W pracy i na studiach byłam
postrzegana przez otoczenie jako osoba niesamowicie poukładana i
multifunkcyjna. Taka , która ma wszystko
zawsze pod kontrolą – i dopięte na ostatni guzik. Taka, która pomimo ogromu
zadań na swoich barkach daje radę wywiązać się z nich wszystkich satysfakcjonująco i w terminie –
nawet kosztem zarwanych nocy, hektolitrów wypitej kawy i kilku kilogramów
mniej na łazienkowej wadze.
Dopiero życie u boku
hiperaktywnego dwulatka uświadomiło mi, że wcale tak nie jest. Świetnie
zorganizowana mogłam WYDAWAĆ SIĘ tylko do momentu, kiedy to ja sama decydowałam
o swoim czasie i rozkładzie dnia – kiedy sama dla siebie byłam sterem,
żeglarzem i okrętem...
Aktualnie moim czasem
zarządza przede wszystkim Bąbel.
Bąbel, który nie przesypia już
nawet 5 minut w ciągu całego dnia. Bąbel, który nadal stale potrzebuje mojej
uwagi i umie zająć się samodzielną zabawą tylko przez krótką chwilkę,
pozwalającą mi na skorzystanie z toalety albo wypicie względnie ciepłej
herbaty.
Bąbel, który potrafi w tej samej
sekundzie chcieć jabłuszko – i wcale go nie chcieć; najpierw ciągnąć mnie na
dwór z wielkim lamentem – a za minutę kategorycznie domagać się natychmiastowego
powrotu do domu; jednocześnie żądać ode mnie włączenia nocnej lampki i jej
wyłączenia – i jeszcze stu tysięcy najróżniejszych innych rzeczy, których nijak
nie da się ze sobą pogodzić ;)
Prawda jest taka, że po całym
dniu drałowania z jednego placu zabaw na drugi, po kilkunastu histeriach w
miejscach publicznych, po wspólnym przeprawianiu się z Młodym przez rzekę, podziwianiu pociągów na peronie i koparek na
placu budowy, po zaliczeniu wszystkich okolicznych piaskownic, kałuż, miejskich
fontann i innych dziwacznych zakamarków – po prostu PADAM Z NÓG.
I coraz częściej zastanawiam
się, co będzie dalej.
Już teraz momentami czuję się jak
cyrkowiec, balansujący na linie na dużej wysokości i żonglujący przy tym kilkoma piłeczkami na
raz. Czy uda mi się pogodzić moje macierzyństwo, zbliżające się kolejne studia i dotychczasową
dorywczą pracę? Czy uda mi się wpleść w to wszystko jeszcze pewne projekty związane
z blogiem, o których od jakiegoś czasu bardzo intensywnie myślę i które
potrzebują właściwie tylko postawienia przysłowiowej „kropki nad i”, żeby
ruszyć z kopyta?
Czy to moje wirtualne miejsce w ogóle
będzie miało szansę nadal funkcjonować w natłoku innych, realnych spraw - czy
też pokryje się grubą warstwą kurzu i pajęczyn, których z czasem nawet nie
będzie mi się chciało z niego wymiatać?
Dlatego właśnie mniej mnie tutaj,
mniej mnie w komentarzach na Waszych blogach, w sumie wszędzie mnie mniej. W
skrzynce odbiorczej piętrzą się maile, na które jeszcze nie zdążyłam
odpowiedzieć. W wersjach roboczych czeka na mnie kilkanaście zaplanowanych
postów - a każdy z nich napoczęty, rozgrzebany, jednym zębem nadgryziony…
***
W tak zwanym międzyczasie
stuknęło nam 6-lecie stażu małżeńskiego – o którym też zamierzałam Wam napisać,
ale…nie miałam kiedy tego zrobić :/
Odnieśliśmy również pewne sukcesy i postępy w odpieluchowaniu, choć wybrana
przez nas metoda jest raczej mało wychowawcza – i polega po prostu na wrzucaniu
do niniejszego słoiczka monety za każdym razem, kiedy Bąbel skorzysta z nocnika
tudzież nakładki na sedes ;)
Wybaczcie mi, jeśli milczę –
jeśli nie skomentuję, nie uniosę kciuka w górę na Facebooku.
Postaram się jakoś ogarnąć,
poprawić, dać z siebie 200% normy.

