Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura skandynawska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura skandynawska. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 lutego 2016

Albert Albertson - nowy Bąblowy kumpel :)

Dziś chciałabym przedstawić Wam pewnego bardzo sympatycznego, młodego człowieka :) 

To bohater książeczek Gunilli Bergström, który kilka dni temu zamieszkał na naszym dziecięcym regale, z miejsca skradł moje serce, a i Bąbel niesamowicie go polubił. Nic dziwnego zresztą, bo obaj są do siebie w niektórych zachowaniach tak podobni, że nie zdziwiłabym się wcale, gdyby łączyło ich jakieś pokrewieństwo ;) Myślę, że gdyby Albert Albertson istniał naprawdę, mogliby zostać bardzo dobrymi kolegami, a może nawet serdecznymi przyjaciółmi.


W paczce od Zakamarków przyszły do nas dwie książeczki z zabawnymi przygodami Alberta. W pierwszej chłopiec ma dopiero cztery lata - i niesamowite problemy z zaśnięciem. Zanim zdecyduje się położyć w swoim łóżeczku i pozwolić, by ostatecznie zmorzył go sen - musi najpierw odbyć swój codzienny, skomplikowany rytuał, w którym towarzyszy mu dzielny i cierpliwy (aczkolwiek strasznie już zmęczony) tato.


Albert najpierw przypomina sobie o umyciu zębów, potem prosi tatę o przyniesienie czegoś do picia (i zupełnie "przypadkiem" to picie rozlewa), jeszcze później chce mu się siusiu, boi się wyimaginowanego lwa z szafy oraz domaga odnalezienia pod łóżkiem ulubionego pluszowego misia, bez którego zasnąć nie sposób ;)


Zakończenia tej - jakże zbliżonej do naszych osobistych doświadczeń - historii zdradzać nie będę, bo nie chcę pozbawiać przyjemności tych, którzy również zdecydują się po nią sięgnąć. Powiem tylko, że jest to sytuacja, z którą chyba większość rodziców miała w swojej karierze do czynienia, bardzo "z życia wzięta" i zapewne wielu z Was znakomicie znana ;)

***

W drugiej opowieści sześcioletni Albert dołącza już do grona "zerówkowiczów" - i w przeciwieństwie do niektórych swoich rówieśników przejawia wielką niechęć do wszelkich form przemocy. Nie lubi się kłócić, bić, za wszelką cenę unika używania siły - a kiedy sam zostanie przez kogoś zaatakowany, natychmiast się wycofuje i poddaje.


Wszyscy wokół snują najróżniejsze domysły, skąd w Albercie taka ogromna awersja do bójek. Dzieci przypuszczają, że najzwyczajniej w świecie bić się nie potrafi i ma za mało siły, by skutecznie odeprzeć ciosy. Babcia myśli sobie, że jest  po prostu wyjątkowo grzecznym dzieckiem - i chwali go za to na każdym kroku. Tato Alberta wręcz zachęca go do obrony własnej, organizuje nawet w domu wspólne treningi i bardzo chętnie nauczyłby go kilku podstawowych chwytów - jednak chłopiec pozostaje w swej postawie nieprzejednany.


Jesteście ciekawi, jak poradzi sobie Albert z grupą nękających go rozrabiaków, jaka jest prawdziwa przyczyna jego "pacyfistycznej" postawy oraz czym zdobędzie sobie uznanie w oczach wszystkich kolegów? Zachęcam do lektury, bo naprawdę warto ! :)

***

Osobiście na pewno dopilnuję, by i inne książeczki z serii o Albercie znalazły się już wkrótce w naszych rodzinnych zbiorach. Pomimo, że jego postać wykreowana została na początku lat 70. i że Albert pochodzi ze Szwecji, jego perypetie są wciąż jak najbardziej aktualne i uniwersalne - dotyczą chyba wszystkich dzieci i rodziców świata, niezależnie od długości i szerokości geograficznej.

Czytając, nie sposób się nie uśmiechnąć od ucha do ucha - tak miłą aparycję ma nasz bohater, tak  ciekawe wnioski wysnuwa i tak jest w tym wszystkim zbliżony do naszych rodzimych Jasiów, Szymków i Piotrusiów :) Myślę, że niejeden młody czytelnik sam bez trudu odkryje w nim swoje własne, dziecięce cechy i emocje, ponieważ książeczki napisane są językiem bardzo przystępnym, nieskomplikowanym i dostosowanym do wieku odbiorcy.

Jedynie postaci mamy nieco mi w tych historyjkach brakowało, ale jest całe mnóstwo innych propozycji w literaturze dla dzieci, które to właśnie ją umieszczają w roli głównej, ojców traktując często jako postaci raczej epizodyczne - więc może to i dobrze, że tym razem to tato gra pierwsze skrzypce :)


 "Dobranoc, Albercie Albertsonie"(str. 28)
 "Czy jesteś tchórzem, Albercie?" (str. 32)
tekst i ilustracje:  Gunilla Bergström
Wydawnictwo Zakamarki
rok wydania:  2012 / 2014

Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że w styczniu tego roku miała miejsce premiera ekranizacji przygód Alberta, którą też z pewnością obejrzymy - a w zakładkach mojego bloga można znaleźć namiary na konkursy organizowane przez Wydawnictwo Zakamarki, również z tym sympatycznym bohaterem związane :)


środa, 20 stycznia 2016

O skrzacie, który nie śpi.

