Jeszcze
całkiem niedawno zarzekałam się, że absolutnie Bąbla do żadnego żłobka
nie poślę - że będę trwała na swoim domowym posterunku aż do końca
urlopu wychowawczego i nawet nie pomyślę o szybszym powrocie do pracy,
skoro z punktu widzenia naszych finansów nie jest to konieczne.
Jak to zwykle bywa, sytuacja okazała się bardzo dynamiczna - a wraz z nią i moje wcześniejsze podejście uległo pewnym zmianom. Na horyzoncie pojawiły się nowe perspektywy, ja zaczęłam już powoli wariować w czterech ścianach, a poza tym stwierdziliśmy z Małżem, że towarzystwo innych dzieci może mieć na Młodego dobry, a nawet zbawienny wpływ.
Jak to zwykle bywa, sytuacja okazała się bardzo dynamiczna - a wraz z nią i moje wcześniejsze podejście uległo pewnym zmianom. Na horyzoncie pojawiły się nowe perspektywy, ja zaczęłam już powoli wariować w czterech ścianach, a poza tym stwierdziliśmy z Małżem, że towarzystwo innych dzieci może mieć na Młodego dobry, a nawet zbawienny wpływ.
Najpierw przez kilka tygodni badaliśmy temat i rozważaliśmy wszystkie argumenty "za" i "przeciw", jakie tylko przyszły nam do głowy albo zostały przez kogoś podsunięte. Grzebaliśmy w internecie, zasięgaliśmy języka na forach i wśród znajomych rodziców, porównywaliśmy wszystkie placówki w naszej okolicy i w końcu wybraliśmy tę, która wydała nam się najbardziej optymalna - prywatną, z niezbyt licznymi grupami i personelem wzbudzającym nasze największe zaufanie.
Potem umówiliśmy się na pierwsze spotkanie i tzw. "dni adaptacyjne", których w założeniu miało być aż siedem, a skończyło się...zaledwie na trzech. Skąd taka duża rozbieżność? Już wyjaśniam...
***
Na pierwszy rzut oka wszystko było w najlepszym porządku. Świetnie wyposażone sale, sympatyczne opiekunki, bogata oferta dodatkowych zajęć, w których można przebierać jak w ulęgałkach i pyszne posiłki, które często - muszę to przyznać - biły na głowę to, co mnie samej udaje się w domu upichcić.
Gdybyśmy tylko chcieli, Bąbel mógłby uczęszczać z innymi maluszkami na logorytmikę i bajkoterapię, ćwiczyć wszystkie zmysły w ramach zabawy z żywiołami, szaleć w żłobkowym małpim gaju, korzystać z dobrodziejstw ruchu rozwijającego Sherborne oraz innych innowacyjnych metod i szkól pedagogiki.
A jednak było coś, czego zabrakło nam w tej całej idealnej, instytucjonalnej otoczce. Tym czymś było...serce. I myślę, że tego nie zastąpi ani najbardziej troskliwa opieka obcych osób, ani spełnione wszelkie normy bezpieczeństwa, ani zatrudnienie całej rzeszy specjalistów z wieloletnim doświadczeniem i niesamowitym podejściem do dzieci...
***
Zdaję sobie sprawę, że w końcu nadejdzie taki moment, kiedy trzeba będzie pozostawić
Bąbla pod opieką żłobkowych lub przedszkolnych "cioć", a samemu
zakasać rękawy i wziąć się z powrotem do roboty innej niż na "urlopie",
który aktualnie jeszcze wciąż nam przysługuje.
A jednak patrząc na moje dziecko wiem, że to jeszcze nie jest TEN moment. Jeszcze za wcześnie - i dla mnie, i dla niego. I pal sześć moją potencjalną pracę, karierę, sukcesy na polu zawodowym - na razie robię karierę jako mama, a żłobkowy "cyrograf" leży wciąż na kuchennym blacie, nietknięty i nawet częściowo niewypełniony.
Już wiemy, że nie poślemy go do dyrekcji we wstępnie umówionym terminie, nie dokonamy przelewu kwoty adekwatnej do wybranego przez nas pakietu. Na razie nie jesteśmy gotowi na taką rozłąkę - i wciąż mamy przed oczami obraz tych wszystkich maluchów, które czekały na swoich rodziców pod wejściowymi drzwiami. I wciąż wydaje nam się, że - pomimo licznych zapewnionych im atrakcji - były po prostu cholernie, ale to cholernie smutne...
A jednak patrząc na moje dziecko wiem, że to jeszcze nie jest TEN moment. Jeszcze za wcześnie - i dla mnie, i dla niego. I pal sześć moją potencjalną pracę, karierę, sukcesy na polu zawodowym - na razie robię karierę jako mama, a żłobkowy "cyrograf" leży wciąż na kuchennym blacie, nietknięty i nawet częściowo niewypełniony.
Już wiemy, że nie poślemy go do dyrekcji we wstępnie umówionym terminie, nie dokonamy przelewu kwoty adekwatnej do wybranego przez nas pakietu. Na razie nie jesteśmy gotowi na taką rozłąkę - i wciąż mamy przed oczami obraz tych wszystkich maluchów, które czekały na swoich rodziców pod wejściowymi drzwiami. I wciąż wydaje nam się, że - pomimo licznych zapewnionych im atrakcji - były po prostu cholernie, ale to cholernie smutne...