budżetu wykazywać).

I udało się!  Robię drobne tłumaczenia. Przepisuję na komputerze cudze odręczne bazgroły (czasami dodając coś od siebie i poprawiając liczne błędy, bo niekiedy trafiają mi się naprawdę grafomańskie teksty ;) ) Zdarza mi się też popełnić jakąś prezentację w PowerPoincie, obrobić pliki w Photoshopie, rozesłać kilka maili z ofertami, wystawić parę aukcji w popularnych serwisach...Nic wielkiego czy dobrze płatnego, ale JEST! - i daje mi chociaż tę NAMIASTKĘ** niezależności oraz poczucie, że jeszcze do czegoś się nadaję poza matkowaniem, sprzątaniem, zmienianiem pieluchy, podawaniem butelki z mlekiem...

Mała rzecz, a cieszy niesamowicie! I co najważniejsze, nie koliduje jakoś specjalnie z wychowaniem Młodego Człowieka - bo robię to wszystko w porze drzemek albo wieczorami, kiedy już go ostatecznie do snu ułożę :) Zastanawiam się nawet poważnie, czy właśnie taka forma zatrudnienia nie odpowiadałaby mi najbardziej w przyszłości. Praca zdalna, świadczona z domowego zacisza, bez konieczności utrzymywania stałego,  bezpośredniego kontaktu 'face to face' z kimkolwiek...

A co Wy myślicie na ten temat? Zdecydowałybyście się na coś takiego? Czy raczej ważne jest dla was "wyjście do ludzi", intensywna socjalizacja i integracja z zespołem?


* tak naprawdę to NIE TYLKO SWOJE potrzeby, bo przeważnie kończy się na zakupie kolejnych książeczek/zabawek/ubranek dla Bąbla za te fundusze ;)

**NAMIASTKĘ, ponieważ - nie oszukujmy się  - wszystkie grubsze wydatki, opłaty i raty kredytu ogarnia Małż. Jednak mam nadzieję, że po zakończeniu mojego urlopu wychowawczego się to zmieni i wreszcie i w tej kwestii zapanuje prawdziwe równouprawnienie w naszym związku ;)
 

56 komentarzy:

  1. Super, że udało Ci się znaleźć jakieś rozwiązanie. Pamiętam moment, gdy kilka miesięcy byłam bez pracy. Mąż tylko wtedy zarabiał i nie blokował mi dostępu do pieniędzy, ale idąc na zakupy miałam wyrzuty sumienia gdy chciałam kupić coś dla siebie, co teoretycznie nie było niezbędne (było mała zachcianką).
    Jeśli chodzi o pracę...po 7 latach pracy, w której mam non stop kontakt z klientem coraz częściej chciałabym spróbować jednak pracy zdalnej. Kontaktów telefonicznych i face to face mam chyba przesyt. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to właśnie chodzi - mnie też w żaden sposób nie blokuje i tak naprawdę mogłabym znacznie więcej kasy "puszczać", ale sama mam przed tym duże opory i nie czuję się z tym dobrze :)

      Ja kontakt z klientem miałam przez ponad 5 lat - i to BARDZO bliski i bezpośredni, bo często musiałam za swoimi klientkami podążać nawet do przymierzalni i przeprowadzać bardzo szczegółowe pomiary ;) Zrobię absolutnie wszystko, by już nigdy nie wrócić do tego typu handlu - tego jestem pewna, a cała reszta wyjdzie "w praniu" :)

      Usuń
  2. To jestesmy w jednym klubie:) Ja po latach pracy "u siebie" jednak minimalnie tesknie za codziennym kontaktem z ludzmi (ale wystarcza mi naprawde 2-3 godziny, a nie 8 czy wiecej!). Za to niezaleznosc, pozostanie w domu kiedy zle sie czuje albo po prostu chce popracowac w lozku - jest nieoceniona! Dlatego mysle jak to pogodzic i choc na troche "musiec" wychodzic z domu, ale jednak zarabiac bedac w nim, spotykajac klientow na miescie itd. A siedzenie gdzies i przymowania klientow na setki - w ogole juz sobie nie wyobrazam. Chybabym pozabiajala ich lub siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie tęsknię, wręcz przeciwnie! :) Takich klientów przyjmowanych na setki, do których w dodatku trzeba się mocno wdzięczyć i niesamowicie im nadskakiwać (bo taka polityka firmy), mam już naprawdę po dziurki w nosie :) Nie wiem, czy w moich okolicach znajdzie się jakaś oferta pracy zdalnej (bo ta obecna to raczej rozwiązanie krótkoterminowe), ale na pewno nie zawaham się, by się za takową rozejrzeć ;)

