Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oswajamy adopcję. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oswajamy adopcję. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 czerwca 2022

Dzieci NICZYJE...Ile jeszcze "ostatnich szans" dla rodziców biologicznych?

Wczoraj był Dzień Dziecka. Większość z nas spędziła go zapewne na różnych festynach, w salach zabaw, na rodzinnych piknikach albo wycieczkach - żeby uczynić ten wspólnie spędzony czas naprawdę wyjątkowym i wartym zapamiętania. Trzeba mieć jednak świadomość, że około 76 tysięcy polskich dzieci przebywa obecnie poza swoimi rodzinami biologicznymi - z czego 56 tysięcy w rodzinach zastępczych, a 20 tysięcy w dużych instytucjonalnych domach dziecka...

 Według raportów NIK z 2012-2017 roku :

  • zaledwie 3% wychowanków domów dziecka to sieroty: 17 % ma jednego, a 80 % oboje biologicznych rodziców;
  • w roku 2012 odnotowano spadek liczby dzieci powracających do swoich biologicznych rodzin - wynosiła ona tylko 25-30% wszystkich wychowanków (nawet jeżeli obecnie dzięki programowi rządowemu 500+ statystyki te wyglądają nieco bardziej optymistycznie - to nie łudźmy się, że większość dzieci wraca do lepszych i bardziej korzystnych warunków! Prawda jest taka, że ogromna część rodziców biologicznych w swoich decyzjach kieruje się jedynie chęcią zysku - a nie troską o dziecko i jego dobro...)
  • z połową w/w rodzin przedstawiciele instytucji wcale nie mogli się skontaktować - natomiast w przypadku innych chęć współpracy była znikoma, a komunikacja polegała głównie na wymianie oficjalnych pism;
  • w odniesieniu do badań brytyjskich (bo w Polsce się takich niestety nie prowadzi) nieudane reintegracje z rodziną biologiczną stanowią aż 75% przypadków - a to oznacza, że dla 3/4 dzieci powrót do rodzinnego domu kończy się ponowną traumą i brakiem stabilizacji.

 *źródła:  TUTAJ  i TUTAJ  

"Mam na imię Ania. Moja mama nie żyje od 8 lat, a tato zaczął pić i nie poradził sobie z wychowaniem dziecka. Lubię szydełkować i robić na drutach - bo tego nauczyła mnie mama, to mnie uspokaja i z tym związane są moje najmilsze wspomnienia z dzieciństwa. Tego PRAWDZIWEGO DZIECIŃSTWA - a nie tego spędzonego w domu dziecka..." 

"Jestem Amelka - a to mój młodszy braciszek, Krzyś. Jesteśmy w placówce, odkąd mama zachorowała. Któregoś dnia zadzwoniła do domu dziecka i powiedziała, że po nas przyjedzie. Spakowaliśmy się, zabraliśmy swoje rzeczy - a potem czekaliśmy na nią pod bramą przez kilka godzin. Nikt nie przyjechał, dalej tu mieszkamy - i pewnie zostaniemy tak długo, aż będziemy dorośli..."

"Mam na imię Kamil. Rodzice czasami zabierają mnie do siebie - ale nie lubię ich odwiedzać. W domu śmierdzi, jest brudno, nic się tam nie zmieniło przez tych kilka lat. Kiedyś pojechałem tam na święta - i wróciłem do domu dziecka z wszami, swędzącą głową...Wolę zostawać tutaj na Boże Narodzenie - bo przynajmniej zawsze jest ciepło i ktoś da mi jeść..."

"Nasz adoptowany synek to Jaś. Teoretycznie i według przepisów prawa nie powinien w ogóle trafić do domu dziecka - ponieważ od 2015 roku nie mogą przebywać tam dzieci poniżej siódmego roku życia. A mimo to spędził w placówce kilka miesięcy, zanim uregulowana została jego sytuacja prawna. Dla takiego maluszka to jest czas kompletnie i zupełnie bez sensu stracony - choć każdego dnia staramy się nadrobić tamte braki czułości, troski i miłości..."
 
* historie prawdziwe, tylko imiona bohaterów zostały zmienione 
 

Dzieci przebywające w domach dziecka i rodzinach zastępczych bardzo często nie mają uregulowanej sytuacji prawnej. Oznacza to w wielkim skrócie tyle, że ich rodzice biologiczni nie są pozbawieni pełni praw rodzicielskich - a dziecko nie może trafić do adopcji i tkwi w pewnego rodzaju zawieszeniu oraz "poczekalni" do innego, nowego życia. 

