Rozmawialiśmy ostatnio ze znajomymi, którzy zaczynają właśnie swoją adopcyjną drogę. Tak jak my kiedyś, pod
drzwiami tego samego ośrodka, przebierają z nogi na nogę w oczekiwaniu
na kolejne spotkanie i lekcję z publicznego emocjonalnego ekshibicjonizmu. I tak jak my kiedyś zupełnie nie wiedzą, czego się spodziewać - co może spotkać ich w tych ośrodkowych murach oraz potem, kiedy otrzymają już ostateczną kwalifikację.
Teraz jesteśmy cwani. Wyjaśniamy, uspokajamy, udzielamy rad. Z perspektywy minionych dni, tygodni i miesięcy wiemy już, że tak naprawdę nie ma się czego (jakoś szczególnie) obawiać. Ale gdyby ktoś cofnął się w czasie o trzy lata i odnalazł ówczesnych nas, czekających na pierwsze spotkanie z psychologiem/pierwsze zajęcia grupowe/pierwszy wywiad środowiskowy - nie oszukujmy się: wyglądaliśmy wtedy i czuliśmy się dokładnie tak samo (stremowani, niepewni, zagubieni, PRZE-RA-ŻE-NI !)
Dostaję sygnały, że bloga podczytuje całkiem sporo osób, znajdujących się w podobnej sytuacji. No więc dziś postanowiłam napisać o tym, z czym wiązały się nasze największe (i w dużej mierze nieuzasadnione) obawy. (Kolejność przypadkowa, nie mająca związku z natężeniem lęku).
TESTY PSYCHOLOGICZNE
Pierwszy stopień wtajemniczenia, na podstawie którego mogliśmy zostać zdyskwalifikowani już w przedbiegach. Na pewno będą niesamowicie skomplikowane. I na bank wyjdzie w nich, że przejawiamy jakieś skłonności psychopatyczne tudzież socjopatyczne, że zupełnie się na rodziców nie nadajemy i generalnie że kompletni z nas dewianci albo osobnicy totalnie niezaradni życiowo, którzy nawet rybkami akwariowymi nie potrafiliby się odpowiednio zaopiekować.
W rzeczywistości: Były banalne. Kilkadziesiąt stwierdzeń, które mieliśmy oznaczyć w odpowiedniej rubryce jako "prawdę" lub "fałsz". Podchwytliwe, lecz niespecjalnie trudne do rozszyfrowania. Z podobnymi miałam do czynienia wcześniej, na zajęciach z psychologii społecznej. (Co nie zmienia faktu, że na ich podstawie pani psycholog bardzo trafnie opracowała charakterystykę naszą i naszego związku. I że zostaliśmy bardzo wnikliwie przebadani i przemaglowani nie tylko w tej "lajtowej", pisemnej formie).
Tyle się naczytaliśmy i nasłuchaliśmy na ten temat ! Miały być całe stosy dokumentów i karteluszek, których nawet najbardziej pękaty segregator nie da rady pomieścić. Miały być całe tygodnie załatwiania, pielgrzymek po różnych instytucjach, wystawania w długich urzędowych kolejkach...
Faktycznie: Zgromadzenie wszystkich potrzebnych dokumentów zajęło nam jakieś 2-3 dni - wystarczyło tylko odpowiednio się do tego zabrać. W większości przypadków na hasło "adopcja" urzędnicy stawali się nadzwyczaj uprzejmi, wydawali niezbędne świstki od ręki i nawet nie pobierali wymaganych opłat skarbowych - proponując, żebyśmy kupili coś za te pieniążki dziecku, kiedy już się odnajdzie. Tak naprawdę najwięcej czasu pochłonęło chyba napisanie życiorysów - ale to już tylko od nas zależało (i od początkowej opieszałości Małża w tym temacie).
PAPIEROLOGIA ADOPCYJNA
Tyle się naczytaliśmy i nasłuchaliśmy na ten temat ! Miały być całe stosy dokumentów i karteluszek, których nawet najbardziej pękaty segregator nie da rady pomieścić. Miały być całe tygodnie załatwiania, pielgrzymek po różnych instytucjach, wystawania w długich urzędowych kolejkach...
Faktycznie: Zgromadzenie wszystkich potrzebnych dokumentów zajęło nam jakieś 2-3 dni - wystarczyło tylko odpowiednio się do tego zabrać. W większości przypadków na hasło "adopcja" urzędnicy stawali się nadzwyczaj uprzejmi, wydawali niezbędne świstki od ręki i nawet nie pobierali wymaganych opłat skarbowych - proponując, żebyśmy kupili coś za te pieniążki dziecku, kiedy już się odnajdzie. Tak naprawdę najwięcej czasu pochłonęło chyba napisanie życiorysów - ale to już tylko od nas zależało (i od początkowej opieszałości Małża w tym temacie).