      Usuń
  3. Praca na etacie ma tę zaletę, że co miesiąc jest przelew na konto. Do tego świadczenia, 100 % płatne chorobowe (jeszcze). Ale nie daje takiej niezależności, jak zdalna czy własna dg. Jak nas szefowa wkurzy, a zdarza się to coraz częściej, mamy ochotę rzucić to w diabły i zacząć coś swojego. Tylko szkoda mi tego, co do tej pory wypracowałam. I chyba trochę się boję, że na swoim byśmy nie podołali. Poza tym lubię swoją pracę. Ma tę zaletę, że poznaję nowych, ciekawych ludzi, nowe miejsca, czasem niedostępne dla innych. I muszę/chcę ciągle uczyć się czegoś nowego.
    U nas finanse ogarniam ja. Mężowi tak wygodniej. Jak proszę, żeby usiadł ze mną i chociaż popatrzył jak robię przelew, pyta czy jestem zdrowa tzn. czy nie wybieram się na tamten świat i chcę go przyuczyć. Także nie mam problemu z wydatkami na swoje potrzeby, chociaż czasem wypomina mi te Tygrysie książeczki. Poniekąd ma rację, bo potrafię przegiąć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O właśnie - płacenie rachunków. Dziś w skrzynce było rozliczenie czynszu. I mówię do mojego męża, że od ślubu to on żadnego rachunku sam nie opłacił i że powinnam mu chyba spisać wszystko bo jak mnie zabraknie to nie będzie wiedział co ma płacić i narobi długów :p

      Usuń
    2. Mój mąż dopiero niedawno ogarnął jak się robi przelewy,a rachunku chyba nigdy żadnego nie zapłacił :)

      Usuń
    3. Tygrysy, i to jest właśnie podstawa - żeby swoją pracę lubić i iść do niej nie tylko z przymusu i dla pieniędzy, ale i dla własnego rozwoju oraz satysfakcji :)Odnośnie wkurzającej szefowej coś wiem, a jak do tych wszystkich irytujących zachowań dodać jeszcze mobbing i ingerencję w prywatne sprawy pracowników, to już zupełna porażka. Dlatego też coraz częściej rozważamy z M. coś swojego, tylko w dzisiejszych czasach konkurencja jest ogromna, a wszystkie nisze już chyba wypełnione, więc myślę, że trudno byłoby się przebić...No i nakłady finansowe pewnie musielibyśmy ponieść dość znaczne, żeby własny biznes rozkręcić...Ehhh...

      Usuń
    4. A w temacie płacenia rachunków - u nas tylko M. się tym zajmuje, to on dostaje na swojego maila wszelkie e-faktury i inne cuda, które wymagają uregulowania. Ja się w tym kompletnie nie orientuję, ale chyba wreszcie muszę poprosić go, by mnie wtajemniczył ;)

      Usuń
    5. Bąbelkowa Mamo- u mnie to samo. I co miesiąc myślę sobie, że pora to zmienić, a potem zajmuję się czymś innym i... zapominam. A to przepisywanie czyiś bazgrołów, jak znajdujesz? Ogłaszasz się sama w necie, czy szukasz?

      Usuń
    6. Martuś, większość "zadań bojowych" dostaję od pewnego pana starej daty, któremu biznes się dobrze rozkręcił i w związku z tym pojawiło się trochę "papierologii", ale on sam ze względu na wiek jest na bakier i z angielskim, i z komputerem ;)Innych zleceń sama szukałam, jest tego trochę w necie - czasami dostaję np. jakieś nagranie na maila i piszę, odsłuchując je, a potem gotowy tekst odsyłam. A z wystawianiem aukcji dała mi cynk znajoma, która też sobie w ten sposób dorabia już od jakiegoś czasu.

      Usuń
  4. Ja zawsze marzyłam o pracy zdalnej! Dla mnie byłoby to idealne rozwiązanie. I może niedługo uda mi się zdobyć jakieś zlecenie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie trzymam kciuki, by się udało! Na pewno trudno byłoby rozstawać się z Dziewczynkami na całe długie godziny, a praca zdalna jednak ma to do siebie, że sama sobie sporo rzeczy regulujesz, organizujesz i ustalasz ramy czasowe jej wykonywania :)

      Usuń
  5. Ja miałam teraz pracę częściowo zdalną (w sumie cała "papierologia"), a częściowo poza domem - ale, co ciekawe, samego pracodawcę widziałam kilka razy ;) Wykonując tę poza miejscem zamieszkania traciłam dziennie jakieś 2-3 h z życia Smerfa, bo jakieś 2 h drzemki. Dokumentację robiłam po 20.00, jak synek spał. A i tak ubolewałam, że tyle mnie mija :( więc teoretycznia, take rozwiązanie jakie masz teraz byłoby dla mnie idealne. Ale praktycznie jestem typem społecznika i jak kilka dni siedzę w domu to mi się "syndrom włóczęgostwa" włącza (chociaż oczywiście z synem). I przyznać muszę, że to kilkugodzinne odetchnienie od "zupek, kupek" chociaż trudne, to było mi potrzebne - zresztą miałam świadomość, że to praca tymczasowa. A teraz.... stoję przed nowym dylematem, o którym niebawem doniosę.
    Także jeśli masz taką możliwość i taka forma Ci odpowiada - to super :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I u mnie również jest to rzecz tymczasowa - myślę, że na kilka najbliższych miesięcy. Mnie "syndrom włóczęgostwa" także dopada, ale włóczymy się raczej tylko we dwójkę(ja i Bąbel) lub trójkę (my + Małż), a do innego towarzystwa jakoś specjalnie nie dążę i nie mam zbyt rozbudowanej sieci kontaktów ;) Zbudowaliśmy sobie taki własny, dość hermetyczny świat na ten moment i nie lubimy, kiedy coś lub ktoś nam ten porządek zakłóca ;)

      Czekam na nowe wieści od Ciebie i trzymam kciuki, by wszystko poszło po Twojej myśli :*

      Usuń
  6. Oj tak, zawsze chciałam tak właśnie pracowac, zdalnie, najlepiej z domu. Przed Maluchami nawet tak mi się udawało ogarniac swoją ówczesną pracę na etacie, że w biurze bywałam rzadko, jedynie spotkania z Klientami no to już nie było zmiłuj, trzeba było jechać :) Ale Chciałabym tak znowu kiedyś pracowac, w takim właśnie systemie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kto wie, może jeszcze wszystko przed Tobą :)Ja zawsze myślałam, że będę bardziej tęsknić za wyrwaniem się z domu - i owszem, czasami mi tego brakuje, ale w sensie rekreacyjnym i rozrywkowym ;) Natomiast kiepskie doświadczenia z poprzedniej pracy na etacie przyczyniły się bardzo mocno do tego, że z przyszłych obowiązków zawodowych wywiązywałabym się chętnie już w innej formie, nie wymagającej stałej obecności w miejscu zatrudnienia :)

