Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zatorland. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zatorland. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 czerwca 2016

Nasza góralska polecajka :)

Już wróciliśmy do domu, więc mogę teraz na spokojnie (o ile Bąbel pozwoli ;) ) zdać Wam relację z naszego krótkiego urlopu w Tatrach - oraz polecić miejsca, które sami odwiedziliśmy i które naszym zdaniem są naprawdę warte obejrzenia.  


Pierwszym przystankiem na naszej trasie był rodzinny park rozrywki Zatorland - złożony tak naprawdę z kilku parków tematycznych, z których w przypadku Bąbelka największą furorę zrobiło oczywiście jedyne takie w Polsce skupisko "żywych" dinozaurów. 

Młody miał już wcześniej okazję bywać w tego typu przybytkach, bo mamy podobne w promieniu kilkunastu kilometrów od naszego miejsca zamieszkania - ale w żadnym z wcześniejszych pterodaktyl nie machał swoimi wielkimi skrzydłami, brachiozaur nie poruszał długą szyją na wszystkie strony, a tyranozaur nie ryczał tak realistycznie i...nie siusiał na przechodzących pomiędzy jego łapami turystów ;) 

Ponieważ mój program do tworzenia i kompresowania plików się trochę buntuje (albo to ja nie do końca potrafię go obsługiwać) - niestety nie jestem w stanie stworzyć dla Was filmiku z prawdziwego zdarzenia. Zaprezentuję więc przynajmniej kilka okazów, które udało mi się tam nagrać (według Juniora niektóre z nich "chrapały" dokładnie tak samo, jak Bąblowy Tato ;) ) 

 

Oprócz tego odwiedziliśmy też tamtejszy Lunapark oraz parki: Mitologii, Owadów, Bajek i Stworzeń Wodnych - a po całym terenie obiektu mogliśmy podróżować ciuchcią, co bardzo ułatwiło nam zwiedzanie takiego dużego obszaru i dzięki czemu nie musieliśmy zabierać z samochodu spacerówki. Cena biletów też okazała się niezbyt wygórowana jak na tyle różnych atrakcji - dwudniowy bilet dla osoby dorosłej to koszt 50 złotych, natomiast dzieci do lat 3 wchodzą na teren parku za symboliczną złotówkę. 


Po kilkugodzinnym zwiedzaniu ruszyliśmy w dalszą drogę na Orawę, gdzie pierwotnie zabukowaliśmy sobie noclegi. Niestety, właścicielka naszego pensjonatu popełniła chyba wszystkie możliwe "grzeszki", o jakich wspominałam kiedyś w tym poście - więc zniesmaczeni postanowiliśmy poszukać sobie innej, bardziej dogodnej kwatery...w Zakopanem. Wpłacona zaliczka wprawdzie nam przepadła, ale za to trafiliśmy na naprawdę sympatyczny hotel  Willa Pod Skocznią, który mieliśmy niemal w całości do swojej wyłącznej dyspozycji, a idealną ciszę zakłócał jedynie...Bąbel we własnej osobie ;)


Hotel położony był mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Krupówkami a Wielką Krokwią, więc do wszystkich atrakcji mieliśmy stosunkowo blisko - z okien naszego pokoju rozciągał się natomiast wspaniały widok na Giewont, który to Bąbel bardzo sobie upodobał i za każdym razem upierał się, że DZISIAJ mamy zabrać go właśnie na tę wysoką górę ;) 

W naszym odbiorze Zakopane przeszło bardzo pozytywną metamorfozę w ciągu tych kilku lat, odkąd byliśmy tam po raz ostatni, jeszcze w czasach naszego narzeczeństwa. A jednocześnie zachowało swój jarmarczny, troszeczkę kiczowaty klimat, który w innych miejscowościach zwykle nas drażni, lecz akurat tam zupełnie nie przeszkadza i wręcz nie wyobrażamy sobie miasta bez tych wszystkich straganów, oscypków i góralskich kapeli w restauracyjnych ogródkach. 

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym z takiej wycieczki nie przywiozła kilku "pamiątek", z którymi od momentu zakupu wręcz nie mogę się rozstać - i nawet teraz klepię w klawiaturę otulona moim nowym kocem w łowickie motywy, popijając herbatę z zakopiańskiego kubka :)


Kolejny dzień naszego pobytu zamierzaliśmy spędzić częściowo w Termach w Białce Tatrzańskiej, ale już od rana panował tam taki niesamowity ścisk i tłok, że ostatecznie postanowiliśmy zrezygnować. Zupełnie przypadkiem odkryliśmy za to piękny rezerwat Przełom Białki w okolicach miejscowości Krempachy - gdzie woda była wprawdzie lodowata, ale za to krystalicznie czysta, a widoki po prostu zapierały dech w piersiach. 

 
Potem zrobiliśmy jeszcze kilkadziesiąt kilometrów, mijając Dunajec i niezwykle malownicze Jezioro Czorsztyńskie - i dotarliśmy do Łącka, gdzie już czekała na nas pewna niesamowicie uśmiechnięta i pozytywna blogowa rodzinka :)

Przyznam szczerze, że osobiście troszeczkę się tego spotkania obawiałam, bo oboje z Małżem nie jesteśmy raczej ludźmi zbyt wylewnymi, szybko nawiązującymi nowe znajomości i zwykle musimy zjeść z kimś przysłowiową beczkę soli, zanim obdarzymy go sympatią i odpowiednim poziomem zaufania. Na szczęście wcześniejsza wirtualna znajomość i korespondencja mailowa pozwoliła nam bardzo szybko przełamać pierwsze lody i już wkrótce poczuliśmy się w tej gościnie niemal jak u siebie w domu - a Bąbel nawet DOSŁOWNIE jak u siebie, ponieważ usiłował zrobić tam dokładnie taką samą demolkę, z jaką mamy do czynienia na co dzień ;) 

Co tu dużo opowiadać! Ani i jej rodziny po prostu nie da się nie polubić od pierwszego wejrzenia - a dodatkowo robi pyszne ciasto z truskawkami, ma w sąsiedztwie sympatyczną kozę i zabrała nas na taką fajną wycieczkę po najbliższej okolicy, że aż nie chciało nam się stamtąd wyjeżdżać. Do powrotu skłoniła nas jedynie obawa o stan jej pralki, drzwi balkonowych i szklanek, bo Młody właśnie te trzy rekwizyty najbardziej sobie ulubił - i mogłoby się to skończyć prawdziwą katastrofą, gdybyśmy nie ewakuowali go i nie zapakowali do auta odpowiednio wcześnie ;) Jeszcze raz dziękujemy wszystkim za gościnę - i oczywiście zapraszamy do siebie z rewizytą ! 


A dlaczego tak nas mało na zdjęciach? 

Bo zebrałam je dla Was tutaj, z przyjemnym dla ucha podkładem muzycznym -
życzę więc miłego oglądania tym, którym udało się dobrnąć do samego końca ;)