W poprzednim poście pisałam Wam co nieco na temat majówkowych atrakcji na Dolnym Śląsku. Tymczasem, sami nie byliśmy w tym roku lokalnymi patriotami - i wybraliśmy się w podróż w nieco inne (lecz równie interesujące) rejony.
Kórnik i Arboretum
Tę urokliwą miejscowość w Wielkopolsce miałam okazję zwiedzić już dawniej, w czasach podstawówki - natomiast teraz pojechaliśmy tam w ramach imprezy BlogoDamy, z której relację znajdziecie na blogu już wkrótce.
Zamek i Arboretum kórnickie zachwycają dokładnie tak samo, jak dawniej. Magnolie kwitną
i oszałamiają swoim zapachem. Jezioro gwarantuje niezapomniane widoki i
zachęca do rejsu statkiem - na który niestety nie zdążyliśmy, ponieważ
pora była już dość późna.
Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zajrzeli choć na chwileczkę do centrum miasta i tamtejszego rynku - gdzie adekwatnie do nazwy miejscowości nadal panuje bardzo wielkanocny klimat, obfitujący w kury i kolorowe pisanki :) Zdecydowanie jest to miejsce, do którego warto powrócić na dłużej - chociażby po to , żeby skorzystać ze wszystkich rodzinnych rozrywek oferowanych przez tamtejsze Centrum Rekreacji "Oaza".
Opole i Zamek w Mosznej
Następnego dnia, z samego rana, wyruszyliśmy w trasę na Opolszczyznę. Celem naszej podróży był przede wszystkim XVIII-wieczny Zamek w Mosznej, zwany również "Perłą Opolszczyzny" (który mi od czasów nastoletnich kojarzy się głównie z zamkami typowo baśniowymi, prezentowanymi w czołówkach najpopularniejszych disneyowskich produkcji).
Samego obiektu wewnątrz nie zwiedzaliśmy, ze względu na gigantyczne kolejki przy kasie - ale wybraliśmy się na długi spacer po tamtejszym parku, a pod wpływem Bąbla spędziliśmy przynajmniej godzinę w okolicach zamkowych fontann ;)
Ogromnym powodzeniem najmłodszych gości cieszyły się też rozłożone na pobliskiej łące dmuchańce i stacjonarny plac zabaw, na którym Junior wyszalał się za wszystkie czasy. Deficyt energii uzupełniliśmy potem pysznymi kruchymi ciasteczkami sprzedawanymi przy bramie wjazdowej przez na oko 9-letniego chłopca. (Podobno własnego wypieku i według przepisu Ani Starmach - a więc kto wie, czy nie mieliśmy do czynienia z przyszłym Master Chefem ;) )
Po wizycie w Mosznej stwierdziliśmy, że grzechem byłoby nie odwiedzić przy okazji również pobliskiego Opola. Najpierw pokusiliśmy się o porcję torciku wiedeńskiego w cukierni "Europa" - a potem poszliśmy na spacer po mieście, zahaczając o Rynek, kilka kolejnych fontann i główny deptak przy ulicy Krakowskiej. (W międzyczasie Bąbel pukał również do bram Uniwersytetu Opolskiego - widocznie chciał się nieco przedwcześnie zrekrutować, ale z uwagi na czas świąteczny Wydział Filologii był akurat nieczynny ;) )
Para buch, koła w ruch !
Żeby nasz ukochany Dolny Śląsk nie poczuł się tak zupełnie zapomniany i porzucony, wróciliśmy tutaj trzeciego dnia majówki. Przygotowaliśmy dla Juniora nie lada niespodziankę - czyli jego pierwszą w życiu podróż parowozem.
Tutaj niestety byliśmy trochę rozczarowani. Nasza "wycieczka w stylu retro" tak naprawdę okazała się przejażdżką w klimatach PRL - i wypadła bardzo słabo w porównaniu do innych tego typu objazdowych wycieczek, które mieliśmy okazję odbyć wcześniej w Bieszczadach i nad morzem. W pociągu panował ścisk i zaduch, na trasie nie zaplanowano żadnych dodatkowych atrakcji - za to postoje w szczerym polu robiono dosłownie co chwilę (mam wrażenie, że organizatorzy chcieli wydłużyć w ten sposób czas przejazdu - żeby ludziom wydawało się, iż warto było zapłacić za bilety wcale niemałą cenę).
Generalnie rzecz biorąc, po trzech godzinach takiej jazdy byliśmy już mocno znudzeni. Jedyny pozytyw jest taki, że wiemy już z całą pewnością, jakim środkiem transportu nie powinniśmy przewozić naszego rozbrykanego trzylatka - i na pewno przez długi czas będziemy trzymać się z nim z daleka od Polskich Kolei Państwowych ;)
Tutaj niestety byliśmy trochę rozczarowani. Nasza "wycieczka w stylu retro" tak naprawdę okazała się przejażdżką w klimatach PRL - i wypadła bardzo słabo w porównaniu do innych tego typu objazdowych wycieczek, które mieliśmy okazję odbyć wcześniej w Bieszczadach i nad morzem. W pociągu panował ścisk i zaduch, na trasie nie zaplanowano żadnych dodatkowych atrakcji - za to postoje w szczerym polu robiono dosłownie co chwilę (mam wrażenie, że organizatorzy chcieli wydłużyć w ten sposób czas przejazdu - żeby ludziom wydawało się, iż warto było zapłacić za bilety wcale niemałą cenę).
Generalnie rzecz biorąc, po trzech godzinach takiej jazdy byliśmy już mocno znudzeni. Jedyny pozytyw jest taki, że wiemy już z całą pewnością, jakim środkiem transportu nie powinniśmy przewozić naszego rozbrykanego trzylatka - i na pewno przez długi czas będziemy trzymać się z nim z daleka od Polskich Kolei Państwowych ;)
Opowiadajcie, co u Was ?
Jak minęła Wam tegoroczna majówka ? :)
