      Usuń
  7. Będąc na studiach pracowałam zdalnie, wtedy było ok, ale teraz tego nie chcę. Dla mnie akurat po kilku latach w domu ważne jest wyjść, to raz a po drugie mój mąż pracuje w domu i to zawsze jego praca będzie ważniejsza, bo więcej wkłada i będzie wkładał do domowej kasy. Praca w domu przy dzieciach mnie rozprasza, robiłam kilka takich zleceń, jak był jeszcze tylko synek, i to nie jest dla mnie dobre. Jako pracownik czuję się jakbym była w czarnej dziurze i jeszcze dużo czasu upłynie, kiedy poczuję się pewnie finansowo. Moja kasa w oczach mojego męża zawsze będzie na "waciki", on z tej starej daty i dla niego podstawą jest, aby to on mógł nas utrzymać, choć niby jest za równouprawnieniem itp.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przy dziecku też nie byłabym w stanie pracować, Bąbel po prostu by mi na to nie pozwolił :) Ale to, czym aktualnie się zajmuję, to są naprawdę drobiazgi, które bez problemu mieszczę w porach jego mniejszej aktywności :)A jak pójdzie za jakieś dwa lata do przedszkola, to może wtedy fajnie byloby to kontynuować - nadal w domu, ale już biorąc na siebie więcej zobowiązań...

      Podejrzewam, że nawet gdybym pracowała na standardowym etacie, to i tak zawsze mężowski wkład będzie wyższy od mojego - i to nie tylko w oczach M., ale patrząc tak zupełnie obiektywnie (cyfry mówią same za siebie)...

      Usuń
  8. Ja nigdy nie pracowałam zdalnie ale wiem że to nie dla mnie. W domu zbyt dużo rzeczy rozprasza mnie lub jest do zrobienia. Poza tym lubię przebywać między ludźmi, musieć rano wstać, ubrać się, umalować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja nie lubię przebywać między ludźmi, natomiast pozostałe wymienione przez Ciebie rzeczy robię, będąc w domu :)

      To znaczy wstaję codziennie o 5:30, ubieram się (wcale nie w rozciągnięty dres, tylko tak, jakbym wybierała się na miasto czy do pracy właśnie)oraz przeważnie maluję (przynajmniej delikatnie, żeby czuć się lepiej sama ze sobą i z własnym lustrzanym odbiciem ;) )

      Usuń
  9. Przede wszystkim- gratuluję nowej pracy! Jeśli możesz, napisz mi parę słów więcej na priv. Myślę, że na czas urlopu wychowawczego takie rozwiązanie jest idealne. Ja jestem w podobnej sytuacji, z tym że moja praca wymaga, oprócz przygotowań przy kompie, wychodzenia z domu, jednak na kilkanaście a nie ponad 40 godzin tygodniowo, jak ma to miejsce w przypadku zatrudnienia na pełen etat. Dla mnie najlepsza chyba byłaby jakaś kombinacja pracy "zdalno- zewnętrznej", ponieważ mam taki problem, że szybko się nudzę rutyną:-). Aktualnie intensywnie rozmyślam nad swoją przyszłością zawodową, szukając inspiracji...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, ale tak naprawdę nie ma czego gratulować ;) To tylko takie dorabianie, niezbyt czasochłonne i niespecjalnie zobowiązujące - nawet pracą w pełnym tego słowa znaczeniu bym tego nie nazwała, więc pisać też nie ma o czym ;) Wszystko zostało już w poście powiedziane :)

      Życzę Ci, żebyś odnalazła optymalną dla siebie "kombinację" i była z niej niesamowicie zadowolona :)

      Usuń
  10. Kasa jest wspólna oboje pracujemy. Nie uważam że jak sobie kupię przykładowe jeansy to za Jego kasę. Absolutnie. Rachunkami zajmuje się ja od naszego zamieszkania czyli od lat 6. I też nie mam potrzeby tłumaczenia się z którejś tam z kolei bluzki czy pary butów albo po prostu mam męża który nigdy tego nie oczekiwał ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również nie mam potrzeby tłumaczenia się ze względu na Męża, tylko po prostu wolę mieć taki komfort :) Kiedy sama pracowałam, też dokładałam do wspólnej kasy tyle, ile uznałam za stosowne. Gdybym chciała wyciągnąć z niej jakąś większą kwotę to oczywiście poinformowałabym o tym Małżonka, ale nie potrzebowałabym jakiegoś specjalnego "wniosku o udzielnie kredytu" do niego pisać - co to, to nie! ;)

      Usuń
  11. Świetnie że coś robisz. Sama zabieram się powoli do robienia czegoś :) Mam nadzieję, że mi się uda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To moje "coś" to naprawdę drobiazg - ale najważniejsze, że MÓJ, własny ;) A za Ciebie i Twoje "coś" trzymam kciuki i mam nadzieję, że się uda ! :)

      Usuń
  12. Ja bym została przy takiej formie pracy jak masz teraz,z czasem byś to rozwinęła i nikt by Ci nad głową nie wisiał. Ja przed ślubem już miałąm swoją działalność,potem przy drugiej ciąży zawiesiłam i.....tak wisi do dzisiaj. Mąż też miał swoją działalność wtedy dosyć płatną ,potem przyszły chudsze lata dzieci rosły a ja dalej z nimi .Więc choroby dzieci,lekarzy ogarniałam sama a maż pracował ale już było ciężko z tą pracą.Dzięki mojemu wyuczonemu zawodowi nieraz miałam na chleb o swoich wacikach nie myśląc. Mój mąz jest z takiej rodziny że tam nikt u nikogo pracował nie będzie,każdy u siebie. Mnie to wkurzało strasznie czasem ale teraz już przywykłam. Natomiast wszystkie opłaty ja pilnuję,maż nie umie nawet przelewu zrobić ,ba na konto nie umie wejśc bo haseł nie zna.
    Ja jestem za pracą z domu jak najbardziej i trzymam kciuki żeby Ci się udało to rozwinąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście mam jeszcze jakieś dwa lata na zastanowienie, zanim skończy się wychowawczy :) Bo na razie czuję się trochę zagubiona i z jednej strony wydaje mi się to naprawdę fajne rozwiązanie, a z drugiej - tylko na krótką metę i jako coś dodatkowego...Czas pokaże, gdzie ostatecznie wyląduję - i czy nie będzie to zawodowa czarna d... ;)

      Usuń
  13. U nas sytuacja jest troche odwrotna (ja jestem architektem, moj mąż nauczycielem muzyki). Nawet teraz, po ślubie dzielimy wszystko po połowie, plus sami płacimy swoje własne rachunki-mąż samochód, ja komputer itp. Oczywiście ja wychodzę na tym lepiej. Mamy plan, aby z dzidzią byc razem w domu około roku (płatny czas dla mnie i męża, bo mieszkamy w Szwecji- a tu oboje rodziców ma takie same prawa). Myśle jednak, że podczas macierzyńskiego które jest w wysokości 80% zarobków będę chciała "dorabiać". Wydaje mi się, że to jest potrzebne nam do zdrowia psychicznego. Po prostu. Aby nie wypaść z torów, ale także przynajmniej dla mnie, aby nie zapomnieć o nas samych, aby nie zatracić się w macierzyństwie tak do końca. Być kreatywnym i twórczym. Znam kilka osób-mam które wlasnie podczas tych "urlopów" rozpoczeły swoją działalność gospodarczą. Dzieci dodały im skrzydła i wiary w siebie. Patrzę teraz na te marki i wierzyć mi się nie chce jakie z nich Super Kobiety! Uważam, że to jest świetny pomysł!

    OdpowiedzUsuń
  14. zabawna pomyłka- matki, a nie marki- choć troche pomyłka trafiona bo wlasnie one postawiły na siebie- na swoją markę 😋

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Plan bardzo dobry i myślę, że skoro oboje będziecie z Mężem w domu, to pewnie uda Ci się go zrealizować :) W Polsce takiej możliwości nie ma, niestety - i przez rok macierzyńskiego po prostu nie było opcji, żebym już wtedy o jakimś dodatkowym zajęciu pomyślała. Ledwie ogarniałam nową, "dzieciatą" rzeczywistość i nawet bez dorabiania dosłownie na twarz przy Młodym padałam ;) Tak naprawdę dopiero bardzo niedawno zaczęliśmy wracać do "normalności", jakoś sobie wszystko układać, odświeżać nasze dawne zainteresowania i pasje i robić coś jeszcze oprócz zajmowania się dzieckiem ;)

      Usuń
    2. Na początku będzie nam na pewni niezwykle ciężko, także to nie plan na pierwsze miesiące. Będziemy sami w tej dzieciatej rzeczywistości, ale znając nas to potrafimy się czasem tak dobrze razem zgrać, że góry możemy przenosić. Życie samo pokaże na ile idą mi się wypełnić plan.

