Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gospoda Karpacka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gospoda Karpacka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 maja 2016

Karkonoska katastrofa, czyli "miłe złego początki..."

Do tej pory wygrywałam w konkursach internetowych najwyżej jakieś kosmetyki, zabawki, książki dla siebie i Bąbla...Jakiś czas temu natomiast trafiła się nam nie lada gratka: voucher uprawniający do dwudniowego pobytu w Hotelu Greno w Karpaczu, który planowaliśmy sobie nawet o kilka dni przedłużyć, jeśli się nam tam spodoba - a ostatecznie...musieliśmy skrócić, ponieważ Bąbel znów miał "niewielkie" problemy z aklimatyzacją w nowym miejscu. No, ale po kolei... 

W Karpaczu byliśmy już kilka godzin przed rozpoczęciem doby hotelowej - i tradycyjnie zaczęliśmy nasze zwiedzanie od Świątyni Wang, a Bąblowi najbardziej spodobał się oczywiście tamtejszy parking z rozstawionymi pachołkami oraz fontanna, do której przy okazji każdej wizyty najchętniej wrzuciłby całą zawartość naszych portfeli - niezależnie od nominałów ;)




Po jakimś czasie dopadł nas majowy...grad (na szczęście dość drobny i przelotny), więc zjechaliśmy sobie do Karpacza Dolnego i schowaliśmy się przed nim na wystawie klocków Lego - sporo mniejszej od tej, którą mieliśmy okazję oglądać kiedyś we Wrocławiu, ale za to moim zdaniem zdecydowanie bardziej pomysłowej, interaktywnej i wykonanej z dbałością o naprawdę każdy szczegół. 



Bąblowi też ewidentnie bardziej przypadła do gustu - więc obszedł ją dookoła kilkanaście razy, naciskając bez końca wszystkie kuszące czerwone guziki, podziwiając ruchome elementy konstrukcji i wszystkie efekty świetlne i dźwiękowe, które całemu zwiedzaniu towarzyszyły.



Największe wrażenie zrobiła na nim atakująca kobra, która po przyłożeniu rąk do szyby na wysokości jej oczu-czujników wydawała z siebie głośny syk, przybierała charakterystyczną pozycję gotową do ataku i gwałtownie wysuwała głowę do przodu, czym na szczęście bardziej Młodego rozbawiła, niż przestraszyła :)

Potem odwiedziliśmy jeszcze Miejskie Muzeum Zabawek, w którym Bąblowej Mamie najbardziej spodobały się kolorowe matrioszki, natomiast moim Mężczyznom - bogata kolekcja wszelakich pojazdów. Bardzo wzruszający był dla mnie również widok starego poczciwego Misia Uszatka w kraciastej piżamce, do którego w dzieciństwie miałam naprawdę wielki sentyment.


Po zwiedzaniu poszaleliśmy jeszcze trochę na placu zabaw i zjedliśmy obiad w naszej ulubionej Gospodzie Karpackiej. Niech nie zwiodą Was zdjęcia, na których Bąbel sprawia wrażenie niesamowicie głodnego i z utęsknieniem czekającego na hasło "Podano do stołu!" ;) W rzeczywistości nasz mały niejadek zadowolił się...dwoma widelcami surówki i kilkoma frytkami, a tuż po ich skonsumowaniu zaczął głośno domagać się "ciacha!" (którego rzecz jasna nie dostał, ale wymagało to od nas mnóstwa cierpliwości i żelaznej konsekwencji).


A teraz przychodzi w mojej relacji pora na część mniej przyjemną. Tuż po zameldowaniu się w hotelu Junior zaczął przejawiać wszelkie symptomy panicznie-histeryczne - zresztą świetnie znane nam z poprzednich wyjazdów i pobytów w pensjonatach, jednak zwykle były znacznie łatwiejsze do opanowania.  


Zdążyliśmy jedynie trochę się ogarnąć, spróbować pysznych lodów i naleśników z truskawkami w hotelowej restauracji i spędzić godzinkę na tamtejszym basenie - a już trzeba było ewakuować się na zewnątrz, pospacerować trochę po lesie i pojeździć autem, żeby to nasze rozhisteryzowane, rozwrzeszczane dziecię czymś zająć i jakoś uspokoić... 

Sceny rozgrywały się iście dantejskie, niegodne szczegółowego opisywania na blogu. Nadmienię tylko, że grupka spotkanych po drodze niemieckich turystów mierzyła nas i ryczącego wniebogłosy Juniora takim wzrokiem, jakbyśmy co najmniej obdzierali go ze skóry i jakby za chwilę mieli wyciągnąć telefon i poinformować opiekę społeczną o akcie znęcania się nad dzieckiem...No cóż, najwyraźniej nigdy nie mieli do czynienia z niesamowicie temperamentnym, zbuntowanym dwulatkiem - ale już nawet nie chciało mi się szukać w pamięci tych kilku znanych niemieckich zwrotów, by jakoś im całą zaistniałą sytuację wyjaśniać...Niech sobie myślą, co chcą ;)

Po takim maratonie nie mieliśmy już ochoty absolutnie na nic. Ani hotelowa strefa wellness nas nie kusiła, ani jacuzzi, ani sauny, ani zabiegi na twarz i ciało, które wcześniej miałam w swoich nieśmiałych planach. Jedynie przy bogato zaopatrzonym hotelowym barze chętnie poszukalibyśmy ukojenia dla naszych skołatanych nerwów - ale oczywiście nie wypadało nam tego robić ze względu na naszego małoletniego towarzysza niedoli ;)

No cóż, nie skorzystaliśmy jakoś specjalnie...Może jeszcze kiedyś do Greno wrócimy, odnowimy się biologicznie, popluskamy w basenie i spróbujemy wszystkich specjałów z karty...Póki co nie było nam dane - niemniej jednak bardzo dziękuję Martynie G. za taką możliwość, a hotelowej obsłudze za wyrozumiałość i  miłą (choć krótką) gościnę :)