Na przykład taka Wieża Eiffla.
Zawsze oglądasz ją na Instagramie
jako tło dla wszelkich rocznic, romantycznych kolacji przy świecach albo
jeszcze bardziej romantycznych oświadczyn z winem i pięknym
pierścionkiem zaręczynowym, błyszczącym na pierwszym planie.
Przez wiele lat śnisz o tym, żeby wreszcie zobaczyć ją na żywo i może nawet zrobić sobie podobne zdjęcie.
Potem w końcu jedziesz do Paryża,
mijasz te wszystkie biedne przedmieścia z blachy i kartonu - natomiast
Twoja wymarzona budowla okazuje się po prostu kupą kutej stali, do
której w dodatku trzeba czekać w kilkukilometrowych kolejkach i w
trzydziestostopniowym paryskim skwarze...(Na domiar złego, te cholerne francuskie bagietki są tak twarde, że można nimi dosłownie zabić - a już na pewno porządnie poranić sobie podniebienie ;))
Zero romantyzmu. Czar pryska, jak
bańka mydlana. Myślisz sobie: "Ale byłam głupia i naiwna, że dałam się
uwieść magii Photoshopa tudzież instagramowych filtrów..." W sumie to
wolałabyś cofnąć czas i wcale się tam nie wybierać - bo wtedy
przynajmniej zachowałabyś w głowie wszystkie swoje wcześniejsze,
wyidealizowane wizje i wyobrażenia. W tym momencie natomiast - pozostał
Ci tylko jeden wielki, trudny do przełknięcia niesmak...
I wiecie co? Bardzo podobnie bywa z ludźmi, których spotykamy na swojej drodze. Niektórzy z nich na początku również wydają się taką Wieżą Eiffla: obietnicą ciekawej znajomości, bezinteresownej przyjaźni, dobrej energii, powiewu świeżości oraz intelektualnego wyzwania. Niestety, zostaje po nich tylko blacha i karton ubogich mentalnie przedmieści oraz żal, że w ogóle pozwoliliśmy zagościć im w naszym życiu...
Po prostu nie zawsze to, o czym marzymy - jest tym, czego tak naprawdę w życiu potrzebujemy.