Siedzę w fotelu otulona ciepłym kocem, jedną ręką trzymając kubek z gorącym, parującym kakao, a drugą kartkując strony. Odkąd jestem mamą, bardzo rzadko zdarzają mi się chwile tak błogie i ciche zarazem - w których słychać jedynie tykanie kuchennego zegara i które mam na wyłączność, w całości tylko dla siebie. 

Spoglądam przez okno, próbując odgadnąć rozciągającą się na zewnątrz ciemność. Wytężam wzrok i widzę wydobywający się z kominów, gęsty dym; białe śnieżne czapy na okolicznych drzewach; płatki śniegu wirujące w niesamowitym tańcu w bladym świetle jedynej ulicznej latarni. 

Książeczka, którą czytam, wprost idealnie wpisuje się w ten zimowy, mroźny i roziskrzony śniegiem krajobraz. Kiedy po raz pierwszy trafiła w moje ręce, automatycznie wyobraziłam sobie wszystkie szwedzkie mamy i babcie, czytające ją swoim dzieciom i wnukom w skandynawskich, przytulnych wnętrzach. Wcześniej przeglądałam ją razem z Bąblem, zanim zasnął - i śpiewałam jak kołysankę, bo właśnie taki ma w sobie rytm : spokojny, niespieszny, powtarzalny, wspaniale do snu utulający...


"Skrzat nie śpi" autorstwa Astrid Lindgren to parafraza utworu Viktora Rydberga z 1881 roku - poematu nacechowanego filozoficznie i zapewne zbyt skomplikowanego, by mógł zostać zrozumiany i odpowiednio zinterpretowany przez najmłodszych czytelników. Dlatego też zupełnie nie dziwi mnie, że to właśnie pani Lindgren podjęła się pracy nad jego nową, prozatorską wersją - bo któż inny mógłby tak przystępnie i przekonująco do naszych pociech przemówić, jeśli nie niezapomniana autorka "Pippi Pończoszanki", "Emila ze Smalandii" czy "Dzieci z Bullerbyn"?


Tytułowy skrzat  to osobnik bardzo już wiekowy, zamieszkujący kąt na strychu stodoły od niepamiętnych czasów. Żaden człowiek nigdy go nie spotkał i na własne oczy nie ujrzał - lecz wszyscy doskonale zdają sobie sprawę z jego obecności, wnioskując ją z odciśniętych na śniegu, maleńkich śladów stóp. 


Kiedy wszyscy ludzie pogrążają się już w spokojnym, niczym niezmąconym śnie - tylko on jeden czuwa, stoi na straży, przechadza się po całej zagrodzie, odwiedza kolejne pomieszczenia gospodarcze i dogląda mieszkających w nich zwierząt.  Bardzo skrupulatnie i z wielkim oddaniem dba o to, by było im ciepło, by miały co jeść, by nie martwiły się zbytnio perspektywą kolejnych mroźnych dni i nocy. Ze wszystkimi rozmawia w zrozumiałym dla nich skrzacim języku, obiecując rychłe nadejście wiosny, wraz z którym cała przyroda na nowo zbudzi się do życia... 


Próżno szukać tu wartkiej akcji,  jej nieoczekiwanych zwrotów i krętych meandrów fabuły. Historia jest prosta, a zarazem niosąca pewne głębokie przesłanie i refleksję. Wszystko dzieje się w odpowiednim miejscu i we właściwym czasie - żadne niespodziewane wydarzenie nie przełamuje tej skrzaciej rutyny i nie zakłóca wyjątkowego, magicznego klimatu opowieści. Przez cały czas odnosi się wrażenie, że sympatyczny skrzat przemierza swoje obejście krokiem powolnym, majestatycznym, ale i z lekka tanecznym...



Znakomitym dopełnieniem melancholijnego tekstu są niewątpliwie ilustracje autorstwa Kitty Crowther - dość specyficzne, a jednak niesamowicie stylowe i wspaniale oddające atmosferę opisywanej historii.  Nie mogę również przemilczeć faktu, że książka została pięknie i bardzo solidnie wydana - w związku z czym już samo jej pobieżne przeglądanie stanowi dla czytelnika nie lada gratkę i ogromną przyjemność. 


"Skrzat nie śpi"
tekst: Astrid Lindgren 
ilustracje: Kitty Crowther
stron: 28
rok wydania : 2015
Wydawnictwo Zakamarki


***

A potem? Jestem dokładnie jak ten skrzat, który nie śpi :) Zaglądam po cichutku do Bąblowego pokoju. Podchodzę na palcach do jego niemowlęcego łóżeczka. Nasłuchuję miarowego oddechu Synka i delikatnie wyplątuję pluszową żyrafę z czułego, ale i silnego uścisku jego małych, drobniutkich rączek. Przykrywam go i otulam kołdrą w kolorowe autka, którą - jak to on - zdążył już z siebie przez sen zrzucić i spiętrzyć w zupełnie niepożądanym miejscu...