Chyba nigdy nie kłóciliśmy się z Małżem tak często i burzliwie,
jak w ciągu kilku pierwszych miesięcy naszego rodzicielstwa.
(No jak to? Przecież mieliśmy wreszcie to swoje wyczekane, wytęsknione szczęście, ten sens życia, to malutkie, kruchutkie pisklę w naszym gnieździe budowanym z takim mozołem i przez lata zupełnie opustoszałym! Więc o co się kłócić?! Powinniśmy przecież pozostawać w stanie permanentnej euforii, pić sobie z dzióbków i emanować szczęściem tak intensywnie, żeby mogły nasz blask dostrzec obce formy życia na innych planetach - jeśli faktycznie istnieją).
A jednak, było o co...
Mój świat z dnia na dzień skurczył się do rozmiarów salonowej sofy, dziecięcego pokoju, ewentualnie przyblokowego skwerku i placu zabaw. On z domu wprawdzie codziennie od poniedziałku do soboty wychodził, lecz wracał po całym dniu pracy do ciągle płaczącego dziecka, rozhisteryzowanej żony w psychicznej rozsypce, nieugotowanego obiadu i mieszkania, które - co tu dużo mówić - wcale nie lśniło już dotychczasową czystością.
Dawniej oboje byliśmy sami dla siebie sterem, żeglarzem i okrętem - aż tu nagle wszystko, absolutnie wszystko podporządkowane zostało temu małemu, wrzeszczącemu przybyszowi, który wprawdzie szczerzył do nas bezzębne dziąsła w najcudowniejszym uśmiechu świata, ale jednak potrafił też nieźle dopiec, naprawdę porządnie dać w kość i poddać w wątpliwość wszelkie nasze wcześniejsze teorie i wyobrażenia odnośnie opieki nad niemowlęciem.
Pomimo dziesiątek uprzednio przeczytanych poradników dla rodziców zupełnie nie byliśmy przygotowani na to, co kilkumiesięczny Bąbel nam zafundował. I o ile w stosunku do niego wciąż odnajdowaliśmy w sobie nowe pokłady cierpliwości, zrozumienia, troski i czułości - o tyle dla siebie nawzajem już nam tych wszystkich rzeczy nie wystarczało.
Zupełnie szczerze?
Czasami mieliśmy ochotę po prostu się pozabijać.
(Upozorować nieszczęśliwy wypadek?
Dosypać sobie do herbaty babcinej trutki na krety?) ;)
A ja osobiście miałam chęć zamontować sobie w piwnicy taki mały worek treningowy, do własnych gabarytów i wagi przystosowany, w który mogłabym walić bez opamiętania, aż do utraty tchu, żeby wszystkie nagromadzone frustracje na nim wyładować. (Niekiedy do tej pory zdarza mi się żałować, że jednak ostatecznie tego nie zrobiłam ;) )
Jakie romantyczne kolacje przy świecach?
Jakie wspólne wieczorne oglądanie filmów?
Jakie ocieplanie i uleczanie wzajemnych małżeńskich relacji?
Jaka poważna rozmowa na tematy egzystencjalne,
rozbierająca nasz związek na czynniki pierwsze
i ponownie go do kupy składająca?
Nam się nawet o zakupach spożywczych na następny dzień nie chciało ze sobą dyskutować ! -
I najchętniej komunikowalibyśmy się wyłącznie za pomocą liścików,
pozostawianych ukradkiem na lodówce albo kuchennym blacie.
Ale do czego zmierzam...
Nawet jeśli czasami nie starcza nam do siebie cierpliwości, jeśli koniecznie musimy sobie "wygarnąć, "mięsem porzucać", przemówić do siebie głosem podniesionym i tonem niekoniecznie przyjacielskim - NIE RÓBMY TEGO PRZY DZIECKU ! Albo przynajmniej KŁÓĆMY SIĘ UMIEJĘTNIE - pokazujmy, że można się ze sobą nie zgadzać, mieć różne zdania i jakieś wzajemne pretensje, ale trzeba wyrażać je w sposób wyważony, konstruktywny i dążący do kompromisu (bla, bla, bla - jak to łatwo powiedzieć...)
Mimo wszystko tak właśnie staraliśmy się czynić, najczęściej. Jednak kiedyś przydarzyła nam się i wymknęła spod kontroli pewna sytuacja...Awantura o jakąś niewiele znaczącą, kompletnie nieistotną pierdołę...I Bąbel stał wtedy gdzieś pomiędzy, w krzyżowym ogniu naszych argumentów i kontrargumentów - i próbował zrobić wszystko, by na swój dziecięcy sposób ten nasz niepotrzebny konflikt zażegnać. Śmiał się,wygłupiał, piruety na środku salonu kręcił - żebyśmy tylko przestali się kłócić i przełączyli nasze emocje z powrotem na tryb "uśpienia" i "oszczędzania energii"...
A potem podszedł do swojego pluszowego króliczka i zaczął na niego krzyczeć.
Głośno, gwałtownie, jakbyśmy samych siebie widzieli...
Patrzyłam na to, a po policzkach płynęły mi łzy. Czy właśnie tak postrzega nas nasze dziecko? Jako osoby o twarzach wykrzywionych gniewem, nie dające w takim momencie żadnego oparcia i poczucia bezpieczeństwa, skupione tylko na sobie i na własnych nieporozumieniach? Czy my sami chcemy być w ten sposób postrzegani?
Zastanówmy się nad tym i pamiętajmy, że szczęście i samopoczucie naszego dziecka w bardzo dużej mierze zależy nie od niego samego, lecz właśnie od jakości NASZYCH wzajemnych relacji i charakteru NASZEGO związku...Dlatego, drodzy Rodzice:
