Marta i Krzysiek są małżeństwem z 8-letnim stażem. Mają dwóch synów w wieku 4 i 6 lat. Ona nie pracuje zawodowo, zajmuje się dziećmi i domem (choć - jak wiadomo - to również ciężka i bardzo wymagająca praca). On wyjeżdża za granicę na trzy tygodnie, a potem wraca do kraju na tydzień - i to jest jedyny tydzień w miesiącu, który spędza fizycznie z żoną i dziećmi. (Nie w całości, ponieważ nadrabia w tym czasie również zaległości towarzyskie, umawia się z kolegami na piwo, jeździ na mecze i grzebie przy swoim u k o c h a n y m motorze.)
Wyobrażacie sobie taki układ?
Ja ABSOLUTNIE NIE !
Rozumiem, że czasami sytuacja finansowa zmusza nas do dokonywania tego typu wyborów. A czasami po prostu przyzwyczailiśmy się już do pewnego poziomu życia i bardzo trudno nam z niektórych rzeczy zrezygnować. Krzysiek pewnie nie znalazłby w Polsce równie dobrze płatnej pracy. Pewnie nie mogliby pozwolić sobie na nowy samochód prosto z salonu, na egzotyczne wakacje w modnych kurortach, na pobyty w horrendalnie drogim SPA kilka razy w roku. Sami często się do tego przyznawali w rozmowach z nami - i choć już kilkukrotnie planowali nieco zacisnąć pasa, ostatecznie niewiele im z tego wychodziło.
Od czasu do czasu spacerując z Bąblem spotykam Martę i jej chłopaków - w parku, na zakupach czy na placu zabaw. Nie planujemy tego i nigdy się nie umawiamy - po prostu zupełnie przypadkiem znajdujemy się w tym samym miejscu, o tej samej porze. Patrząc na nią i słuchając tego, co mówi - widzę osobę przygnębioną i nieszczęśliwą. Tak naprawdę to widzę samotną matkę, która męża ma tylko na papierze - a jedynym śladem po nim przez te trzy "zagraniczne" tygodnie jest obrączka na placu i SMS-y zapisane w pamięci telefonu.
Zastanawiam się, co myślą o tym ich dzieci. Że tęsknią - to raczej pewne. Mój tato też przez jakiś czas pracował w ten sposób, kiedy w domu się nie przelewało - i pamiętam, że zawsze towarzyszyła mi straszna tęsknota i zazdrość wobec koleżanek, które swoich tatusiów miały tuż obok, na wyciągnięcie ręki.
Zastanawiam się też, czy wszystkie drogie zabawki, wypasione wczasy, niesamowite podróże, wizyty w Disneylandzie i innych wspaniałych miejscach są w stanie wynagrodzić dzieciom brak ojca w domu? A te odnowy biologiczne, kiecki od projektantów, torebki kupowane za równowartość całej mojej dotychczasowej pensji - czy są w stanie wynagrodzić żonie brak męża, jego wsparcia, zaangażowania i pomocy w wychowywaniu dzieci?
Ja swojemu Małżowi postawiłam sprawę jasno. Maksymalnie trzy zagraniczne delegacje w ciągu miesiąca (krótkie, jedno- lub dwudniowe, takie na zasadzie "tam i z powrotem"). I nawet te trzy czasami bardzo mocno mi doskwierają - nie mam z kim pogadać, nie mam do kogo się przytulić, nie mam komu opowiedzieć o Bąblowych wyczynach, zebranych i zapamiętanych z całego dnia...
Moglibyśmy jeździć starym Fiatem, każde wakacje spędzać nad położonym 30 kilometrów od nas jeziorem, w ubrania zaopatrywać się wyłącznie w szmateksach (co, notabene, bardzo mi odpowiada) - ale na dziecko zdecydowaliśmy się WSPÓLNIE, RAZEM, WE DWOJE - i oczywiste dla nas jest, że WSPÓLNIE, RAZEM i WE DWOJE będziemy uczestniczyć w jego życiu i towarzyszyć mu we wszystkich najważniejszych momentach. (A nie że tatusia będzie Bąbel oglądał np. tylko przy okazji rodzinnych wideokonferencji na Skypie).
A co Wy sądzicie na ten temat?
Dopuszczacie możliwość takiego małżeństwa na odległość,
czy też jest to dla Was zupełnie nie do pomyślenia?
P.S. Oczywiście czasami bywa i tak, że niektórzy mieszkają ze sobą i spędzają wspólnie każdy
dzień, a są bardziej od siebie oddaleni niż ci, których dzielą tysiące
kilometrów...