      Usuń
    3. U nas z tym idealnym zgraniem to bywa różnie :) Teraz już lepiej, ale początki bywały naprawdę masakryczne ;) Powodzenia!

      Usuń
    4. Zupełnie inaczej jest jak twój mąż to jedyna twoja rodzin po tej stronie Bałtyku ;-) pare lat się docieraliśmy i nadal to robimy jak trafimy na nieznaną przeszkodę. musimy być dobrym timem nie ma bata :-P

      Usuń
  15. Dobrze, że znalazłaś sobie takie rozwiązanie, które daje Ci komfort. Podziwiam osoby, które zamiast narzekać, że są w kłopotliwej sytuacji biorą sprawy w swoje ręce i zajmują się problemem na tyle ile mogą, nawet jeśli w danym momencie nie jest to szczyt marzeń.

    Ja aktualnie jestem utrzymanką męża, ale nie stanowi to problemu. Jakoś nie przyszło mi nawet do głowy, żeby rozgraniczać co moje, a co Jego. Od początku mamy wspólną kasę - zdarzało się, że ja wkładałam więcej, teraz więcej wkłada On.
    Dodatkowa pensja by się przydała i ostatnio coraz mocniej odczuwam, że powinnam o to zadbać, ale nasza osobista sytuacja tak się ułożyła, a nie inaczej i chyba nigdy nie usłyszałam poważnego zarzutu w tym temacie. Nie miałam też nigdy oporów przed wydawaniem pieniędzy. Chyba właśnie dlatego, że nigdy nie było podziału, moje/jego. Zawsze były nasze.

    A co do pracy zdalnej to myślę, że to jest świetne rozwiązanie dla osób, które potrafią same się zdyscyplinować i oddzielić pracę od domu. Ja sobie tego nie wyobrażam. Mam wrażenie, że będąc w domu cały czas czułabym się jak w pracy, a pracując trudno byłoby mi nie odwracać uwagi w kierunku domowych spraw. No i ja uwielbiam ludzi:) Im więcej i bardziej różnorodnych tym lepiej, więc na stałe takie rozwiązanie to nie dla mnie. Ale może perspektywa mi się zmieni za kilka lat. Kto wie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja sytuacja aż taka kłopotliwa znowu nie jest ;) I bez tego myślę, że dalibyśmy sobie radę, ale postanowiłam, że muszę się jeszcze na jakichś innych polach realizować, bo inaczej zwariuję. Trochę "odmóżdżona" się już czułam, nie ukrywam ;)

      U nas też kasa wspólna, oboje mamy do niej taki sam dostęp i prawo, ALE jednak fajnie jest mieć też swoje "zaskórniaki" :)Na zachcianki i babskie przyjemności wolę wydawać te samodzielnie zarobione, naprawdę czuję różnicę ;)

      W moim przypadku ze zdyscyplinowaniem się nie ma problemu. Gorzej byłoby ze zdyscyplinowaniem Bąbla, gdybym musiała zrobić coś na cito, w porze jego największej aktywności ;)

      No i nie lubię ludzi, jestem typem aspołecznym ;) To znaczy lubię tylko bardzo nielicznych i tylko w ograniczonych dawkach - i dosłownie do garstki mam naprawdę zaufanie.

      Usuń
    2. Nie chodziło mi o kłopotliwą w sensie finansowym, tylko ogólnie taką, która powoduje dyskomfort, na jakimkolwiek polu. Można marudzić, a można coś zrobić, żeby poprawić swoje samopoczucie. I to mi się podoba:)

      I kiedy czytam Twój wpis i komentarze pod nim, to podoba mi się też, że jest tyle rozwiązań, z których wszystkie dobrze funkcjonują, choć tyle je różni.

