Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odpieluchowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odpieluchowanie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 sierpnia 2016

W poszukiwaniu "czasorozciągacza"- czyli moja codzienna żonglerka macierzyństwem, blogowaniem i kilkoma innymi rzeczami.


W pracy i na studiach byłam postrzegana przez otoczenie jako osoba niesamowicie poukładana i multifunkcyjna.  Taka , która ma wszystko zawsze pod kontrolą – i dopięte na ostatni guzik. Taka, która pomimo ogromu zadań na swoich barkach daje radę wywiązać się z nich wszystkich satysfakcjonująco i w terminie – nawet kosztem zarwanych nocy, hektolitrów wypitej kawy i kilku kilogramów mniej na łazienkowej wadze. 

Dopiero życie u boku hiperaktywnego dwulatka uświadomiło mi, że wcale tak nie jest. Świetnie zorganizowana mogłam WYDAWAĆ SIĘ tylko do momentu, kiedy to ja sama decydowałam o swoim czasie i rozkładzie dnia – kiedy sama dla siebie byłam sterem, żeglarzem i okrętem...


Aktualnie moim czasem zarządza przede wszystkim Bąbel.

Bąbel, który nie przesypia już nawet 5 minut w ciągu całego dnia. Bąbel, który nadal stale potrzebuje mojej uwagi i umie zająć się samodzielną zabawą tylko przez krótką chwilkę, pozwalającą mi na skorzystanie z toalety albo wypicie względnie ciepłej herbaty. 

Bąbel, który potrafi w tej samej sekundzie chcieć jabłuszko – i wcale go nie chcieć; najpierw ciągnąć mnie na dwór z wielkim lamentem – a za minutę kategorycznie domagać się natychmiastowego powrotu do domu; jednocześnie żądać ode mnie włączenia nocnej lampki i jej wyłączenia – i jeszcze stu tysięcy najróżniejszych innych rzeczy, których nijak nie da się ze sobą pogodzić ;) 


Prawda jest taka, że po całym dniu drałowania z jednego placu zabaw na drugi, po kilkunastu histeriach w miejscach publicznych, po wspólnym przeprawianiu się z Młodym przez rzekę, podziwianiu pociągów na peronie i koparek na placu budowy, po zaliczeniu wszystkich okolicznych piaskownic, kałuż, miejskich fontann i innych dziwacznych zakamarków – po prostu PADAM Z NÓG.

I coraz częściej zastanawiam się, co będzie dalej.

Już teraz momentami czuję się jak cyrkowiec, balansujący na linie na dużej wysokości i żonglujący przy tym kilkoma piłeczkami na raz. Czy uda mi się pogodzić moje macierzyństwo, zbliżające się kolejne studia i dotychczasową dorywczą pracę? Czy uda mi się wpleść w to wszystko jeszcze pewne projekty związane z blogiem, o których od jakiegoś czasu bardzo intensywnie myślę i które potrzebują właściwie tylko postawienia przysłowiowej „kropki nad i”, żeby ruszyć z kopyta? 

Czy to moje wirtualne miejsce w ogóle będzie miało szansę nadal funkcjonować w natłoku innych, realnych spraw - czy też pokryje się grubą warstwą kurzu i pajęczyn, których z czasem nawet nie będzie mi się chciało z niego wymiatać? 

Dlatego właśnie mniej mnie tutaj, mniej mnie w komentarzach na Waszych blogach, w sumie wszędzie mnie mniej. W skrzynce odbiorczej piętrzą się maile, na które jeszcze nie zdążyłam odpowiedzieć. W wersjach roboczych czeka na mnie kilkanaście zaplanowanych postów - a każdy z nich napoczęty, rozgrzebany, jednym zębem nadgryziony…

 ***

W tak zwanym międzyczasie stuknęło nam 6-lecie stażu małżeńskiego – o którym też zamierzałam Wam napisać, ale…nie miałam kiedy tego zrobić :/  Odnieśliśmy również pewne sukcesy i postępy w odpieluchowaniu, choć wybrana przez nas metoda jest raczej mało wychowawcza – i polega po prostu na wrzucaniu do niniejszego słoiczka monety za każdym razem, kiedy Bąbel skorzysta z nocnika tudzież nakładki na sedes ;)


Wybaczcie mi, jeśli milczę – jeśli nie skomentuję, nie uniosę kciuka w górę na Facebooku.
Postaram się jakoś ogarnąć, poprawić, dać z siebie 200% normy.

wtorek, 16 lutego 2016

Odpieluchowanie bez porażek - czy to w ogóle możliwe?