Zdarza się, że oczekuje całymi tygodniami, miesiącami, a niekiedy nawet latami na dalszy rozwój wydarzeń i kolejne decyzje opieszałych instytucji. Smutna prawda jest taka, że wielu wychowanków placówek w tym czasie - mówiąc brutalnie - "zestarzeje się" i osiągnie wiek, w jakim ich szansa na adopcję spadnie niemal do zera. Czasami dzieje się tak tylko dlatego, że rodzicom biologicznym daje się wciąż nowe - zupełnie niezasłużone i nieuzasadnione - szanse...

"Wie pani, jak koordynator rodzin przyszedł do rodziców Mariki i Damiana, bezpośrednio po zabraniu chłopca do placówki, w domu już było po nim posprzątane. Zniknęło łóżeczko dziecka, nic, jakby w tym domu nigdy nie mieszkał noworodek. Tam po dzieciach już nie było śladu. Jak rozmawiać z takimi rodzicami o planie odzyskania dziecka, kiedy oni już...kiedy już nie było tam dla dzieci miejsca (...) Mieli dziesiątki, setki szans - z żadnej nie skorzystali, wszyscy latami chcieli im pomóc, ale oni nie byli zainteresowani (...) Damian nie zna znaczenia słowa mama. Wie z opowieści, z bajek, z przedszkola, że to osoba, która kocha, opiekuje się, chroni dziecko. On nie ma takiej osoby, nie doświadczył takiego uczucia (...)"

 

Moi Drodzy, ja naprawdę staram się nikogo nie oceniać i nie potępiać! W życiu zdarzają się przecież różne dramatyczne sytuacje, różne egzystencjalne zakręty i wyboje - które trudno pokonać nawet w pojedynkę, a co dopiero z kilkorgiem dzieci pod opieką... Ale mimo wszystko uważam, że w stosunku do rodziców biologicznych powinno się wymagać "ciut" więcej, niż tylko odwiedziny w placówce raz na kilka miesięcy...Bo dla nich tych kilka miesięcy to zaledwie jakiś krótki wycinek z życia - a dla dziecka przebywającego w pieczy instytucjonalnej to jest po prostu WIECZNOŚĆ,  bardzo często decydująca o jego całym przyszłym losie! 
 
W tej kwestii nasz polski system jest nadal niewydolny, a jako nadrzędny cel zapisany w prawie podaje się ochronę i umacnianie rodziny biologicznej - co niestety najczęściej ma bardzo niewiele wspólnego z faktycznym DOBREM DZIECKA. Piękne hasło, niesione na sztandarach wielu instytucji i ugrupowań politycznych - ale w praktyce okazuje się tylko pustym, nic nieznaczącym frazesem.
 

"Gdzieś tam, za konarami tych zasypiających drzew, jest nasz dom. Dom anonimowych dziewczynek w mysich kitkach i zbyt szybko dojrzewających chłopców, sióstr i braci od pożałowania godnego życia (...) Dom - poczekalnia. Dom ze sznurami schnących w nieskończoność pieluch - dowodów na obecność najmłodszego pokolenia sierot, chodzących po smutnym podwórku w równych rządkach, jak mała armia dobrowolnych straceńców. Doskonale pamiętam te blade buzie maluchów, ich zapadnięte oczy, nieprzyzwoicie dorosłe i niepasujące do miniaturowych ciałek. Wreszcie dom, w którym dobrze czuli się tylko dorośli - bo tylko oni potajemnie, o znanej sobie godzinie, szybko opuszczali wypełnione dziećmi sale, uciekali z ciemnych korytarzy, aby wrócić do swoich prawdziwych domów. Domów - portów. Tam triumfalnie wciągali na maszt marzeń flagę rodzinności (...)"

"Teren domu dziecka rozciągał się złośliwie nieopodal krzyżujących się i rozchodzących torów kolejowych. Tymi torami dość często przejeżdżały wagony towarowe, czasami nawet pasażerskie, przypominające mieszkańcom sierocińca, że jest jeszcze inny świat, pełen normalnych mieszkań i spotkań. Ktoś zawsze na kogoś gdzieś czekał. Ktoś inny tęsknił. Zupełnie inaczej niż w ścianach sierocińca, gdzie zmieniały się tylko wychowawczynie (...)"

Barbara Kosmowska - "Gobelin"

 ________________________________

zdjęcia w poście: pixabay.com/Alexas_Fotos

niedziela, 21 listopada 2021

Czy Święty Mikołaj istnieje? No jasne - może nim zostać każdy z nas! Akcja charytatywna "Mikołaj w koronie" dla dzieci z domów dziecka i rodzin zastępczych.

Nie bez powodu mawia się,że potrzeba jest matką wynalazku. Kiedy w 2020 roku pojawił się koronawirus, wszystkie związane z nim obostrzenia oraz ograniczenia kontaktów społecznych - automatycznie wymyślono też kilka cudownych inicjatyw, mających na celu walkę z pandemiczną izolacją, marazmem i osamotnieniem.

Jedną z takich charytatywnych akcji jest "Mikołaj w koronie" - czyli projekt wspierający dzieci z placówek opiekuńczych, rodzinnych domów dziecka i rodzin zastępczych. W obliczu pandemii ich sytuacja stała się szczególnie skomplikowana - nie tylko z powodu wydłużonych procedur adopcyjnych, ale również ze względu na utrudniony dostęp wolontariuszy i dotychczasowych darczyńców. Na szczęście znalazły się osoby, które postanowiły temu zaradzić - i to właśnie dzięki nim każdy z nas może zostać Świętym Mikołajem :) 

 
 
  Krótka instrukcja, jak przyłączyć się do akcji "Mikołaj w koronie":

1. Śledzimy fanpage Mikołaj w koronie - ale naprawdę uważnie, żeby nie przegapić kolejnych postów! Kilka razy dziennie pojawiają się tam adresy domów dziecka i rodzin zastępczych z imionami dzieci oraz ich marzeniami, które możemy spełnić.

2. Szukamy prezentu dla konkretnego wybranego przez nas dziecka. (Teoretycznie kwota przeznaczona na prezent nie powinna przekraczać 150 złotych, ale my zawsze dorzucamy jeszcze jakieś książki, zestawy gier planszowych albo puzzli do użytku wszystkich dzieci w placówce.)

3. Pakujemy prezent, dołączamy do niego świąteczną kartkę z życzeniami i dedykacją dla wybranego przez nas malucha/starszaka. Ja pokusiłam się nawet o list od Mikołaja, na którym ślady swoich kopytek zostawiły renifery. (Stary sprawdzony numer, który kiedyś wykorzystywałam w przypadku naszego Bąbla. Przepadał za tym patentem! ;))

4. Nadajemy paczkę na poczcie i cieszymy się, że możemy wywołać uśmiech na czyjejś buzi :)

My oczywiście też bierzemy udział w tegorocznej akcji - bo z wiadomych względów jest ona szczególnie bliska naszemu sercu! Doskonale zdajemy sobie sprawę, że to właśnie nasz Bąbel mógł być na miejscu tych wszystkich dzieci: wciąż oczekiwać na nową rodzinę albo chociaż na drobny gwiazdkowy upominek i ciepłe, wspierające słowa...

P.S. Jakby tego było mało - ekipa odpowiedzialna za inicjatywę działa nie tylko w tym wyjątkowym, przedświątecznym czasie.  Oprócz typowo mikołajkowych akcji gromadzi również książki i szkolne wyprawki dla dzieciaków oraz paczki dla samotnych mam.

To jak? Wy też zostaniecie Świętymi Mikołajami? :)


wtorek, 9 listopada 2021

Światowy Dzień Adopcji 2021 - czyli o tym,że geny są przereklamowane.

 Dziś Światowy Dzień Adopcji i z tej okazji chciałam napisać znacznie więcej - 
ale ostatnie wydarzenia w kraju strasznie mnie przytłoczyły, więc będzie krótko i na temat.
 
***
 
W rozmowach o adopcji dziecka niezwykle często poruszane jest zagadnienie "obcych genów" (zupełnie tak, jakby WSZYSTKIE adoptowane dzieci były jakoś koszmarnie obciążone genetycznie - co nie jest prawdą!) Rozumiem,że dla kogoś może być to bardzo istotna kwestia - bo wiadomo, że nasze DNA w dużej mierze odpowiada za określone cechy wyglądu, dziedziczenie pewnych chorób czy predyspozycji - ale z mojego osobistego i emocjonalnego punktu widzenia GENY SĄ STRASZNIE "PRZEREKLAMOWANE".

Z moją młodszą siostrą łączą mnie te same geny, ale nigdy (nawet we wczesnym dzieciństwie) nie byłyśmy sobie bliskie. Od kilku lat praktycznie nie mamy kontaktu: nie spotykamy się, nie rozmawiamy ze sobą, a harmonogramy wszelkich rodzinnych spotkań ustalamy tak, by absolutnie na siebie nie wpaść. Znam zresztą całe mnóstwo podobnych przypadków w moim otoczeniu, w których wspólne DNA nie ma nic do rzeczy i zamiast zbliżać ludzi - jeszcze bardziej ich od siebie oddala...

Zmierzam do tego, że wszystkie najważniejsze relacje w moim życiu - sympatie, miłości, przyjaźnie, a teraz również adopcyjne rodzicielstwo - nie miały z genami totalnie nic wspólnego!  Pokrewieństwo, więzy krwi i zbliżone DNA nie są według mnie żadnym gwarantem realnej, bliskiej więzi - a uczuć nie da się wytłumaczyć wyłącznie za pomocą genetyki, biochemii czy neuroprzekaźników. Nieustannie zdumiewa mnie fakt, że niektórzy ludzie przykładają do nich aż tak wielką wagę - i zastanawiam się, czy jestem bardzo odosobniona w swojej opinii...
 
Niesamowicie ciekawi mnie Wasze zdanie na ten temat,
więc podzielcie się nim w komentarzach.
 
 

* to zdjęcie jest częścią większego projektu z okazji Światowego Dnia Adopcji,
którego pomysłodawczynią jest Adoption Mom Life
 
 

poniedziałek, 30 marca 2020

Adopcja dziecka a koronawirus, czyli miłość w czasach zarazy...

Wyobraźcie sobie, że właśnie poznaliście swoje dziecko: upragnione, wytęsknione i wyczekane po wielu latach starań, bezskutecznego leczenia, długotrwałych procedur w ośrodku adopcyjnym...Wasze szczęście nie zna granic. Już nie możecie doczekać się, kiedy wreszcie zabierzecie je z placówki do domu, pokażecie mu jego własny dziecięcy pokoik; kiedy w końcu zaczniecie uczyć się siebie nawzajem w normalnych, nieinstytucjonalnych warunkach i kiedy sąd opiekuńczy ostatecznie przypieczętuje decyzję o przysposobieniu...

Tymczasem, pojawia się koronawirus. WHO ogłasza pandemię. W ośrodkach adopcyjnych procedura zostaje wstrzymana, warsztaty oraz konsultacje psychologiczno-pedagogiczne zawieszone, a rozprawy sądowe - odwołane i przełożone na jakąś bliżej nieokreśloną przyszłość (tylko w bardzo nielicznych przypadkach odbywają się zaocznie, bez udziału stron). Dom dziecka podejmuje trudną i odpowiedzialną decyzję, że nie możecie dłużej odwiedzać swojego maleństwa - ponieważ ryzyko jest zbyt duże, by narażać całą placówkę na zakażenie... :(

adopcja dziecka - adopcja a koronawirus - miłość w czasach zarazy - chcemy być rodzicami - niepłodność to nie wyrok - przysposobienie dziecka - blog o adopcji - przemoc domowa w czasie epidemii
foto: pixabay /fujikama

Ta myśl nie daje mi spokoju od kilku tygodni. Doskonale pamiętam czas sprzed sześciu lat - kiedy jeździliśmy do naszego Bąbla codziennie, spędzaliśmy z nim niemal każdą chwilę i już po pierwszym krótkim spotkaniu nie umieliśmy wyobrazić sobie naszego życia bez tego kochanego, małego Człowieczka. 

Łączę się w bólu ze wszystkimi rodzicami adopcyjnymi, którzy obecnie dotkliwie doświadczają właśnie takiego, czarnego scenariusza :( Którzy już zdążyli swoje dziecko poznać, pokochać lub nawiązać z nim chociaż zalążek jakiejś emocjonalnej więzi - lecz zupełnie nagle i niespodziewanie zostało im to odebrane, ze względu na wyższą konieczność. 

Pęka mi serce, kiedy wyobrażam sobie te wszystkie "placówkowe" dzieci - a zwłaszcza starsze, które już sporo pamiętają i po swojemu rozumieją. Jak wytłumaczyć im, że rodzice jednego dnia odwiedzają, tulą i trzymają w ramionach - a już następnego dnia ich nie ma, bo zwyczajnie NIE MOGĄ się pojawić? Jak ukoić ich wielki smutek, ból i samotność? Jak sprawić, żeby kolejne dni oraz tygodnie społecznej kwarantanny nie odbiły się na ich psychice, rozwoju, poczuciu własnej wartości?

adopcja dziecka - adopcja a koronawirus - miłość w czasach zarazy - chcemy być rodzicami - niepłodność to nie wyrok - przysposobienie dziecka - blog o adopcji - przemoc domowa w czasie epidemii
foto: pixabay /fujikama

Poza tym, jest jeszcze druga strona medalu - czyli dzieci nadal przebywające w rodzinach biologicznych, w których (mówiąc delikatnie) nie najlepiej się dzieje. Załóżmy, że wcześniej wobec rodziców toczyło się postępowanie zmierzające do ograniczenia lub pozbawienia praw rodzicielskich, umieszczenia dziecka w rodzinie zastępczej albo innej formie opieki. Obecnie wszystko stanęło na głowie, wszystkie instytucje zostały dotknięte mniej lub bardziej zaawansowanym paraliżem i szczerze mówiąc nie chce mi się wierzyć, że urzędniczy nadzór nad takimi rodzinami jest sprawowany tak, jak być sprawowany powinien.

Tymczasem światowe badania pokazują, że w sytuacjach epidemiologicznych bardzo często mamy do czynienia z eskalacją przemocy domowej. Ofiary są zmuszone spędzać znacznie więcej czasu pod jednym dachem ze swoimi oprawcami, rośnie frustracja i narastają wzajemne konflikty. Nie trzeba nawet zbyt bujnej wyobraźni, by móc przewidzieć, jakie dramatyczne konsekwencje może to za sobą nieść... :(

piątek, 22 listopada 2019

Recenzja filmu "1800 gramów", czyli "przykro mi, ale to nie jest film o adopcji..."

Jestem już po seansie "1800 gramów". Muszę powiedzieć, że do kina szłam z bardzo pozytywnym nastawieniem, przepełniona dobrymi emocjami oraz nadzieją, że nareszcie stworzono polski film traktujący o temacie tak istotnym społecznie i bliskim mojemu sercu - sercu adopcyjnej mamy. Niestety, z każdą chwilą spędzoną na sali kinowej odnosiłam wrażenie, że moje oczekiwania oraz szumne zapowiedzi twórców filmu coraz bardziej rozmijają się z tym, co widzę na dużym ekranie...

źródło: multikino.pl

W założeniu "1800 gramów" miał być obrazem o adopcji dziecka i funkcjonowaniu interwencyjnego ośrodka preadopcjnego. Na kilka dni przed premierą aktorzy występujący w filmie - a zwłaszcza odgrywająca główną rolę Magdalena Różcżka - włączyli się nawet w obchody Światowego Dnia Adopcji, publikując na swoich profilach w mediach społecznościowych posty z jego symbolem oraz udzielając licznych wywiadów prasowych i telewizyjnych.

To się oczywiście bardzo chwali, ponieważ głośne i otwarte mówienie o adopcji, niepłodności czy rodzicielstwie zastępczym jest naprawdę niesamowicie ważne i potrzebne - zwłaszcza jeżeli swój udział w nim mają osoby publiczne, znane i popularne, których przekaz niesie się dość szeroko i które posiadają spore możliwości wywierania wpływu oraz kształtowania opinii znacznej grupy odbiorców w danej kwestii...

kadr z filmu / źródło: kultura.onet.pl

Idąc dalej - "1800 gramów" to film, który naprawdę może się spodobać. Mamy tam piękne zimowe kadry, przedświąteczny Kraków w wirujących na wietrze płatkach śniegu oraz rozkoszne buźki porzuconych maluchów zapewnianych o tym, że "ktoś je bardzo kocha i nie będą same na Święta". Mamy też wątek romantyczny, którego oczywiście nie może zabraknąć w żadnym polskim filmie, emitowanym w kinach w okresie poprzedzającym Boże Narodzenie... ;)

Dlatego też przyznaję zupełnie bez bicia, że w trakcie seansu łezka niejednokrotnie zakręciła mi się w oku, a nawet popłynęła po policzku. Nie ukrywam, że pod wpływem filmu odżyły we mnie pewne wspomnienia: pierwsze spotkanie z niespełna 3-miesięcznym Bąblem w domu dziecka i pierwsze chwile spędzone razem, które miały miejsce już ponad 5 lat temu, a ja nadal przechowuję je w sercu i noszę w myślach niczym drogocenne relikwie...

kadr z filmu/ źródło: naekranie.pl

Dlaczego więc uważam, że "1800 gramów" to NIE JEST film o adopcji? 

Otóż dlatego, że moim zdaniem kwestia przysposobienia - która podobno miała być główną osią całej historii - ostatecznie została w nim bardzo mocno spłycona, zmarginalizowana oraz ukazana w sposób dość fragmentaryczny i naiwny. Twórcy filmu tylko ślizgają się po powierzchni tematu, niczym łyżwiarz po lodowisku. Być może takie asekuracyjne podejście wynika z tego, że próbując NAPRAWDĘ zgłębić złożony i wieloaspektowy temat adopcji oraz wszystkich towarzyszących jej okoliczności - można faktycznie zatonąć i przepaść z kretesem (zwłaszcza marketingowo, gdyż randomowy kinowy widz pewnych rzeczy po prostu nie zrozumie...) 

Reżyser oraz scenarzyści wprawdzie inicjują i sygnalizują pewne niezwykle ważne wątki - jak chociażby choroba psychiczna mamy biologicznej, motywacja do adopcji czy rezygnacja z adopcji dziecka z problemami zdrowotnymi - ale potem zupełnie ich nie kontynuują, zapominają o nich i skupiają się przede wszystkim na miłosnych perypetiach głównych bohaterów.  Dlatego właśnie odniosłam wrażenie, że najbardziej istotne kwestie zostały w filmie po prostu drastycznie urwane, poszatkowane i - mówiąc kolokwialnie - "nie trzymały się kupy".

kadr z filmu / źródło: naekranie.pl

Być może gdybym była zupełnym laikiem w temacie adopcji - moje zachwyty nad filmem nie miałyby końca. Tymczasem jako mamie adopcyjnej i byłemu pracownikowi placówki opiekuńczo-wychowawczej marzy mi się, żeby wreszcie zacząć przedstawiać adopcję zgodnie ze stanem faktycznym i ponad wszelkimi stereotypami:

1) nie jako krwawą jatkę i tabloidową sensację, w której adoptowane dziecko z patologicznego środowiska biega za nowymi rodzicami z siekierą tudzież innym ostrym narzędziem;
2) ale również nie jako pełną idyllę i sielankę, w ramach której na nowych rodziców czekają wyłącznie radosne, uśmiechnięte bobasy, a cały proces przysposobienia odbywa się magicznie i ekspresowo jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (co twórcy "1800 gramów" poniekąd sugerują odbiorcom).

kadr z filmu / źródło: naekranie.pl

Reasumując, zabrakło mi w filmie pogłębionych portretów psychologicznych. Zabrakło mi spojrzenia na adopcję dziecka z wielu różnych perspektyw - niekoniecznie tylko tych podniosłych, przesłodzonych i momentami wręcz aż ociekających różowym lukrem. Zabrakło mi szczerości, wielowymiarowości i rozbudowanej analizy tematu, którą można odnaleźć chociażby we francuskim "Wymarzonym". ("Wymarzonego" przywołuję tutaj nie bez powodu - ponieważ tam rzeczywiście kwestia przysposobienia została ukazana bardzo rzetelnie, wszelkie istotne wątki pociągnięto niezwykle konsekwentnie, natomiast bohaterami filmu byli ludzie z krwi i kości - ze wszystkimi swoimi wadami i słabościami - a nie postaci prezentujące się niczym modele z okładek kolorowych żurnali). 

W efekcie po zakończonym  seansie "1800 gramów" opuszczałam kino z bardzo mieszanymi uczuciami. Miałam wrażenie, że właśnie zaserwowano mi kolejną świąteczną, romantyczną papkę w stylu "Listów do M." - może i całkiem sympatyczną i lekkostrawną w odbiorze, ale jednocześnie bardzo sztampową, mało autentyczną i płaską niczym kartka papieru. 

Ostatecznie uważam, że potencjał został w dużej mierze zaprzepaszczony - natomiast zapowiedzi prezentujące produkcję TVN-u jako film o adopcji miały na celu głównie przyciągnięcie do kin szerokich rzeszy publiczności, które skuszą się na seans na fali chwilowej popularności tego "chwytliwego" tematu...

kadr z filmu / źródło: naekranie.pl
 
 I jakoś tak - zupełnie mimowolnie - 
w odniesieniu do "1800 gramów" nasuwa mi się pewnie cytat z Chopina:

"Szkoda, wielka szkoda;
Doktora szukali,
Przyszedł golibroda..."

poniedziałek, 14 października 2019

Jeżeli "nie masz czasu" na warsztaty w ośrodku adopcyjnym - to jak znajdziesz czas dla adoptowanego dziecka?

"Po co mamy jeździć na jakieś warsztaty do ośrodka adopcyjnego? Czy to naprawdę konieczne? Przecież oboje pracujemy, nie mamy czasu i nie będziemy brać wolnego dnia za każdym razem, kiedy trzeba pojawić się w ośrodku. Nie można załatwić tego jakoś "zaocznie" i na odległość? To jakaś bzdura, granda, bezsensowny wymysł urzędników!"

***

Kochani, dzisiaj nie będzie miło i sympatycznie. Kiedy czytam albo słyszę tego typu komentarze lub dostaję na swoją skrzynkę maile praktycznie w całości utrzymane w podobnym tonie - to już mi się naprawdę ulewa. Czasami odnoszę wrażenie, że niektórzy ludzie chcieliby po prostu pójść do ośrodka adopcyjnego, zostawić tam swoje podanie o dziecko - a potem nie dawać z siebie już absolutnie nic i zmaterializować się ponownie dopiero w momencie, kiedy pojawi się dla nich odpowiednia "propozycja". 

Trochę mnie to dziwi, trochę śmieszy - lecz jeszcze bardziej smuci i przeraża. Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego na leczenie niepłodności i starania o ciążę można poświęcać nawet całe długie dekady, pielgrzymując niemal bez przerwy po kolejnych klinikach i lekarskich gabinetach, czekając w wielogodzinnych kolejkach i odkładając "na później" wszystkie inne życiowe plany - natomiast na potrzeby adopcji nie da się wygospodarować nawet jednego popołudnia w tygodniu przez okres ZALEDWIE 3 miesięcy... 

Przecież zarówno na końcu jednej, jak i drugiej drogi - czeka na nas Dziecko.

Czy zatem to biologiczne jest warte 
wszelkich możliwych i będących w naszym zasięgu poświęceń oraz wyrzeczeń -
  natomiast dla tego adoptowanego de facto nie chce nam się ruszyć tyłka
(nawet nie tyle z domu, ile z własnej przytulnej strefy komfortu) ?

adopcja - warsztaty w ośrodku adopcyjnym - procedura adopcyjna - adopcja dziecka - niepłodnośc to nie wyrok - adopcja to nie tabu - chcemy być rodzicami
foto: friesenliesel/pixabay

"Bo sam fakt, że zdecydowaliśmy się na adopcję - to już powinno wystarczyć."

"Bo chcemy dać dziecku nowy dom - a oni będą nas jeszcze prześwietlać, maglować i decydować,
 czy spełniamy jakieś tam wydumane wymogi."

"Bo rodziców biologicznych jakoś nikt z ich rodzicielstwa nie rozlicza 
i nie każe im wygłupiać się na żadnych warsztatach." 

Tak, to poniekąd prawda. Rodziców biologicznych rzeczywiście nikt nie sprawdza i nie kontroluje. Nikt nie bada ich zasobów, wychowawczych kompetencji, poziomu życiowego ogarnięcia, emocjonalnej dojrzałości ani motywacji i gotowości do powołania dziecka na świat. 

I właśnie dlatego tak wiele dzieci przychodzi na ten świat w sposób zupełnie przypadkowy i nieplanowany - w rodzinach niewydolnych, dysfunkcyjnych i patologicznych, które nigdy nie obdarzą swojego potomstwa bezinteresowną miłością ani nie zadbają o zaspokojenie wszystkich jego fundamentalnych potrzeb. 

I właśnie dlatego tak wiele jest dzieci całymi latami krzywdzonych, bitych oraz zaniedbywanych - którym ich rodzice biologiczni zamiast beztroskiego dzieciństwa fundują uraz i traumę na całe życie, a pobyt w placówce opiekuńczo-wychowawczej to dla nich często niemal "wybawienie" w porównaniu z tym, co działo się w ich rodzinnych domach. 

I właśnie z takimi dziećmi oraz z ich trudnymi historiami najprawdopodobniej spotkacie się na swojej adopcyjnej drodze. Z dziećmi, które pomimo bardzo młodego wieku niosą na swoich barkach wielki ciężar i ogromny bagaż doświadczeń. Z dziećmi, w przypadku których sama Wasza gorąca miłość może po prostu nie wystarczyć - bo potrzeba również wielkiej świadomości oraz przynajmniej podstawowej wiedzy o zagadnieniach, jakie omawiane są na adopcyjnym kursie. 

adopcja - warsztaty w ośrodku adopcyjnym - procedura adopcyjna - adopcja dziecka - niepłodnośc to nie wyrok - adopcja to nie tabu - chcemy być rodzicami
foto: andisbilderwerkstatt / pixabay

Dlatego zanim kolejny raz zaczniecie narzekać na wszystkie "durne biurokratyczne procedury" - konieczność uczestnictwa w warsztatach, przechodzenia testów psychologicznych, indywidualnych spotkań z pracownikami ośrodka, a nawet zaleconej dodatkowo terapii małżeńskiej - pomyślcie sobie, że TO WSZYSTKO JEST PO COŚ! 

To wszystko ma pomóc Wam oraz Waszemu Dziecku, poszerzyć Wasze horyzonty i sprawić, że na wiele kwestii spojrzycie z zupełnie innej perspektywy. Takiego przygotowania nie da się po prostu odbębnić i zdobyć na odległość, korespondencyjnie - bez jakiegokolwiek zaangażowania, nakładu pracy i emocji z Waszej strony. 

A przede wszystkim pamiętajcie o tym, że "głównym zadaniem ośrodków adopcyjnych 
nie jest pomaganie rodzinie, której brakuje dziecka - 
lecz znajdowanie optymalnych opiekunów dla dziecka w potrzebie."***

To nie Wy jesteście tutaj na uprzywilejowanej pozycji i na pierwszym planie. 
Im wcześniej to zrozumiecie - tym szybciej będziecie mogli pójść dalej
 z nowym, pozytywnym nastawieniem.  

adopcja - warsztaty w ośrodku adopcyjnym - procedura adopcyjna - adopcja dziecka - niepłodnośc to nie wyrok - adopcja to nie tabu - chcemy być rodzicami
foto: free-photos / pixabay
  
____________________________

*** cytat z filmu "Wymarzony" w reżyserii Jeanne Herry



czwartek, 30 maja 2019

"Pozbyli się adoptowanego dziecka..." - reportaż Uwaga! TVN i moje spostrzeżenia po jego obejrzeniu.

