"Był blog o życiu, emocjach - czytało się super, teraz mamy reklamę,
która otacza nas wszędzie i włazi nam do mieszkań. Zaraz posypie się
lawina zdań "nie chcesz to nie czytaj". Tak też zrobię, ale szkoda bo
ten blog to już nie to. Nasuwa mi się pytanie czy bezinteresowne pisanie
możliwe jest tylko przed adopcją i zaraz po niej, a potem już tylko dla
kasy. Pozdrawiam i życzę powodzenia. Anna."
Pod poprzednim postem znalazł się między innymi taki komentarz, który "zainspirował" mnie do tego stopnia, że aż postanowiłam popełnić cały wpis w tym temacie (podobny zresztą miałam okazję przeczytać ostatnio u Czupurkowej Mamy). Oczywiście każdy ma prawo mieć własne zdanie w niniejszej kwestii, ALE...
***
Owszem, pojawiła się na moim blogu zakładka zatytułowana jako "współpraca".
Owszem, nawiązałam kontakt z kilkoma wydawnictwami oraz firmami produkującymi akcesoria dla dzieci - i nie robię z tego żadnej tajemnicy.
Po pierwsze, żaden z testowanych produktów nie został mi (a raczej Bąblowi) podarowany za friko - bo w jego przetestowanie, napisanie recenzji czy obróbkę zdjęć wkładam naprawdę sporo pracy, swojego wolnego czasu i energii. Nie przywykłam do robienia czegokolwiek "na pół gwizdka", więc do każdej recenzji podchodzę bardzo rzetelnie i staram się opowiedzieć o danym produkcie najlepiej, jak potrafię - i wcale niekoniecznie w samych superlatywach.
Po drugie - gdyby któraś z firm przysłała mi jakiś kompletny shit, który w moim odczuciu do niczego by się nie nadawał, to najzwyczajniej w świecie napisałabym o nim recenzję niepochlebną, stanowczo odradziła jego zakup, a firmie podziękowała za dalszą kooperację.
Po trzecie, nie widzę niczego złego w testowaniu - niektóre blogi dotyczą wyłącznie tego i sama bardzo chętnie na nie zaglądam, żeby poznać opinię innych mam na temat poszczególnych marek. Wybory dobrych sprzętów, trwałych zabawek, skutecznych kosmetyków czy kształcących książeczek są dla mnie bardzo ważne, bo dotyczą mojego dziecka - i zwykle mam potrzebę zapoznania się ze zdaniem innych osób na temat produktów, które sama zamierzam kupić. Wierzę, że również moje recenzje mogą ułatwić komuś tego typu decyzje.
Po czwarte - być może coś mi umknęło, ale póki co nie odnotowałam na swoim koncie w banku absolutnie żadnych przychodów z tego tytułu :) Więc gdzie jest ta rzeczona "kasa", o której - droga Anno - piszesz? Pewnie zablokował mi ją wszędobylski fiskus ;)
Po piąte - jeśli ktoś FAKTYCZNIE zarabia na swoim blogu krocie, to trzymam za niego kciuki i niech te swoje zyski mnoży do potęgi nieskończonej ;) No ale fakt - taka to już nasza polska słabostka, mentalność i przypadłość, że dostajemy "dupościsku" za każdym razem, kiedy komuś powodzi się lepiej od nas i ma jakiś pomysł na siebie oraz własny biznes. Ja na szczęście do Klubu Zaciśniętych Zwieraczy nie należę - sama żyję sobie normalnie, przeciętnie i skromnie, ale innym życzę, żeby ich dobra passa finansowa trwała jak najdłużej :)
Po szóste - na poprzednim blogu pisałam rzeczywiście niemal wyłącznie o emocjach, życiu, oczekiwaniu na adopcję, towarzyszących temu lękach, tęsknotach i obawach. I wtedy również niektórzy wylewali na mnie całe wiadra pomyj, bo ich zdaniem albo wszystko zbyt mocno idealizowałam i opisywałam zbyt cukierkowo, albo z kolei ośmielałam się złorzeczyć, przechodzić gorsze dni, mieć wszystkiego serdecznie dość i po same dziurki w nosie. Jaki z tego wniosek? Nigdy nie uda się wszystkich zadowolić - więc już nawet nie próbuję tego robić ;)
***
Reasumując, na naszym niesamowicie "popularnym" i "rozchwytywanym" blogu "wzbogaciliśmy się" wręcz niesłychanie ! Małż właśnie wczoraj odebrał nowiutkie czerwone Ferrari prosto z salonu, ja paraduję po wiosce już wyłącznie w futrach z norek, soboli i szynszyli. Tylko czekać, aż zaczną zapraszać nas do telewizji śniadaniowej i robić zdjęcia na celebryckich "ściankach". STAY TUNED, bo być może całkiem niedługo rozkręcimy własny reality show, jak Kim Kardashian albo Natalia Siwiec ;)