Dziś zajmę się macierzyństwem - że tak powiem - od...pupy strony :) Długo zastanawialiśmy się z Małżem, jak zabrać się za Bąblowe odpieluchowanie. W poszukiwaniu wsparcia zaglądałam nawet do fachowej literatury, ale szczerze mówiąc niczego bardzo odkrywczego tam nie znalazłam, a większość porad sprowadzała się do trzech zasadniczych punktów:

1. nic na siłę;
2. anielska cierpliwość;
3. dziecko samo zdecyduje, kiedy będzie dla niego najbardziej odpowiedni moment.

Rozważaliśmy też bardzo intensywnie, czy zacząć trening od nocnika, czy też pominąć ten etap i przejść od razu do nakładki na sedes. Z jednej strony - nocnik to bardzo fajna rzecz, która w tych czasach może nie tylko zagrać, zaśpiewać, odtrąbić fanfary, ale jeszcze pogratulować maluchowi udanego...hmmm...wydalania ;) A z drugiej - docelowo i tak przecież będziemy dążyć do załatwiania potrzeb w toalecie, więc może lepiej na tym się skupić i zaoszczędzić Młodemu dwukrotnego przeżywania tego samego stresu?

Ostatecznie zdecydowaliśmy się na nakładkę w zestawie z antypoślizgowym podnóżkiem - nic bardzo bajeranckiego, standardowy sprzęt dostępny w każdym supermarkecie czy sklepie z artykułami dla najmłodszych. (Tuż po zakupie Bąbel traktował nakładkę jako niesłychanie dizajnerskie nakrycie głowy albo robił "a ku-ku", wyglądając przez znajdujący się w niej otwór ;) )


Wprawdzie zima nie jest najlepszą porą roku, by zaczynać wdrażanie tego typu zmian (czytaj: dziecko ma na sobie więcej warstw ubrań i nie za bardzo może pobiegać od czasu do czasu z zupełnie gołą pupą ;) ) - ale pierwsze nieśmiałe próby i podchody mamy już za sobą, póki co nie uwieńczone żadnym spektakularnym sukcesem. 

Jak to u nas w tej chwili wygląda? 

Młody bardzo chętnie towarzyszy mi podczas wypraw do toalety (tak było zresztą od momentu,  w którym zaczął stawiać swoje pierwsze samodzielne kroki). Równie chętnie podnosi klapę sedesu, naciska na spłuczkę, zajmuje miejsce na "tronie" i powtarza  "siii-siii-siii" . Niestety, robi to tylko w pełnym przyodziewku, ponieważ kiedy próbuję zdjąć mu rajstopki i pieluszkę - ucieka, aż się za nim kurzy...

Wcale nie oznacza to, że swoje potrzeby załatwia byle jak i byle gdzie. Już jakiś czas temu upodobał sobie plastikowy,  ogrodowy domek, rozstawiony w naszym salonie i stanowiący jego ulubione centrum dowodzenia. Zamyka się w nim w takich sytuacjach na cztery spusty, by nikt mu nie przeszkadzał - a po wszystkim wychodzi i sygnalizuje, że w jego pieluszce znajduje się bardzo niebezpieczna broń biologiczna, której trzeba się natychmiast pozbyć ;)

***

A jak to jest (lub było) z Waszymi pociechami ?
Macie odpieluchowanie już za sobą, jesteście w trakcie czy też wszystko jeszcze przed Wami?

 A może jakieś bardziej doświadczone Mamy zechcą podzielić się tutaj 
własnymi patentami na to, by cały proces przebiegł w miarę bezboleśnie i "bez przemocy"? ;)