      Usuń
    3. No to mamy jasność ;) I każde rozwiązanie dobre - byle tylko osobie zainteresowanej przynosiło satysfakcję oraz inne benefity ;)

      Usuń
    4. U mnie podobnie jak napisała Uczucia Niechciane - tez teraz tylko mąż zarabia i ja również nie mam z tym problemów ani z wydawaniem pieniędzy zarobionych przez M.;-)
      W tym roku minie nam 24 lata jak jesteśmy razem - latem minie 14 lat jak powiedzieliśmy sobie "i nie opuszczę Cię aż do śmierci". Za nami różne lata, chude i tłuste, lata kiedy to ja więcej wkładałam do naszego budżetu i lata kiedy to M. dawał z siebie wszystko byle tylko nasze konto (wspólne) zwiększyło się o ilość liczb;-).
      Jak pracowałam to moja pensja - podobnie jak u Ciebie - też była niższa od mężowskiej. Moja starczyła tylko ewentualnie na spłacenie kredytu i na przysłowiowe waciki. Pewnie, zawsze to coś niż nic. Jak odeszłam z pracy mój M. niedługo potem dostał podwyżkę dokładnie tyle co ja zarabiałam netto, więc dużo nasz budżet nie stracił;-0
      Podziwiam Cię, że masz siły jeszcze coś robić. Ja jak Hania zaśnie - około 21.30 - to mam tylko siłę aby zajrzeć do kompa, umyć się i spać!!!! Dodam, że moje dziecię miało tylko jedną drzemkę wciągu dnia, najczęściej na spacerze. Kiedy zaś skończyła 1,5 roku w ogóle nie śpi w dzień - taka twarda z niej sztuka;-0
      Praca w domu to fajny pomysł. Ja, podobnie jak Ty, po doświadczeniach z ostatniej pracy też nie tęsknię za interakcjami z ludźmi na płaszczyźnie zawodowej, gdzie wspólny cel nie zawsze jest tym jedynym.
      Obyśmy miały to szczęście i za jakiś czas mogły wybrać dla nas najlepszy "sposób" na realizację siebie i powiększenie budżetu domowego. Amen.

      Usuń
    5. No to Wam się pięknie finanse wyrównały po Twojej rezygnacji z pracy - wspaniałe zrządzenie losu :)

      Bąbel drzemki miewał bardzo różnej długości i częstotliwości. Przez jakiś czas wydawało mi się nawet, że zmierza już w kierunku dziecka "bezdrzemkowego", bo był taki okres, kiedy w dzień wcale nie sypiał(na szczęście nie trwało to długo ;) ). Teraz jego drzemka to przeważnie 1,5 godzinki, a na noc idzie spać około 20-21. Zanim zaczęłam realizować te wszystkie zleconka, kładłam się do łóżka tuż po jego uśpieniu - a teraz najczęściej siedzę przy komputerze do 23-24, w międzyczasie ogarniając jeszcze bloga, odpisując na maile i komentarze ;) Następnego dnia pobudka o 5:30 i dwie MOCNE kawy ;)

      Obyśmy miały :) Amen.

      Usuń
    6. Słyszałam kiedyś, że "macierzyństwo jest częścią eksperymentu naukowego, który ma udowodnić, że sen w życiu nie jest potrzebny." ;)

      Usuń
    7. No, to by się w sumie zgadzało ;)

      Usuń
  16. rozumiem cię doskonale! ja sama jak coś dostawałam od razu musialam się zrekompensować, oddać, czy coś komuś kupić..
    nie lubie do teraz czegoś za darmo. sama dorabiam siedziąc w domu , ciężko niekiedy bo Grześ wymaga uwagi- kiedy chce zaczac pracować grześ wykrzywia mi buzie że mam jego sluchac :) ale ciesze sie ze pare grosikow jest w moim portwelu...
    np za to mozemy tez jechac nad morze- co z wyplaty meza jest po prostu ciezko do zrealizowania...
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie, że też znalazłaś sobie jakieś "pole do popisu" :)A czym się zajmujesz - tak oględnie, jeśli można wiedzieć?