Miałam pisać dzisiaj o czymś zupełnie innym - ale wczoraj obejrzałam >>> TEN REPORTAŻ 
i jako mama adopcyjna po prostu nie mogę się do niego nie odnieść. 
Serce aż pęka, z wielu różnych powodów...

adopcja - adopcja dziecka - a dopcja to nie tabu - nieudana adopcja - rozwiązanie adopcji - blog o adopcji - reportaż Uwaga TVN o adopcji
foto: pixabay / Free-Photos

Adopcja dziecka to nie jest wizyta w supermarkecie ! Decydując się na nią - przyjmujesz do swojej rodziny nie tylko dziecko, ale również cały bagaż jego doświadczeń (zazwyczaj niewesołych, bardzo trudnych, niejednokrotnie wręcz traumatycznych). Tu nie ma miejsca na opcję: "jak mi się nie spodoba - to zwrócę do placówki i po sprawie"! Dziecko to nie rzecz - nie produkt, który można tak po prostu oddać, oczekiwać rękojmi lub wymiany na "inny model"! Takie podejście jest po prostu niedojrzałe i skrajnie nieodpowiedzialne - a zachowanie dziecka niezwykle często jest jednocześnie jego krzykiem i błaganiem o pomoc.

Po adopcji mogą pojawić się różne choroby czy zaburzenia, o których rodzice wcześniej nie wiedzieli (RAD, FAS itd.) Nie oszukujmy się : ośrodki adopcyjne nie zawsze ujawniają całą prawdę - a czasami po prostu same nie mają takich informacji, bo w placówkach opiekuńczych raczej trudno mówić o kompleksowej diagnostyce. Ale o dziecko chore powinno się walczyć, z całych sił ! - dokładnie tak samo jak o biologiczne, które nagle zachoruje lub dozna uszczerbku na zdrowiu w wyniku jakiegoś wypadku...Szuka się dobrych lekarzy, specjalistów, terapii dopasowanej do potrzeb - a nie porzuca się, nie skazuje ZNOWU (!!!) na samotność i kolejną traumę...

Nie rozumiem, jak można mówić tak zupełnie bez emocji o dziecku, z którym spędziło się przecież kilka lat życia, pod jednym dachem...Jak można go wcale nie odwiedzać, pozbawiać kontaktu z siostrą, wypowiadać się o nim jak o zupełnie obcej osobie...Nie widzę tu miłości, czułości, troski, żadnej więzi - tylko obojętność i totalny uczuciowy chłód...

Przede wszystkim: ta adopcja w ogóle nie powinna mieć miejsca - skoro małżeństwo od samego początku było nastawione pozytywnie tylko do dziewczynki, natomiast chłopca jedynie z trudem "akceptowało" i ewidentnie nie chciało go przysposabiać... W takiej sytuacji ośrodek adopcyjny nie powinien wyrażać zgody nawet na powierzenie pieczy - a już tym bardziej na sfinalizowanie całego postępowania przed sądem. Ktoś tu naprawdę zawiódł proceduralnie - i to na całej linii !

adopcja - adopcja dziecka - a dopcja to nie tabu - nieudana adopcja - rozwiązanie adopcji - blog o adopcji - reportaż Uwaga TVN o adopcji
foto: pixabay / Free-Photos

 Na koniec jeszcze jedna, bardzo gorzka refleksja. 

Po takich materiałach kochające, szczęśliwe rodziny adopcyjne (a zwłaszcza dzieci!) zawsze są pokrzywdzone...Ludzie pamiętają o tej jednej, dramatycznej historii - nie dostrzegając tysiąca innych, zakończonych happy endem...I potem nie ma się w sumie co dziwić, że niektórzy "troskliwi i życzliwi" zadają pytania w stylu : "A nie boisz się, że takie dziecko z patologii któregoś dnia zadźga Cię nożem?" Dlatego nie wiem w zasadzie, czemu ten reportaż miał służyć...Chyba tylko temu, że jego bohaterowie wystawili się na publiczny medialny lincz - natomiast adopcja będzie nadal postrzegana wyłącznie przez pryzmat takich niechlubnych, skrajnych przypadków, co najbardziej odbije się na naszych dzieciach...(Ale grunt, że sensacja jest - i że słupki oglądalności rosną...czyż nie?)