W swoim życiu raczej nieczęsto używałam wyrażeń
"prawdziwa przyjaźń" czy "prawdziwy przyjaciel".
Nie szafowałam tymi określeniami na prawo i lewo - bo uważam je za słowa wielkiej wagi, na które tylko naprawdę wyjątkowe osoby i relacje zasługują. Mimo to kilkukrotnie zdarzyło mi się trafić przysłowiową "kulą w płot" - i niektórzy ludzie nazwani przeze mnie przyjaciółmi okazywali się również tymi, którzy nawet na minimalny kredyt zaufania z mojej strony nie zasłużyli.
Prawdziwy przyjaciel to dla mnie ktoś, komu możemy naprawdę wierzyć i ufać. Ktoś, kto jest z nami czasami aż do bólu szczery i gra wyłącznie w otwarte karty. Ktoś, kto zna wszystkie nasze wady, słabości, emocjonalne zwichrowania i problemy - a mimo to nadal nas akceptuje i zaprasza do swojego życia. Ktoś, przy kim możemy być faktycznie sobą - bez zakładania masek, konstruowania jakichś misternych "kreacji" i budowania swojego wizerunku zupełnie odbiegającego od rzeczywistości.
Najbliżej tej definicji znajduje się dla mnie Bąblowy Tato - i chyba na nim jednym poprzestanę, ponieważ etap "poszukiwania przyjaciół" mam już dawno za sobą, a wszystkie mosty prowadzące do niego zostały przeze mnie definitywnie spalone. Aktualnie jest mi dobrze tak, jak jest - czyli raczej SCEPTYCZNIE. Mam paru znajomych, kilka bliższych i dalszych koleżanek - ale nigdy już nie odważę się zaryzykować żadną "przyjaźnią", która mogłaby znów pozostawić po sobie niesmak, gorycz i rozczarowanie.
Jednocześnie wiem, że temat przyjaźni
niejednokrotnie wróci do mnie w rozmowach z Bąblem.
Na pewno przyjdzie kiedyś w jego życiu taki moment, kiedy akceptacja rówieśników i należenie do jakichś konkretnych grup odniesienia zacznie mieć dla niego niebagatelne znaczenie. Myślę, że idealną lekturą na ten czas okaże się dla nas książka "Pax" autorstwa Sary Pennypacker, która opowiada o przyjaźniach dość nietypowych i nieczęsto spotykanych.
Chłopiec i oswojony lis. Bohaterowie niby z dwóch zupełnie różnych i odległych od
siebie światów - a jednak wspólnie się wychowują, razem dorastają i
łączy ich jedyna w swoim rodzaju, wyjątkowa więź. W gruncie rzeczy -
ich splecione losy są do siebie bardzo podobne i mają wiele wspólnego. Zarówno jeden jak i
drugi został przedwcześnie osierocony - a potem również
opuszczony i okłamany przez ważnych dla siebie ludzi. Lis - pozostawiony
samotnie w lesie, gdy jego obecność w rodzinie zaczęła stanowić
przeszkodę dla realizacji ludzkich zamierzeń. Chłopiec - oddany pod
opiekę niezbyt lubianego dziadka, kiedy jego ojciec zdecydował się na
udział w wojnie.
Chłopiec i starsza kobieta - w młodości traumatycznie
doświadczona, okaleczona i pozbawiona nogi. Ona zapewnia mu opiekę
medyczną, jedzenie i dach nad głową - pomaga walczyć z własnymi
ograniczeniami i odzyskać pełnię sił po pewnym przykrym
wypadku. On natomiast uczy ją od nowa otwierać się na świat i innych
ludzi - i skłania, żeby po raz pierwszy od wielu lat opuściła swoją samotnię w leśnej głuszy.
Książka Sary Pennypacker bywa często porównywana do znanego chyba
wszystkim "Małego Księcia". Z całą pewnością jest mniej poetycka i mniej
przesycona metaforami - chociaż i tych w niej nie brakuje. Osobiście
jednak odnalazłam w niej zdecydowanie więcej wzruszeń i przemyśleń - nie
tylko na temat przyjaźni, odpowiedzialności i bezinteresownego
poświęcenia, lecz również na temat destrukcyjnego wpływu wojny na ludzką
psychikę i naturalne środowisko, w którym żyją zwierzęta.
Autorka przedstawia przyjaźń jako materię bardzo delikatną, wymagającą
ogromnego wyczucia, nieustającej pielęgnacji i zaangażowania z naszej
strony. Podobnie jak większość najlepszych rzeczy, jakie dostajemy od
życia - także ona nie jest nam dana raz na zawsze. Trzeba stale o nią dbać, a czasami również umieć się rozstać i pozwolić przyjacielowi iść w jego
własną stronę - nawet jeżeli jest to dla nas decyzja bardzo smutna i
bolesna.
Absolutnie nie jest to książka, którą czyta się przysłowiowym "jednym tchem". Nie dlatego, że nie porywa, nie wciąga i nie zachęca do dalszej lektury - lecz dlatego, że skłania do głębokich rozważań i wnikliwego pochylenia się nad każdą stroną i każdym rozdziałem. Momentami bywa taka smutna, że aż boli od niej serce - i wtedy trzeba odłożyć ją na jakiś czas i wrócić do niej, kiedy już będziemy na to gotowi. Dlatego jeżeli kiedyś będziecie mieli ochotę po nią sięgnąć - sami czy wspólnie z Waszymi dziećmi - polecam zrobić to niespiesznie, refleksyjnie, rozsmakowując się w każdym słowie.
tekst: Sara Pennypacker
ilustracje: Jon Klassen
stron: 296