      Grześ pewnie przywyknie i generalnie z wiekiem coraz łatwiej będzie naszym małym Mężczyznom zając się czymś trochę bardziej samodzielnie, bez stałego udziału rodziców :)

      Usuń
    2. adresuje koperty u ciotki w kancelari lecz dostarczane sa do mnie do domku oraz robie dekoracje do domku i na groby :)

      Usuń
    3. A tak, widziałam już niektóre Twoje dzieła na blogu i jestem naprawdę pod wrażeniem! Piękne ozdoby, może jakiś większy biznes uda Ci się z tego rozkręcić :)

      Usuń
  17. Gratuluję! Bo każda forma zarobkowania w trakcie "siedzenia w domu" (hm...hm...) jest i odskocznią i tym ziarenkiem malutkiej niezależności.
    Mnie by taka forma odpowiadała - dopóki by mi odpowiadała ;-) Tzn. dopóki czułabym się z tym OK, nie potrzebowałabym socjalizacji z innymi, to tak właśnie mogłaby wyglądać moja praca.
    A gdybym zapragnęła zmiany - to zaczęłabym to zmieniać.
    Życzę Ci jak najwięcej zleceń - ile zdołasz ogarnąć :-)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to "siedzenie" w domu zawsze najbardziej mnie rozwesela - zwłaszcza z ust facetów, którzy nigdy w ten sposób w domu nie "siedzieli" ;) Socjalizacji to ja już chyba do końca życia nie będę potrzebowała - albo inaczej: będę sama chciała decydować o tym, z kim chcę się socjalizować, a z kim nie (a w pracy niestety czasami nie ma takiego wyboru);)Tobie również powodzenia z "trzecim dzieckiem", a potem czwartym i każdym kolejnym, które się "narodzi" ;)

      Usuń
  18. Ja sobie nie wyobrażam, że nawet siedząc w domu coś nie uskrobię na swoje wydatki tylko dzięki swojej pracy np. na blogu czy innych rzeczach. ja z tych kur domowych chodzących własną ścieżką.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i super! :) A patrząc na ilość polubień i rzesze zdeklarowanych fanów Twojego bloga chyba faktycznie da się uskrobać co nieco ;)

      Usuń
  19. Każda kobieta powinna mieć swój grosz. :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się i również pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  20. Pracuję u siebie i pomimo pewnych niedogodności, typu opóźniający się z płatnością klient, nie wyobrażam sobie ponownie zatrudnienia na etat. Dla mnie to idealne rozwiązanie i cieszę się, że kiedyś mi taki pomysł przyszedł do głowy. Cieszę się, ze zrezygnowałam z ciepłej posadki, która aż tak ciepła się aktualnie nie okazuje. Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem pełna podziwu dla wszystkich kobiet, które decydują się na taki odważny krok i nie boją się zacząć czegoś absolutnie, od początku do końca, swojego. Paradoksalnie, do tego trzeba mieć duże "jaja" ;) Niestety sama nie widzę w sobie aż takich pokładów odwagi i ryzykanctwa ;)

      Usuń
  21. Ja tez na utrzymaniu męża i bardzo mi to ciąży.Zupełnie niedawno zrobiłam sobie taki rachunek sumienia i dotarło do mnie,jak bardzo mnie to frustruje i że generuje problemy między nami.
    Byłam od 15 rż niezależna finansowo,do..niedawna.Pracowałam w weekendy i 20 lat temu zarabiałam miesięcznie 800-900 zł.Miałam na ciuchy książki wycieczki szkolne pierwsze piwo i takie tam ;)
    Potem wylądowałam na obczyźnie,pracowałam i miałam.W między czasie poznałam Onego,zakochałam się i tak dalej...a potem wrócilismy do kraju i zanim na dobre się rozpakowałam i rozejrzałam,to byłam w upragnionej ciąży.Do pracy nie zdąrzyłam pójśc i tak pasożytuje :-)
    Mam tam jakieś drobniaki co zarabiam tez na tłumaczeniach ( mój obcy jeżyk niechodliwy ) ale to tylko na waciki!

    OdpowiedzUsuń

Wszelkie opinie, sugestie, nieskrępowana wymiana zdań, a nawet konstruktywna krytyka - mile widziane :)