WYPOWIEDZI NA FORUM PUBLICZNYM
Jak my strasznie nie znosimy zabierać głosu w publicznych debatach, w gronie zupełnie nieznanych nam osób, które w dodatku przyglądają się nam badawczo, taksują z góry na dół, podchodzą do siebie nawzajem (przynajmniej w początkowej fazie) jak pies do jeża. Na pewno zrobimy z siebie kompletnych idiotów, powiemy coś strasznie głupiego i bez sensu, co już na wstępie nas zupełnie zdyskredytuje. Nikt nas nie polubi, nie będzie chciał z nami gadać ani utrzymywać bliższych kontaktów - wszyscy będą się z nas śmiać, kpić za plecami, naigrywać się z naszych przekonań, nieskładnego bełkotu i zarumienionych ze wstydu policzków.
A nawet jeśli, to co? Prawda jest taka, że wszyscy jesteśmy tu w podobnej sytuacji i w pewnym konkretnym, określonym celu - a po ukończonych warsztatach każdy wraca do siebie, do swojego życia, do swojego oczekiwania i najczęściej nie mamy ze sobą więcej już nic wspólnego (w każdym razie nie musimy mieć, jeśli żadna ze stron nie wykazuje chęci). Poza tym panie z OA nie stoją nad nami jak kat, nie odpytują jak znienawidzona profesorka na matematyce, nie zmuszają nikogo do zabierania głosu za wszelką cenę. Masz jakieś refleksje, którymi chcesz się z grupą podzielić? - Proszę bardzo, są mile widziane! Wolisz milczeć i przysłuchiwać się, wydając jedynie pomruki (dez)aprobaty? - Też nikt ci tego nie ma specjalnie za złe.
WIZYTA PRZEDSTAWICIELI OŚRODKA U NAS W DOMU
A tak naprawdę: Wizyta przebiegła w miłej, wręcz przyjacielskiej atmosferze - i czuliśmy się w jej trakcie bardzo swobodnie, wcale nie jak na policyjnym przesłuchaniu. Pani z ośrodka większość czasu spędziła z nami przy kawie i kuchennym stole, na resztę mieszkania rzucając okiem tylko pobieżnie i w przelocie. Sterylny porządek skwitowała natomiast słowami: "zróbcie sobie zdjęcia takich perfekcyjnych wnętrz, bo przy dziecku tylko one wam pozostaną na dowód, że kiedyś było tu naprawdę czysto":)
ODWIEDZINY W "POKOJU ŚMIERCI"
Z perspektywy czasu wiemy, że to konieczne. Że lepiej określić się w ten sposób, niż powiedzieć "nie ma to dla nas żadnego znaczenia" - a potem odrzucać kolejne propozycje albo skrzywdzić dziecko i nie odnaleźć w sobie wystarczających pokładów siły, by mu pomóc i sprostać ewentualnym pojawiającym się problemom.
PIERWSZE SPOTKANIE Z DZIECKIEM
W przypadku Bąbla nie było wielkich obaw. Miał zaledwie 2,5 miesiąca, więc przez całą drogę zastanawialiśmy się tylko, czy nie będzie na nasz widok płakał, czy nie wystraszy się nowych twarzy w swoim dotychczasowym otoczeniu.
Ale w przypadku starszego dziecka (co wiemy również z autopsji, po pierwszej "nietrafionej" propozycji) niepewność jest znacznie większa - i zdecydowanie bardziej uzasadniona. Bo jest to mały człowiek już w dużej mierze ukształtowany, posiadający bagaż (z reguły niewesołych) doświadczeń, własne przyzwyczajenia, upodobania, własne traumy i trudną historię. I niestety nie zawsze czeka na nowych rodziców z otwartymi ramionami; nie zawsze ma ochotę się z nimi bliżej poznać czy choćby pobawić przez chwilę piłką albo szmacianą lalką - zwłaszcza w sytuacji, kiedy dopiero co pożegnało swoją biologiczną mamę, która odwiedza je regularnie w placówce. Trzeba się z tym liczyć - choć nie jest łatwo, kiedy długo wyczekiwane, wytęsknione maleństwo chowa się przed nami w ramionach opiekunki i nie odstępuje jej nawet na krok, traktując nas jak nieproszonych gości i intruzów...
***
Reasumując, procedura adopcyjna to niesamowity emocjonalny rollercoaster i wieczna sinusoida. Potrafi naprawdę nieźle sponiewierać - zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Jeśli się na nią zdecydujecie, na pewno zafunduje Wam mnóstwo wzruszeń, mnóstwo chwil zwątpienia, mnóstwo momentów euforycznego szczęścia przechodzących niemal automatycznie w skrajnego, najgłębszego w Waszym dotychczasowym życiu doła. Zapewne również kilka małżeńskich kłótni i kilka sytuacji, w których zrodzi się w Was bunt i będziecie mieli ochotę wsiąść w samochód i odjechać z piskiem opon, zostawiając ośrodek daleko w tyle - ale oczywiście nie zrobicie tego, bo wiadomo przecież, jaki cel temu wszystkiemu przyświeca.
Ale nie jest to też żaden horror. Żadna rzecz, której trzeba się PANICZNIE bać. Trzeba po prostu do niej dojrzeć. I mieć w sobie pewność oraz przekonanie, że to jest właśnie ta najlepsza, najbardziej optymalna dla Was droga...






