sobota, 31 października 2015

1 listopada

Mogłabym napisać cały długi post o tym, co mnie w tym dniu u niektórych ludzi wkurza. O cmentarnej rewii mody albo nowych furach zaparkowanych tuż pod bramą i blokujących przejście (ale najważniejsze przecież, by je wszyscy widzieli). Chociażby o mojej wiekowej ciotce, która specjalnie z tej okazji biegnie co roku do wypożyczalni po "nowe" futro i kapelusz z szerokim rondem. Oraz o innych jej podobnych, które przechadzają się po cmentarnych alejkach niczym jakaś Paris Hilton po czerwonym dywanie - z obowiązkowym yorkiem pod pachą i szpanując coraz bardziej udziwnionymi stylizacjami, niestety niezbyt adekwatnymi do powagi tego święta  i na widok których aż chciałoby się rzec, że się umarli w grobach przewracają (czytaj: kozaki prawie do samej pupy plus minispódniczka, która tej pupy nawet w całości nie przykrywa).

Daruję sobie jednak szersze wywody i dalsze uszczypliwości w tym temacie. Łudzę się i po cichu mam nadzieję, że to tylko znak naszej małomiasteczkowości. Taki stygmat życia w zabitej deskami dziurze, w której 1 listopada jest dla niektórych osób jedną z naprawdę niewielu okazji, by się "wylansować", "zabłysnąć" i "zrobić wrażenie". Może w innych, większych miejscowościach tak nie jest...oby...

A tak z zupełnie innej - zadumanej i refleksyjnej - beczki: na przełomie października i listopada chyba najczęściej wracam myślami do poezji mojej ulubionej Haliny Poświatowskiej.

Niech zatem Janusz Radek wyśpiewa to, co chodziło mi dziś po głowie 
podczas porządkowania z mamą kolejnych grobów...
 

kiedy umrę kochanie
gdy się ze słońcem rozstanę
i będę długim przedmiotem raczej smutnym 
 czy mnie wtedy przygarniesz
ramionami ogarniesz
i naprawisz co popsuł los okrutny (...) 
patrząc w płomień kochanie
myślę - co też się stanie
z moim sercem miłości głodnym
 a ty nie pozwól przecież
żebym umarła w świecie
który ciemny jest i który jest chłodny