Pokazywanie postów oznaczonych etykietą adopcja dziecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą adopcja dziecka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 czerwca 2022

Dzieci NICZYJE...Ile jeszcze "ostatnich szans" dla rodziców biologicznych?

Wczoraj był Dzień Dziecka. Większość z nas spędziła go zapewne na różnych festynach, w salach zabaw, na rodzinnych piknikach albo wycieczkach - żeby uczynić ten wspólnie spędzony czas naprawdę wyjątkowym i wartym zapamiętania. Trzeba mieć jednak świadomość, że około 76 tysięcy polskich dzieci przebywa obecnie poza swoimi rodzinami biologicznymi - z czego 56 tysięcy w rodzinach zastępczych, a 20 tysięcy w dużych instytucjonalnych domach dziecka...

 Według raportów NIK z 2012-2017 roku :

  • zaledwie 3% wychowanków domów dziecka to sieroty: 17 % ma jednego, a 80 % oboje biologicznych rodziców;
  • w roku 2012 odnotowano spadek liczby dzieci powracających do swoich biologicznych rodzin - wynosiła ona tylko 25-30% wszystkich wychowanków (nawet jeżeli obecnie dzięki programowi rządowemu 500+ statystyki te wyglądają nieco bardziej optymistycznie - to nie łudźmy się, że większość dzieci wraca do lepszych i bardziej korzystnych warunków! Prawda jest taka, że ogromna część rodziców biologicznych w swoich decyzjach kieruje się jedynie chęcią zysku - a nie troską o dziecko i jego dobro...)
  • z połową w/w rodzin przedstawiciele instytucji wcale nie mogli się skontaktować - natomiast w przypadku innych chęć współpracy była znikoma, a komunikacja polegała głównie na wymianie oficjalnych pism;
  • w odniesieniu do badań brytyjskich (bo w Polsce się takich niestety nie prowadzi) nieudane reintegracje z rodziną biologiczną stanowią aż 75% przypadków - a to oznacza, że dla 3/4 dzieci powrót do rodzinnego domu kończy się ponowną traumą i brakiem stabilizacji.

 *źródła:  TUTAJ  i TUTAJ  

"Mam na imię Ania. Moja mama nie żyje od 8 lat, a tato zaczął pić i nie poradził sobie z wychowaniem dziecka. Lubię szydełkować i robić na drutach - bo tego nauczyła mnie mama, to mnie uspokaja i z tym związane są moje najmilsze wspomnienia z dzieciństwa. Tego PRAWDZIWEGO DZIECIŃSTWA - a nie tego spędzonego w domu dziecka..." 

"Jestem Amelka - a to mój młodszy braciszek, Krzyś. Jesteśmy w placówce, odkąd mama zachorowała. Któregoś dnia zadzwoniła do domu dziecka i powiedziała, że po nas przyjedzie. Spakowaliśmy się, zabraliśmy swoje rzeczy - a potem czekaliśmy na nią pod bramą przez kilka godzin. Nikt nie przyjechał, dalej tu mieszkamy - i pewnie zostaniemy tak długo, aż będziemy dorośli..."

"Mam na imię Kamil. Rodzice czasami zabierają mnie do siebie - ale nie lubię ich odwiedzać. W domu śmierdzi, jest brudno, nic się tam nie zmieniło przez tych kilka lat. Kiedyś pojechałem tam na święta - i wróciłem do domu dziecka z wszami, swędzącą głową...Wolę zostawać tutaj na Boże Narodzenie - bo przynajmniej zawsze jest ciepło i ktoś da mi jeść..."

"Nasz adoptowany synek to Jaś. Teoretycznie i według przepisów prawa nie powinien w ogóle trafić do domu dziecka - ponieważ od 2015 roku nie mogą przebywać tam dzieci poniżej siódmego roku życia. A mimo to spędził w placówce kilka miesięcy, zanim uregulowana została jego sytuacja prawna. Dla takiego maluszka to jest czas kompletnie i zupełnie bez sensu stracony - choć każdego dnia staramy się nadrobić tamte braki czułości, troski i miłości..."
 
* historie prawdziwe, tylko imiona bohaterów zostały zmienione 
 

Dzieci przebywające w domach dziecka i rodzinach zastępczych bardzo często nie mają uregulowanej sytuacji prawnej. Oznacza to w wielkim skrócie tyle, że ich rodzice biologiczni nie są pozbawieni pełni praw rodzicielskich - a dziecko nie może trafić do adopcji i tkwi w pewnego rodzaju zawieszeniu oraz "poczekalni" do innego, nowego życia. 

Zdarza się, że oczekuje całymi tygodniami, miesiącami, a niekiedy nawet latami na dalszy rozwój wydarzeń i kolejne decyzje opieszałych instytucji. Smutna prawda jest taka, że wielu wychowanków placówek w tym czasie - mówiąc brutalnie - "zestarzeje się" i osiągnie wiek, w jakim ich szansa na adopcję spadnie niemal do zera. Czasami dzieje się tak tylko dlatego, że rodzicom biologicznym daje się wciąż nowe - zupełnie niezasłużone i nieuzasadnione - szanse...

"Wie pani, jak koordynator rodzin przyszedł do rodziców Mariki i Damiana, bezpośrednio po zabraniu chłopca do placówki, w domu już było po nim posprzątane. Zniknęło łóżeczko dziecka, nic, jakby w tym domu nigdy nie mieszkał noworodek. Tam po dzieciach już nie było śladu. Jak rozmawiać z takimi rodzicami o planie odzyskania dziecka, kiedy oni już...kiedy już nie było tam dla dzieci miejsca (...) Mieli dziesiątki, setki szans - z żadnej nie skorzystali, wszyscy latami chcieli im pomóc, ale oni nie byli zainteresowani (...) Damian nie zna znaczenia słowa mama. Wie z opowieści, z bajek, z przedszkola, że to osoba, która kocha, opiekuje się, chroni dziecko. On nie ma takiej osoby, nie doświadczył takiego uczucia (...)"

 

Moi Drodzy, ja naprawdę staram się nikogo nie oceniać i nie potępiać! W życiu zdarzają się przecież różne dramatyczne sytuacje, różne egzystencjalne zakręty i wyboje - które trudno pokonać nawet w pojedynkę, a co dopiero z kilkorgiem dzieci pod opieką... Ale mimo wszystko uważam, że w stosunku do rodziców biologicznych powinno się wymagać "ciut" więcej, niż tylko odwiedziny w placówce raz na kilka miesięcy...Bo dla nich tych kilka miesięcy to zaledwie jakiś krótki wycinek z życia - a dla dziecka przebywającego w pieczy instytucjonalnej to jest po prostu WIECZNOŚĆ,  bardzo często decydująca o jego całym przyszłym losie! 
 
W tej kwestii nasz polski system jest nadal niewydolny, a jako nadrzędny cel zapisany w prawie podaje się ochronę i umacnianie rodziny biologicznej - co niestety najczęściej ma bardzo niewiele wspólnego z faktycznym DOBREM DZIECKA. Piękne hasło, niesione na sztandarach wielu instytucji i ugrupowań politycznych - ale w praktyce okazuje się tylko pustym, nic nieznaczącym frazesem.
 

"Gdzieś tam, za konarami tych zasypiających drzew, jest nasz dom. Dom anonimowych dziewczynek w mysich kitkach i zbyt szybko dojrzewających chłopców, sióstr i braci od pożałowania godnego życia (...) Dom - poczekalnia. Dom ze sznurami schnących w nieskończoność pieluch - dowodów na obecność najmłodszego pokolenia sierot, chodzących po smutnym podwórku w równych rządkach, jak mała armia dobrowolnych straceńców. Doskonale pamiętam te blade buzie maluchów, ich zapadnięte oczy, nieprzyzwoicie dorosłe i niepasujące do miniaturowych ciałek. Wreszcie dom, w którym dobrze czuli się tylko dorośli - bo tylko oni potajemnie, o znanej sobie godzinie, szybko opuszczali wypełnione dziećmi sale, uciekali z ciemnych korytarzy, aby wrócić do swoich prawdziwych domów. Domów - portów. Tam triumfalnie wciągali na maszt marzeń flagę rodzinności (...)"

"Teren domu dziecka rozciągał się złośliwie nieopodal krzyżujących się i rozchodzących torów kolejowych. Tymi torami dość często przejeżdżały wagony towarowe, czasami nawet pasażerskie, przypominające mieszkańcom sierocińca, że jest jeszcze inny świat, pełen normalnych mieszkań i spotkań. Ktoś zawsze na kogoś gdzieś czekał. Ktoś inny tęsknił. Zupełnie inaczej niż w ścianach sierocińca, gdzie zmieniały się tylko wychowawczynie (...)"

Barbara Kosmowska - "Gobelin"

 ________________________________

zdjęcia w poście: pixabay.com/Alexas_Fotos

niedziela, 21 listopada 2021

Czy Święty Mikołaj istnieje? No jasne - może nim zostać każdy z nas! Akcja charytatywna "Mikołaj w koronie" dla dzieci z domów dziecka i rodzin zastępczych.

Nie bez powodu mawia się,że potrzeba jest matką wynalazku. Kiedy w 2020 roku pojawił się koronawirus, wszystkie związane z nim obostrzenia oraz ograniczenia kontaktów społecznych - automatycznie wymyślono też kilka cudownych inicjatyw, mających na celu walkę z pandemiczną izolacją, marazmem i osamotnieniem.

Jedną z takich charytatywnych akcji jest "Mikołaj w koronie" - czyli projekt wspierający dzieci z placówek opiekuńczych, rodzinnych domów dziecka i rodzin zastępczych. W obliczu pandemii ich sytuacja stała się szczególnie skomplikowana - nie tylko z powodu wydłużonych procedur adopcyjnych, ale również ze względu na utrudniony dostęp wolontariuszy i dotychczasowych darczyńców. Na szczęście znalazły się osoby, które postanowiły temu zaradzić - i to właśnie dzięki nim każdy z nas może zostać Świętym Mikołajem :) 

 
 
  Krótka instrukcja, jak przyłączyć się do akcji "Mikołaj w koronie":

1. Śledzimy fanpage Mikołaj w koronie - ale naprawdę uważnie, żeby nie przegapić kolejnych postów! Kilka razy dziennie pojawiają się tam adresy domów dziecka i rodzin zastępczych z imionami dzieci oraz ich marzeniami, które możemy spełnić.

2. Szukamy prezentu dla konkretnego wybranego przez nas dziecka. (Teoretycznie kwota przeznaczona na prezent nie powinna przekraczać 150 złotych, ale my zawsze dorzucamy jeszcze jakieś książki, zestawy gier planszowych albo puzzli do użytku wszystkich dzieci w placówce.)

3. Pakujemy prezent, dołączamy do niego świąteczną kartkę z życzeniami i dedykacją dla wybranego przez nas malucha/starszaka. Ja pokusiłam się nawet o list od Mikołaja, na którym ślady swoich kopytek zostawiły renifery. (Stary sprawdzony numer, który kiedyś wykorzystywałam w przypadku naszego Bąbla. Przepadał za tym patentem! ;))

4. Nadajemy paczkę na poczcie i cieszymy się, że możemy wywołać uśmiech na czyjejś buzi :)

My oczywiście też bierzemy udział w tegorocznej akcji - bo z wiadomych względów jest ona szczególnie bliska naszemu sercu! Doskonale zdajemy sobie sprawę, że to właśnie nasz Bąbel mógł być na miejscu tych wszystkich dzieci: wciąż oczekiwać na nową rodzinę albo chociaż na drobny gwiazdkowy upominek i ciepłe, wspierające słowa...

P.S. Jakby tego było mało - ekipa odpowiedzialna za inicjatywę działa nie tylko w tym wyjątkowym, przedświątecznym czasie.  Oprócz typowo mikołajkowych akcji gromadzi również książki i szkolne wyprawki dla dzieciaków oraz paczki dla samotnych mam.

To jak? Wy też zostaniecie Świętymi Mikołajami? :)


wtorek, 9 listopada 2021

Światowy Dzień Adopcji 2021 - czyli o tym,że geny są przereklamowane.

 Dziś Światowy Dzień Adopcji i z tej okazji chciałam napisać znacznie więcej - 
ale ostatnie wydarzenia w kraju strasznie mnie przytłoczyły, więc będzie krótko i na temat.
 
***
 
W rozmowach o adopcji dziecka niezwykle często poruszane jest zagadnienie "obcych genów" (zupełnie tak, jakby WSZYSTKIE adoptowane dzieci były jakoś koszmarnie obciążone genetycznie - co nie jest prawdą!) Rozumiem,że dla kogoś może być to bardzo istotna kwestia - bo wiadomo, że nasze DNA w dużej mierze odpowiada za określone cechy wyglądu, dziedziczenie pewnych chorób czy predyspozycji - ale z mojego osobistego i emocjonalnego punktu widzenia GENY SĄ STRASZNIE "PRZEREKLAMOWANE".

Z moją młodszą siostrą łączą mnie te same geny, ale nigdy (nawet we wczesnym dzieciństwie) nie byłyśmy sobie bliskie. Od kilku lat praktycznie nie mamy kontaktu: nie spotykamy się, nie rozmawiamy ze sobą, a harmonogramy wszelkich rodzinnych spotkań ustalamy tak, by absolutnie na siebie nie wpaść. Znam zresztą całe mnóstwo podobnych przypadków w moim otoczeniu, w których wspólne DNA nie ma nic do rzeczy i zamiast zbliżać ludzi - jeszcze bardziej ich od siebie oddala...

Zmierzam do tego, że wszystkie najważniejsze relacje w moim życiu - sympatie, miłości, przyjaźnie, a teraz również adopcyjne rodzicielstwo - nie miały z genami totalnie nic wspólnego!  Pokrewieństwo, więzy krwi i zbliżone DNA nie są według mnie żadnym gwarantem realnej, bliskiej więzi - a uczuć nie da się wytłumaczyć wyłącznie za pomocą genetyki, biochemii czy neuroprzekaźników. Nieustannie zdumiewa mnie fakt, że niektórzy ludzie przykładają do nich aż tak wielką wagę - i zastanawiam się, czy jestem bardzo odosobniona w swojej opinii...
 
Niesamowicie ciekawi mnie Wasze zdanie na ten temat,
więc podzielcie się nim w komentarzach.
 
 

* to zdjęcie jest częścią większego projektu z okazji Światowego Dnia Adopcji,
którego pomysłodawczynią jest Adoption Mom Life. 
 
 

poniedziałek, 30 marca 2020

Adopcja dziecka a koronawirus, czyli miłość w czasach zarazy...

Wyobraźcie sobie, że właśnie poznaliście swoje dziecko: upragnione, wytęsknione i wyczekane po wielu latach starań, bezskutecznego leczenia, długotrwałych procedur w ośrodku adopcyjnym...Wasze szczęście nie zna granic. Już nie możecie doczekać się, kiedy wreszcie zabierzecie je z placówki do domu, pokażecie mu jego własny dziecięcy pokoik; kiedy w końcu zaczniecie uczyć się siebie nawzajem w normalnych, nieinstytucjonalnych warunkach i kiedy sąd opiekuńczy ostatecznie przypieczętuje decyzję o przysposobieniu...

Tymczasem, pojawia się koronawirus. WHO ogłasza pandemię. W ośrodkach adopcyjnych procedura zostaje wstrzymana, warsztaty oraz konsultacje psychologiczno-pedagogiczne zawieszone, a rozprawy sądowe - odwołane i przełożone na jakąś bliżej nieokreśloną przyszłość (tylko w bardzo nielicznych przypadkach odbywają się zaocznie, bez udziału stron). Dom dziecka podejmuje trudną i odpowiedzialną decyzję, że nie możecie dłużej odwiedzać swojego maleństwa - ponieważ ryzyko jest zbyt duże, by narażać całą placówkę na zakażenie... :(

adopcja dziecka - adopcja a koronawirus - miłość w czasach zarazy - chcemy być rodzicami - niepłodność to nie wyrok - przysposobienie dziecka - blog o adopcji - przemoc domowa w czasie epidemii
foto: pixabay /fujikama

Ta myśl nie daje mi spokoju od kilku tygodni. Doskonale pamiętam czas sprzed sześciu lat - kiedy jeździliśmy do naszego Bąbla codziennie, spędzaliśmy z nim niemal każdą chwilę i już po pierwszym krótkim spotkaniu nie umieliśmy wyobrazić sobie naszego życia bez tego kochanego, małego Człowieczka. 

Łączę się w bólu ze wszystkimi rodzicami adopcyjnymi, którzy obecnie dotkliwie doświadczają właśnie takiego, czarnego scenariusza :( Którzy już zdążyli swoje dziecko poznać, pokochać lub nawiązać z nim chociaż zalążek jakiejś emocjonalnej więzi - lecz zupełnie nagle i niespodziewanie zostało im to odebrane, ze względu na wyższą konieczność. 

Pęka mi serce, kiedy wyobrażam sobie te wszystkie "placówkowe" dzieci - a zwłaszcza starsze, które już sporo pamiętają i po swojemu rozumieją. Jak wytłumaczyć im, że rodzice jednego dnia odwiedzają, tulą i trzymają w ramionach - a już następnego dnia ich nie ma, bo zwyczajnie NIE MOGĄ się pojawić? Jak ukoić ich wielki smutek, ból i samotność? Jak sprawić, żeby kolejne dni oraz tygodnie społecznej kwarantanny nie odbiły się na ich psychice, rozwoju, poczuciu własnej wartości?

adopcja dziecka - adopcja a koronawirus - miłość w czasach zarazy - chcemy być rodzicami - niepłodność to nie wyrok - przysposobienie dziecka - blog o adopcji - przemoc domowa w czasie epidemii
foto: pixabay /fujikama

Poza tym, jest jeszcze druga strona medalu - czyli dzieci nadal przebywające w rodzinach biologicznych, w których (mówiąc delikatnie) nie najlepiej się dzieje. Załóżmy, że wcześniej wobec rodziców toczyło się postępowanie zmierzające do ograniczenia lub pozbawienia praw rodzicielskich, umieszczenia dziecka w rodzinie zastępczej albo innej formie opieki. Obecnie wszystko stanęło na głowie, wszystkie instytucje zostały dotknięte mniej lub bardziej zaawansowanym paraliżem i szczerze mówiąc nie chce mi się wierzyć, że urzędniczy nadzór nad takimi rodzinami jest sprawowany tak, jak być sprawowany powinien.

Tymczasem światowe badania pokazują, że w sytuacjach epidemiologicznych bardzo często mamy do czynienia z eskalacją przemocy domowej. Ofiary są zmuszone spędzać znacznie więcej czasu pod jednym dachem ze swoimi oprawcami, rośnie frustracja i narastają wzajemne konflikty. Nie trzeba nawet zbyt bujnej wyobraźni, by móc przewidzieć, jakie dramatyczne konsekwencje może to za sobą nieść... :(

piątek, 22 listopada 2019

Recenzja filmu "1800 gramów", czyli "przykro mi, ale to nie jest film o adopcji..."

Jestem już po seansie "1800 gramów". Muszę powiedzieć, że do kina szłam z bardzo pozytywnym nastawieniem, przepełniona dobrymi emocjami oraz nadzieją, że nareszcie stworzono polski film traktujący o temacie tak istotnym społecznie i bliskim mojemu sercu - sercu adopcyjnej mamy. Niestety, z każdą chwilą spędzoną na sali kinowej odnosiłam wrażenie, że moje oczekiwania oraz szumne zapowiedzi twórców filmu coraz bardziej rozmijają się z tym, co widzę na dużym ekranie...

źródło: multikino.pl

W założeniu "1800 gramów" miał być obrazem o adopcji dziecka i funkcjonowaniu interwencyjnego ośrodka preadopcjnego. Na kilka dni przed premierą aktorzy występujący w filmie - a zwłaszcza odgrywająca główną rolę Magdalena Różcżka - włączyli się nawet w obchody Światowego Dnia Adopcji, publikując na swoich profilach w mediach społecznościowych posty z jego symbolem oraz udzielając licznych wywiadów prasowych i telewizyjnych.

To się oczywiście bardzo chwali, ponieważ głośne i otwarte mówienie o adopcji, niepłodności czy rodzicielstwie zastępczym jest naprawdę niesamowicie ważne i potrzebne - zwłaszcza jeżeli swój udział w nim mają osoby publiczne, znane i popularne, których przekaz niesie się dość szeroko i które posiadają spore możliwości wywierania wpływu oraz kształtowania opinii znacznej grupy odbiorców w danej kwestii...

kadr z filmu / źródło: kultura.onet.pl

Idąc dalej - "1800 gramów" to film, który naprawdę może się spodobać. Mamy tam piękne zimowe kadry, przedświąteczny Kraków w wirujących na wietrze płatkach śniegu oraz rozkoszne buźki porzuconych maluchów zapewnianych o tym, że "ktoś je bardzo kocha i nie będą same na Święta". Mamy też wątek romantyczny, którego oczywiście nie może zabraknąć w żadnym polskim filmie, emitowanym w kinach w okresie poprzedzającym Boże Narodzenie... ;)

Dlatego też przyznaję zupełnie bez bicia, że w trakcie seansu łezka niejednokrotnie zakręciła mi się w oku, a nawet popłynęła po policzku. Nie ukrywam, że pod wpływem filmu odżyły we mnie pewne wspomnienia: pierwsze spotkanie z niespełna 3-miesięcznym Bąblem w domu dziecka i pierwsze chwile spędzone razem, które miały miejsce już ponad 5 lat temu, a ja nadal przechowuję je w sercu i noszę w myślach niczym drogocenne relikwie...

kadr z filmu/ źródło: naekranie.pl

Dlaczego więc uważam, że "1800 gramów" to NIE JEST film o adopcji? 

Otóż dlatego, że moim zdaniem kwestia przysposobienia - która podobno miała być główną osią całej historii - ostatecznie została w nim bardzo mocno spłycona, zmarginalizowana oraz ukazana w sposób dość fragmentaryczny i naiwny. Twórcy filmu tylko ślizgają się po powierzchni tematu, niczym łyżwiarz po lodowisku. Być może takie asekuracyjne podejście wynika z tego, że próbując NAPRAWDĘ zgłębić złożony i wieloaspektowy temat adopcji oraz wszystkich towarzyszących jej okoliczności - można faktycznie zatonąć i przepaść z kretesem (zwłaszcza marketingowo, gdyż randomowy kinowy widz pewnych rzeczy po prostu nie zrozumie...) 

Reżyser oraz scenarzyści wprawdzie inicjują i sygnalizują pewne niezwykle ważne wątki - jak chociażby choroba psychiczna mamy biologicznej, motywacja do adopcji czy rezygnacja z adopcji dziecka z problemami zdrowotnymi - ale potem zupełnie ich nie kontynuują, zapominają o nich i skupiają się przede wszystkim na miłosnych perypetiach głównych bohaterów.  Dlatego właśnie odniosłam wrażenie, że najbardziej istotne kwestie zostały w filmie po prostu drastycznie urwane, poszatkowane i - mówiąc kolokwialnie - "nie trzymały się kupy".

kadr z filmu / źródło: naekranie.pl

Być może gdybym była zupełnym laikiem w temacie adopcji - moje zachwyty nad filmem nie miałyby końca. Tymczasem jako mamie adopcyjnej i byłemu pracownikowi placówki opiekuńczo-wychowawczej marzy mi się, żeby wreszcie zacząć przedstawiać adopcję zgodnie ze stanem faktycznym i ponad wszelkimi stereotypami:

1) nie jako krwawą jatkę i tabloidową sensację, w której adoptowane dziecko z patologicznego środowiska biega za nowymi rodzicami z siekierą tudzież innym ostrym narzędziem;
2) ale również nie jako pełną idyllę i sielankę, w ramach której na nowych rodziców czekają wyłącznie radosne, uśmiechnięte bobasy, a cały proces przysposobienia odbywa się magicznie i ekspresowo jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (co twórcy "1800 gramów" poniekąd sugerują odbiorcom).

kadr z filmu / źródło: naekranie.pl

Reasumując, zabrakło mi w filmie pogłębionych portretów psychologicznych. Zabrakło mi spojrzenia na adopcję dziecka z wielu różnych perspektyw - niekoniecznie tylko tych podniosłych, przesłodzonych i momentami wręcz aż ociekających różowym lukrem. Zabrakło mi szczerości, wielowymiarowości i rozbudowanej analizy tematu, którą można odnaleźć chociażby we francuskim "Wymarzonym". ("Wymarzonego" przywołuję tutaj nie bez powodu - ponieważ tam rzeczywiście kwestia przysposobienia została ukazana bardzo rzetelnie, wszelkie istotne wątki pociągnięto niezwykle konsekwentnie, natomiast bohaterami filmu byli ludzie z krwi i kości - ze wszystkimi swoimi wadami i słabościami - a nie postaci prezentujące się niczym modele z okładek kolorowych żurnali). 

W efekcie po zakończonym  seansie "1800 gramów" opuszczałam kino z bardzo mieszanymi uczuciami. Miałam wrażenie, że właśnie zaserwowano mi kolejną świąteczną, romantyczną papkę w stylu "Listów do M." - może i całkiem sympatyczną i lekkostrawną w odbiorze, ale jednocześnie bardzo sztampową, mało autentyczną i płaską niczym kartka papieru. 

Ostatecznie uważam, że potencjał został w dużej mierze zaprzepaszczony - natomiast zapowiedzi prezentujące produkcję TVN-u jako film o adopcji miały na celu głównie przyciągnięcie do kin szerokich rzeszy publiczności, które skuszą się na seans na fali chwilowej popularności tego "chwytliwego" tematu...

kadr z filmu / źródło: naekranie.pl
 
 I jakoś tak - zupełnie mimowolnie - 
w odniesieniu do "1800 gramów" nasuwa mi się pewnie cytat z Chopina:

"Szkoda, wielka szkoda;
Doktora szukali,
Przyszedł golibroda..."

czwartek, 30 maja 2019

"Pozbyli się adoptowanego dziecka..." - reportaż Uwaga! TVN i moje spostrzeżenia po jego obejrzeniu.

Miałam pisać dzisiaj o czymś zupełnie innym - ale wczoraj obejrzałam >>> TEN REPORTAŻ 
i jako mama adopcyjna po prostu nie mogę się do niego nie odnieść. 
Serce aż pęka, z wielu różnych powodów...

adopcja - adopcja dziecka - a dopcja to nie tabu - nieudana adopcja - rozwiązanie adopcji - blog o adopcji - reportaż Uwaga TVN o adopcji
foto: pixabay / Free-Photos

Adopcja dziecka to nie jest wizyta w supermarkecie ! Decydując się na nią - przyjmujesz do swojej rodziny nie tylko dziecko, ale również cały bagaż jego doświadczeń (zazwyczaj niewesołych, bardzo trudnych, niejednokrotnie wręcz traumatycznych). Tu nie ma miejsca na opcję: "jak mi się nie spodoba - to zwrócę do placówki i po sprawie"! Dziecko to nie rzecz - nie produkt, który można tak po prostu oddać, oczekiwać rękojmi lub wymiany na "inny model"! Takie podejście jest po prostu niedojrzałe i skrajnie nieodpowiedzialne - a zachowanie dziecka niezwykle często jest jednocześnie jego krzykiem i błaganiem o pomoc.

Po adopcji mogą pojawić się różne choroby czy zaburzenia, o których rodzice wcześniej nie wiedzieli (RAD, FAS itd.) Nie oszukujmy się : ośrodki adopcyjne nie zawsze ujawniają całą prawdę - a czasami po prostu same nie mają takich informacji, bo w placówkach opiekuńczych raczej trudno mówić o kompleksowej diagnostyce. Ale o dziecko chore powinno się walczyć, z całych sił ! - dokładnie tak samo jak o biologiczne, które nagle zachoruje lub dozna uszczerbku na zdrowiu w wyniku jakiegoś wypadku...Szuka się dobrych lekarzy, specjalistów, terapii dopasowanej do potrzeb - a nie porzuca się, nie skazuje ZNOWU (!!!) na samotność i kolejną traumę...

Nie rozumiem, jak można mówić tak zupełnie bez emocji o dziecku, z którym spędziło się przecież kilka lat życia, pod jednym dachem...Jak można go wcale nie odwiedzać, pozbawiać kontaktu z siostrą, wypowiadać się o nim jak o zupełnie obcej osobie...Nie widzę tu miłości, czułości, troski, żadnej więzi - tylko obojętność i totalny uczuciowy chłód...

Przede wszystkim: ta adopcja w ogóle nie powinna mieć miejsca - skoro małżeństwo od samego początku było nastawione pozytywnie tylko do dziewczynki, natomiast chłopca jedynie z trudem "akceptowało" i ewidentnie nie chciało go przysposabiać... W takiej sytuacji ośrodek adopcyjny nie powinien wyrażać zgody nawet na powierzenie pieczy - a już tym bardziej na sfinalizowanie całego postępowania przed sądem. Ktoś tu naprawdę zawiódł proceduralnie - i to na całej linii !

adopcja - adopcja dziecka - a dopcja to nie tabu - nieudana adopcja - rozwiązanie adopcji - blog o adopcji - reportaż Uwaga TVN o adopcji
foto: pixabay / Free-Photos

 Na koniec jeszcze jedna, bardzo gorzka refleksja. 

Po takich materiałach kochające, szczęśliwe rodziny adopcyjne (a zwłaszcza dzieci!) zawsze są pokrzywdzone...Ludzie pamiętają o tej jednej, dramatycznej historii - nie dostrzegając tysiąca innych, zakończonych happy endem...I potem nie ma się w sumie co dziwić, że niektórzy "troskliwi i życzliwi" zadają pytania w stylu : "A nie boisz się, że takie dziecko z patologii któregoś dnia zadźga Cię nożem?" Dlatego nie wiem w zasadzie, czemu ten reportaż miał służyć...Chyba tylko temu, że jego bohaterowie wystawili się na publiczny medialny lincz - natomiast adopcja będzie nadal postrzegana wyłącznie przez pryzmat takich niechlubnych, skrajnych przypadków, co najbardziej odbije się na naszych dzieciach...(Ale grunt, że sensacja jest - i że słupki oglądalności rosną...czyż nie?)

poniedziałek, 25 lutego 2019

Blogi o adopcji dziecka i rodzicielstwie zastępczym - wirtualne miejsca, do których zdecydowanie WARTO zajrzeć.


 Po co komu blog o adopcji dziecka ?

W 2012 roku - kiedy zdecydowaliśmy się na adopcję dziecka i pierwszą wizytę w ośrodku adopcyjnym - udało mi się znaleźć zaledwie dwa czy trzy blogi, dotyczące przysposobienia. Oprócz nich istniało jeszcze kilka wątków tematycznych na "Naszym Bocianie", na których rodzice adopcyjni dzielili się swoimi doświadczeniami - ale mimo wszystko czułam wtedy pewien przesyt czysto teoretycznej, podręcznikowej wiedzy oraz niedosyt informacji z tak zwanej "pierwszej ręki".

Potem zaczęłam sama prowadzić swojego pierwszego bloga - dotyczącego stricte tematyki adopcyjnej - i odzew ze strony Czytelników przeszedł moje najśmielsze oczekiwania ! Pisały do mnie zarówno osoby, których rodziny już jakiś czas temu powiększyły się o upragnione "dziecko z serduszka" - jak i ludzie, którzy dopiero rozważali decyzję o adopcji, stawiali pierwsze kroki w adopcyjnej procedurze i borykali się z całym mnóstwem najróżniejszych wątpliwości. 
 
Ten pierwszy blog już wprawdzie (niestety !) nie istnieje - a na obecnym tematykę adopcji dziecka poruszam znacznie rzadziej i nie jest ona dominującym zagadnieniem - ale z otrzymywanych przeze mnie wiadomości wynika, że takie treści nadal są bardzo potrzebne, pomagają w pewnym sensie adopcję "odczarować" i odmitologizować...

Dlatego dzisiaj stworzyłam dla Was listę 24 blogów o adopcji i rodzicielstwie zastępczym.
 (Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszę, że ich "baza" rozrosła się aż do takich rozmiarów!)

Są prawdziwą skarbnicą wiedzy, kumulacją emocji i źródłem wielu cennych refleksji -
dlatego jeżeli temat adopcji dziecka w jakiś sposób Was dotyczy i jest bliski Waszemu sercu,
polecam czerpać z nich pełnymi garściami ! :) 
 
blogi o adopcji - blogi o rodzicielstwie zastępczym - niepłodność - adopcja dziecka - blog mamy adopcyjnej - blog rodziców adopcyjnych - rodzina adopcyjna - rodzina zastępcza
zdjęcie : pixabay / free photos
 
BLOGI O ADOPCJI I RODZICIELSTWIE ZASTĘPCZYM 
(kolejność przypadkowa) 

Czarodziej Nasz  -  sercem o adopcji 

Bocianie Czekamy - blog kobiety, mamy, poszukującej skarbów codzienności

Tygrys, Mamatu i Tatatu - adopcja oraz mnóstwo inspiracji czytelniczych, 
plastycznych - a ostatnio również budowlanych :) 

Takie tam stożki - o adopcji i nie tylko.
 Zbiór luźnych przemyśleń, kobiecych zachwytów i polskich narzekań.  

Sercem otulone -  blog Anny Gbiorczyk-Wojciechowskiej 

Od środka - o życiu i innych demonach (oraz o adopcji w UK) 

Kocioł domowy - "oswajamy to, co trudne" 
+ pierwszy polski kanał na YouTube, poświęcony adopcji dziecka 

W oczekiwaniu na bociana - "mamy wszystko, bo mamy Ciebie..." i jego kontynuacja >>>
Mama Motylka - "nasza droga to adopcja...dzięki niej dzisiaj jesteśmy szczęśliwą rodziną..."

Krótki blog - o leczeniu, in vitro i adopcji. O tym, że nic nie jest ostatnie. 

Domowe historie - o miłości, adopcji bez lukru i niezwyczajnej codzienności

Child Adoption / Adopcja Dziecka - "nasza droga do adopcji" 

Być Rodzicami - "dzięki adopcji - zostaliśmy rodzicami" 

Pikuś Incognito - Pogotowie Rodzinne - co to takiego ? 

Nie z krwi, a z duszy i z serca - adopcja, wychowanie i wiele, wiele więcej...

On, Ona i Dzieciaki - bardzo kreatywni rodzice dwóch wspaniałych dziewczynek :)

Rysiowa Kraina - "o Rysiu, Rudziku i naszym wspólnym życiu we czwórkę"

Sercem urodzone - o niecodziennej codzienności, która pokolorowała szarość dnia   
 
Przysposobienie do życia - blog o rodzinie i budowaniu więzi z dziećmi 

Nasz mały światek - blog o adopcji, miłości, rodzicielstwie, chwilach zwykłych i niezwykłych

Dokąd tupta nocą jeż -  oczekiwanie, adopcja i piecza tydzień po tygodniu 

Wiewiórkowo - sposoby na normalne, szczęśliwe życie, mimo niepłodności 

Adopcja = rodzicielstwo z wyboru - "rodzina inna niż wszystkie, 
nasza własna - którą dała nam adopcja" 

Wolne miejsce - rodzicielstwo zastępcze, relacje rodzinne i małżeńskie 

blogi o adopcji - blogi o rodzicielstwie zastępczym - niepłodność - adopcja dziecka - blog mamy adopcyjnej - blog rodziców adopcyjnych - rodzina adopcyjna - rodzina zastępcza
zdjęcie : pixabay / free photos

Mam nadzieję, że nikogo nie pominęłam,
lecz jeśli jednak mi się zdarzyło - 
bardzo przepraszam i proszę o uzupełnianie powyższej listy w komentarzach :)

***

Warte przeczytania również :

Adopcja to powołanie - artykuł na blogu Agaty Komorowskiej 
Adopcja - artykuły na portalu Chcemy Być Rodzicami 
Adopcja - artykuły w serwisie Płodność.pl (kilka z nich jest mojego autorstwa) 


czwartek, 8 listopada 2018

9 listopada - Światowy Dzień Adopcji / World Adoption Day.


Chyba mało kto w Polsce wie, że  
9 listopada przypada Światowy Dzień Adopcji. 

Kiedy wpiszemy tę datę w wyszukiwarkę - na polskich stronach internetowych pojawi się między innymi Europejski Dzień Wynalazcy, Międzynarodowy Dzień Walki z Faszyzmem i Antysemityzmem czy też...Światowy Dzień Gry Wstępnej (ehhh...) Na temat adopcji - ani słowa... Dopiero tłumacząc hasło na język angielski trafiamy na oficjalną stronę World Adoption Day.org - na której możemy poczytać o głównej idei tego święta oraz o tym, jak obchodzi się je w innych krajach. 

Pomysłodawcą  Światowego Dnia Adopcji jest Hank Fortener - założyciel fundacji non-profit AdoptTogether. Frank sam dorastał w rodzinie, która przyjęła do siebie i wychowywała jako rodzina zastępcza aż 36 dzieci ! Sześcioro z nich ostatecznie adoptowała - a więc Frank zna zagadnienie adopcji od podszewki i doskonale wie, jak wielkie emocje temu towarzyszą. 

adopcja - adopcja dziecka - 9 listopada - Światowy Dzień Adopcji - World Adoption Day - child adoption - adopcja to nie tabu - blog o adopcji

Światowy Dzień Adopcji to przede wszystkim dzień, kiedy rodziny adopcyjne celebrują bycie razem, wspominają swoje pierwsze spotkania z dziećmi i całą długą drogę jaką pokonały, by wreszcie się połączyć. W Ameryce często rodziny zamieszkujące tę samą okolicę umawiają się ze sobą na wspólny, uroczysty posiłek - albo organizują przyjęcia dla swoich adoptowanych dzieci, by uczcić wyjątkowość każdego z nich. 

Oprócz tego jest to również inicjatywa mająca na celu zwiększenie świadomości na temat adopcji, obalenie towarzyszących jej mitów i przekłamań. Angażują się w nią nie tylko sami rodzice adopcyjni , ale również osoby publiczne i celebryci - dzieląc się własnymi wzruszającymi historiami związanymi z adopcją oraz publikując zdjęcia swoich dłoni z namalowanym symbolem uśmiechniętej buźki. 

Jak czytamy na oficjalnej stronie : Publikując znak rozpoznawczy akcji - zwiększasz świadomość na temat 19 milionów dzieci na całym świecie, które nadal czekają na swoje rodziny - i wierzysz, że docelowo każde z nich odnajdzie swój nowy dom.

Nawet jeżeli kwestia adopcji bezpośrednio nas nie dotyczy - a mimo wszystko ta idea jest w jakiś sposób bliska naszemu sercu i chcemy, żeby przestała być postrzegana jako temat tabu, możemy włączyć się w obchody Światowego Dnia Adopcji na kilka różnych sposobów. 

CO MOŻNA ZROBIĆ ? 

1. Opublikować zdjęcie własnej pomalowanej dłoni w swoich social mediach  -
wraz z hashtagami  #WorldAdoptionDay #ŚwiatowyDzieńAdopcji 
#AdopcjaDziecka #AdopcjaToNieTabu 

2. Zostać ambasadorem akcji TUTAJ .
(Aktualnie zarejestrowanych jest 397 ambasadorów z całego świata). 

3. Zachęcam Was również do odwiedzenia profilu World Adoption Day na Facebooku -
by poznać perspektywę rodziców adopcyjnych oraz ich adoptowanych dzieci
i przekonać się na ich przykładzie, że adopcja to nie życiowy dramat ani ostateczność -
tylko piękna droga ku rodzicielstwu, którą warto przejść i celebrować.


poniedziałek, 22 października 2018

Co by było, gdybyśmy nie mieli dziecka? Rozważania o niepłodności i sensie życia.


Być może robiłabym teraz karierę i odnosiła spektakularne sukcesy. Codziennie rano ubierałabym białą bluzkę, idealnie skrojony żakiet i ołówkową spódnicę, układałabym perfekcyjną fryzurę i malowała usta na intensywną czerwień. Zamiast wygodnych balerinek wyciągałabym z szafy niebotycznie wysokie szpilki - natomiast swoje rzeczy nosiłabym w lśniącej eleganckiej aktówce, a nie poupychane po kieszeniach razem z kauczukową piłką, przeżutym wafelkiem i znalezionym na podwórku kamykiem...

A może zupełnie zamknęłabym się w domu, straciła ochotę na jakiekolwiek kontakty z ludźmi, wpadła w depresję, całymi dniami oglądała w telewizji bzdurne, odmóżdżające seriale, piła drinka za drinkiem, użalała się nad sobą i wciąż od nowa przeżywała traumę niepłodności - do tego stopnia, że nawet mój własny pies miałby mnie w końcu serdecznie dosyć...

niepłodność - bezdzietność - adopcja dziecka - małżeństwo - sens życia - childless - childfree
zdjęcie : pixabay

Być może żylibyśmy z Małżem bardzo intensywnie, podróżując do wielu ciekawych zakątków, kosztując w każdym z nich przysmaków regionalnej kuchni i wypełniając swoje albumy egzotycznymi widoczkami, na których tylko my - rodzina "dwa plus zero". Może korzystalibyśmy z życia próbując wszelkich istniejących sportów ekstremalnych, skacząc na bungee albo ze spadochronem, balując do upadłego, wędrując w wesołym towarzystwie od klubu do klubu i wychylając jednym duszkiem szampana, buzującego w nas do spółki z adrenaliną...

A może nasze małżeństwo już dawno przestałoby istnieć, bo nie umielibyśmy żyć tylko we dwoje, codziennie przechodząc setki razy obok zamkniętego na klucz i zupełnie pustego pokoju, który wedle wszelkich planów miał być tym dziecięcym. Może zeżarłyby nas wzajemne pretensje, żale i poczucie winy. Może żylibyśmy nie razem, lecz tylko obok siebie - coraz bardziej od siebie oddaleni, hermetycznie opakowani w dwóch zupełnie innych, odrębnych światach...

niepłodność - bezdzietność - adopcja dziecka - małżeństwo - sens życia - childless - childfree
zdjęcie : pixabay

Być może byłabym bardziej wyspana, wypoczęta i mniej zestresowana. Miałabym więcej czasu na rozwój własnych pasji, pielęgnację urody, zakupy w babskim gronie i wielogodzinne wypady w miasto. W lustrze widziałabym brwi idealnie wyregulowane, włosy bez najmniejszego odrostu, ciało wspaniale opalone i niesłychanie jędrne - wyrzeźbione bieganiem, rowerem, ćwiczeniami z Chodakowską czy treningiem na siłowni...

A może wcale nie miałabym ochoty na to wszystko - i nawet patrzeć na siebie w tym lustrze by mi się nie chciało...Może byłaby we mnie jedynie chęć, żeby rozpieprzyć to szkło i swoje odbicie w drobny mak - by rozsypało się na milion maleńkich kawałków zupełnie tak samo, jak moja krucha, niepłodnościowa psychika...

***

Może nasze mieszkanie przypominałoby to z katalogu Ikei - byłoby na błysk wypucowane, pozbawione odcisków małych łapek na drzwiach i lustrach, bez rozlanego na podłodze soku i ścian pomalowanych wściekle różową kredką. Pewnie na samym środku salonu nie mielibyśmy huśtawki, plastikowego ogrodowego domku, dmuchanego baseniku wypełnionego balonami i kolorowymi piłkami. Nie potykalibyśmy się co chwilę o rozrzucone klocki, samochodziki i całokartonowe książeczki. Nie dzielilibyśmy sofy z pluszowym królikiem, łosiem i dziesiątką innych, usadzonych w rzędzie przytulanek...

A może czulibyśmy się tutaj nie jak w domu - tylko jak w muzeum albo na sklepowej wystawie. I bylibyśmy jak te eksponaty - piękni i odpowiednio ustawieni, ale zupełnie martwi w środku...

niepłodność - bezdzietność - adopcja dziecka - małżeństwo - sens życia - childless - childfree
zdjęcie : pixabay
 
Cholera, nie umiem na te pytania jednoznacznie odpowiedzieć. 
Nie jestem w stanie przewidzieć i zwizualizować sobie - "co by było, gdyby..." 

Gdybyśmy swego czasu nie zdecydowali się na adopcję - 
nasze losy mogłyby potoczyć się równie dobrze 
zarówno w jednym, jak i w drugim kierunku...

Najpewniej wcale nie byłoby tak zero-jedynkowo i skrajnie.
Najpewniej z czasem umielibyśmy znaleźć jakiś złoty środek  
pomiędzy wielką tęsknotą za potomstwem, a byciem tylko we dwoje. 

( W końcu zawsze towarzyszyło nam głębokie przekonanie, 
że nasze życie i związek tak czy siak mają głęboki sens -
zarówno z dzieckiem, jak i bez niego ) ... 

Znam też zresztą całkiem sporo par, u których początkowe przymusowe child-less  -
z biegiem czasu ewoluowało i zamieniło się w pełni akceptowalne 
oraz szczęśliwe child-free z wyboru .

 Więc dzisiaj celowo zostawiam ten wpis taki niedokończony i niedopowiedziany -
zwłaszcza dla tych, których temat niepłodności bezpośrednio dotyczy. 
Niech każdy z Was znajdzie swoją własną, osobistą odpowiedź...

piątek, 28 września 2018

Pierwsze spotkanie z adoptowanym dzieckiem - wyobrażenia kontra rzeczywistość. Czego się spodziewać i jak się na to przygotować ?

I nagle w drzwiach domu dziecka  staje ON / ONA. Wasz wymarzony Synek ! Wasza wyczekana Córeczka ! Woła do Was "Mamo ! Tato ! Tak się cieszę, że już jesteście !" - a potem pędzicie do siebie na skrzydłach miłości, rzucacie się sobie w otwarte ramiona i wiecie, że już zawsze będziecie razem i że nic nie jest w stanie Was rozdzielić...

Jeśli właśnie takie macie wyobrażenia na temat pierwszego spotkania z adoptowanym dzieckiem... - to lepiej je porzućcie, obudźcie się i przygotujcie sobie lodowaty prysznic. TO TAK NIE DZIAŁA. Placówkowa i adopcyjna rzeczywistość bywa bardzo często zupełnie inna - a o swoich doświadczeniach w tym temacie opowie Wam adopcyjny tato Oli, Michałka i Kasi.

adopcja dziecka, przysposobienie, oswajamy adopcję, pierwsze spotkanie z adoptowanym dzieckiem, adopcja to nie tabu, mama adopcyjna, dom dziecka, oczekiwanie na pieczę, TEN telefon z ośrodka adopcyjnego, blog parentingowy, niepłodność, blog o adopcji
źródło : www.pixabay.com

Ale najpierw...

 ...pierwsze spotkanie z Bąblem w domu dziecka  -
czyli o tym, jak to wyglądało u nas

Nasz Bąbel w momencie adopcji miał niespełna 3 miesiące - a jak wiadomo takie małe dziecko lgnie niemal do każdego, kto okaże mu swoje zainteresowanie, wsunie do rączki jakąś grzechotkę czy piszczącą zabawkę. Z całą pewnością podobnymi uczuciami darzył wówczas zarówno nas - swoich przyszłych rodziców - jak i każdą jedną opiekunkę z placówki, która poświęcała mu swój czas i uwagę, obdarzała go troską i uśmiechem (zwłaszcza, że nie miał za sobą żadnych traumatycznych doświadczeń związanych z dorosłymi). Dlatego też nie było jakiegoś większego problemu, by wkraść się w jego łaski - i udzieliła się nam euforia dokładnie taka, jak opisana poniżej:

Bierzemy go po kolei na ręce, tulimy, całujemy w czółko, dotykamy delikatnie mięciutkich włosków...Trochę nieporadnie nam to wszystko wychodzi. Trochę boimy się zrobić krzywdę temu małemu, kruchemu ciałku. Trochę wkurzamy się, że wszyscy na nas patrzą - i że mamy tylu nieproszonych świadków tego naszego wyjątkowego , pierwszego spotkania (...)

W pewnym momencie łapie mnie swoją malutką rączką za palec, zaciskając z całej siły. Najchętniej po prostu wzięłabym go pod pachę, zapakowała do samochodu i "porwała" ze sobą od razu - bez oczekiwania na pieczę, bez wszystkich sądowych formalności i procedur (...)

Tak bardzo nie chcę zostawiać go w domu dziecka...Tak bardzo boję się, że to tylko sen - i że otworzę oczy, a jego już nie będzie...I całą drogę powrotną powtarzam do męża : "Uszczypnij mnie mocno - bo ze szczęścia mi rozum odjęło i nadal nie mogę w to wszystko uwierzyć!"

Adopcja dziecka - udane pierwsze spotkanie,
a potem...proza życia

OK. Takie były nasze piękne wspólne początki - ale absolutnie nie łudźcie się, że każde kolejne odwiedziny w domu dziecka przebiegały tak samo sielankowo i bez komplikacji. Synek przez pierwsze 3 miesiące swojego życia zdążył już przywyknąć do swoich opiekunek - do ich zapachu, głosu, dotyku, sposobu noszenia...Momentami czuliśmy się z tym naprawdę okropnie, byliśmy bliscy płaczu (zwłaszcza ja ;) ) i kompletnie traciliśmy wiarę w swoje rodzicielskie kompetencje... 

Zdarzało się, że nie chciał być przewijany, kąpany czy karmiony przez którekolwiek z nas - wyrywał się, przeraźliwie płakał, odpychał nas i wierzgał nogami. Natomiast kiedy tylko na horyzoncie pojawiała się któraś z pań - bez żadnych problemów poddawał się wszystkim jej zabiegom...Przeczołgało nas to psychicznie OKRUTNIE, bo pragnęliśmy dać mu od pierwszego dnia całą miłość, jaką w sobie mieliśmy - i nie spodziewaliśmy się, że napotkamy z jego strony na aż tak silny opór.

Z perspektywy minionych lat już wiem, że potrzebował po prostu CZASU, żeby się do nas przyzwyczaić, lepiej nas poznać i w pełni zaakceptować jako jedyne osoby, które od tamtej pory miały się nim opiekować. Ale nie powiem, że było to dla nas łatwe i przyjemne - a w przypadku starszego dziecka takie "przełamywanie lodów" może okazać się jeszcze bardziej skomplikowane...

adopcja dziecka, przysposobienie, oswajamy adopcję, pierwsze spotkanie z adoptowanym dzieckiem, adopcja to nie tabu, mama adopcyjna, dom dziecka, oczekiwanie na pieczę, TEN telefon z ośrodka adopcyjnego, blog parentingowy, niepłodność, blog o adopcji
źródło : www.pixabay.com

Pierwsze spotkanie ze starszymi dziećmi -
historia Oli, Michałka i Kasi

"Kiedy po raz pierwszy pojechaliśmy do naszych dzieci i weszliśmy do ich sali w placówce  - Michałek bardzo mocno wtulił się w opiekunkę i nie chciał za nic w świecie się od niej "odkleić". Kasia schowała się przed nami pod łóżkiem i nie wychodziła stamtąd przez całe trwające pół godziny spotkanie. Jedynie z Olą udało nam się nawiązać namiastkę jakiegokolwiek kontaktu i komunikacji. Obejrzeliśmy razem przywiezioną w prezencie książeczkę i trochę pograliśmy na cymbałkach, ale mimo wszystko ciągle wodziła wzrokiem za paniami i co chwilę upewniała się, czy nadal są w pomieszczeniu.

Przy kolejnych wizytach było raz lepiej, raz gorzej. Cała trójka naszych dzieci bała się mężczyzn - ponieważ ich ojciec biologiczny był przemocowcem i dopuszczał się wobec nich wielu nadużyć. Dlatego mojej żonie było znacznie łatwiej przekonać do siebie maluchy - a ja nawet długo po ich przywiezieniu do domu musiałem trzymać się trochę na uboczu i występować bardziej w roli obserwatora ich wspólnych zabaw i interakcji. Tak naprawdę musiało minąć dobrych kilka miesięcy, zanim zrozumiały i przekonały się, że nic złego ich z mojej strony nie czeka...

Ale wracając do spotkania w placówce - polecam nie nastawiać się na wielką "miłość od pierwszego wejrzenia". Oczywiście takie scenariusze też się zdarzają - jednak zdaje się, że nie jest to zbyt częste zjawisko. Dzieci mają za sobą różne doświadczenia - zazwyczaj bardzo bolesne i dramatyczne - więc trudno oczekiwać od nich , żeby z miejsca zaufały jakimś "nowym dorosłym", którzy do tej pory przeważnie tylko je krzywdzili, sprawiali im przykrość i zadawali ból. Żeby zbudować takie zaufanie - czasami potrzeba kilku dni, czasami tygodni i miesięcy, a czasami nawet lat. 

Prawda jest taka, że z punktu widzenia dzieci nie jesteśmy od samego początku "mamą i tatą" - tylko zupełnie obcymi ludźmi, których widzą po raz pierwszy w życiu i nie wiedzą, czego mogą się po nich spodziewać. Bywa też tak, że dalej tęsknią do swoich rodziców biologicznych (jacy by oni nie byli) - nadal o nich mówią, wspominają, opowiadają różne sytuacje z domu rodzinnego...Dla nas to nie jest komfortowa sytuacja - ale w końcu to nie nasz komfort jest najważniejszy ! Trzeba się na to przygotować i pozwolić im przejść ten etap po swojemu. Widocznie po prostu tego potrzebują, żeby ogarnąć nową rzeczywistość i lepiej ją zrozumieć."

adopcja dziecka, przysposobienie, oswajamy adopcję, pierwsze spotkanie z adoptowanym dzieckiem, adopcja to nie tabu, mama adopcyjna, dom dziecka, oczekiwanie na pieczę, TEN telefon z ośrodka adopcyjnego, blog parentingowy, niepłodność, blog o adopcji
źródło : www.pixabay.com

 Pierwsze spotkanie z adoptowanym dzieckiem - 
garść porad, które sama kiedyś dostałam

1. Możecie przywieźć dziecku jakiś pierwszy prezent od Was - pluszową maskotkę, książeczkę albo inną zabawkę. Jeśli chcecie wziąć również drobiazgi dla innych dzieci - spytajcie najpierw, czego dom dziecka czy rodzina zastępcza potrzebuje (nas np. - całkiem słusznie - poproszono o owoce sezonowe, zamiast słodyczy).

2. Pierwszego dnia bądźcie przygotowani również na widzenie z wieloma osobami dorosłymi - dyrektorem placówki, lekarzem, opiekunkami prowadzącymi dziecko...Dopiero kolejne spotkania są bardziej intymne - możecie spędzić więcej czasu sam na sam z dzieckiem i zabierać je na spacery po okolicy.

3. Starajcie się wypytać o jak najwięcej szczegółów dotyczących dziecka - jego pielęgnacji, używanych w placówce kosmetyków, ewentualnych przyjmowanych leków, jadłospisu i codziennej rutyny (żebyście potem po zabraniu malucha do domu nie zmienili mu zbyt drastycznie rozkładu dnia). Nie zapomnijcie też zapytać o to, czy z dzieckiem nie trzeba odbyć jakichś wizyt i konsultacji lekarskich - bo pracownikom może to gdzieś umknąć w natłoku spraw, a dokumentacja medyczna jaką dostajecie nie zawsze jest kompletna.

4. Jeśli dziecko unika kontaktu i trzyma do Was duży dystans - nie naciskajcie. Metoda małych kroczków jest tu najbardziej odpowiednia. Najprawdopodobniej z każdym kolejnym spotkaniem będzie coraz lepiej - a już za jakiś czas nie będziecie widzieć świata poza sobą :)

5. Miejcie świadomość tego, że czas odwiedzin dziecka w placówce przed otrzymaniem oficjalnej pieczy może być bardzo różny. My jeździliśmy do synka zaledwie przez tydzień przed zabraniem go do domu - ale znam też pary, które odbywały takie wizyty nawet przez 3 miesiące. (Niby dziecko masz - a jednak nie do końca. Taka to nasza biurokratyczna polska rzeczywistość.)

6. Kiedy przyjedziecie po dziecko już po otrzymaniu pieczy - przywieźcie ze sobą zestaw ubrań, na które zamienicie placówkową odzież. (Ubranek z domu dziecka raczej się nie zabiera - zresztą lepiej jeśli zostaną , by nadal służyć innym maluszkom).

7. Miejcie przy sobie koniecznie spory zapas chusteczek higienicznych - na pewno będzie Wam potrzebny ;)