czwartek, 2 czerwca 2022

Dzieci NICZYJE...Ile jeszcze "ostatnich szans" dla rodziców biologicznych?

Wczoraj był Dzień Dziecka. Większość z nas spędziła go zapewne na różnych festynach, w salach zabaw, na rodzinnych piknikach albo wycieczkach - żeby uczynić ten wspólnie spędzony czas naprawdę wyjątkowym i wartym zapamiętania. Trzeba mieć jednak świadomość, że około 76 tysięcy polskich dzieci przebywa obecnie poza swoimi rodzinami biologicznymi - z czego 56 tysięcy w rodzinach zastępczych, a 20 tysięcy w dużych instytucjonalnych domach dziecka...

 Według raportów NIK z 2012-2017 roku :

  • zaledwie 3% wychowanków domów dziecka to sieroty: 17 % ma jednego, a 80 % oboje biologicznych rodziców;
  • w roku 2012 odnotowano spadek liczby dzieci powracających do swoich biologicznych rodzin - wynosiła ona tylko 25-30% wszystkich wychowanków (nawet jeżeli obecnie dzięki programowi rządowemu 500+ statystyki te wyglądają nieco bardziej optymistycznie - to nie łudźmy się, że większość dzieci wraca do lepszych i bardziej korzystnych warunków! Prawda jest taka, że ogromna część rodziców biologicznych w swoich decyzjach kieruje się jedynie chęcią zysku - a nie troską o dziecko i jego dobro...)
  • z połową w/w rodzin przedstawiciele instytucji wcale nie mogli się skontaktować - natomiast w przypadku innych chęć współpracy była znikoma, a komunikacja polegała głównie na wymianie oficjalnych pism;
  • w odniesieniu do badań brytyjskich (bo w Polsce się takich niestety nie prowadzi) nieudane reintegracje z rodziną biologiczną stanowią aż 75% przypadków - a to oznacza, że dla 3/4 dzieci powrót do rodzinnego domu kończy się ponowną traumą i brakiem stabilizacji.

 *źródła:  TUTAJ  i TUTAJ  

"Mam na imię Ania. Moja mama nie żyje od 8 lat, a tato zaczął pić i nie poradził sobie z wychowaniem dziecka. Lubię szydełkować i robić na drutach - bo tego nauczyła mnie mama, to mnie uspokaja i z tym związane są moje najmilsze wspomnienia z dzieciństwa. Tego PRAWDZIWEGO DZIECIŃSTWA - a nie tego spędzonego w domu dziecka..." 

"Jestem Amelka - a to mój młodszy braciszek, Krzyś. Jesteśmy w placówce, odkąd mama zachorowała. Któregoś dnia zadzwoniła do domu dziecka i powiedziała, że po nas przyjedzie. Spakowaliśmy się, zabraliśmy swoje rzeczy - a potem czekaliśmy na nią pod bramą przez kilka godzin. Nikt nie przyjechał, dalej tu mieszkamy - i pewnie zostaniemy tak długo, aż będziemy dorośli..."

"Mam na imię Kamil. Rodzice czasami zabierają mnie do siebie - ale nie lubię ich odwiedzać. W domu śmierdzi, jest brudno, nic się tam nie zmieniło przez tych kilka lat. Kiedyś pojechałem tam na święta - i wróciłem do domu dziecka z wszami, swędzącą głową...Wolę zostawać tutaj na Boże Narodzenie - bo przynajmniej zawsze jest ciepło i ktoś da mi jeść..."

"Nasz adoptowany synek to Jaś. Teoretycznie i według przepisów prawa nie powinien w ogóle trafić do domu dziecka - ponieważ od 2015 roku nie mogą przebywać tam dzieci poniżej siódmego roku życia. A mimo to spędził w placówce kilka miesięcy, zanim uregulowana została jego sytuacja prawna. Dla takiego maluszka to jest czas kompletnie i zupełnie bez sensu stracony - choć każdego dnia staramy się nadrobić tamte braki czułości, troski i miłości..."
 
* historie prawdziwe, tylko imiona bohaterów zostały zmienione 
 

Dzieci przebywające w domach dziecka i rodzinach zastępczych bardzo często nie mają uregulowanej sytuacji prawnej. Oznacza to w wielkim skrócie tyle, że ich rodzice biologiczni nie są pozbawieni pełni praw rodzicielskich - a dziecko nie może trafić do adopcji i tkwi w pewnego rodzaju zawieszeniu oraz "poczekalni" do innego, nowego życia. 

Zdarza się, że oczekuje całymi tygodniami, miesiącami, a niekiedy nawet latami na dalszy rozwój wydarzeń i kolejne decyzje opieszałych instytucji. Smutna prawda jest taka, że wielu wychowanków placówek w tym czasie - mówiąc brutalnie - "zestarzeje się" i osiągnie wiek, w jakim ich szansa na adopcję spadnie niemal do zera. Czasami dzieje się tak tylko dlatego, że rodzicom biologicznym daje się wciąż nowe - zupełnie niezasłużone i nieuzasadnione - szanse...

"Wie pani, jak koordynator rodzin przyszedł do rodziców Mariki i Damiana, bezpośrednio po zabraniu chłopca do placówki, w domu już było po nim posprzątane. Zniknęło łóżeczko dziecka, nic, jakby w tym domu nigdy nie mieszkał noworodek. Tam po dzieciach już nie było śladu. Jak rozmawiać z takimi rodzicami o planie odzyskania dziecka, kiedy oni już...kiedy już nie było tam dla dzieci miejsca (...) Mieli dziesiątki, setki szans - z żadnej nie skorzystali, wszyscy latami chcieli im pomóc, ale oni nie byli zainteresowani (...) Damian nie zna znaczenia słowa mama. Wie z opowieści, z bajek, z przedszkola, że to osoba, która kocha, opiekuje się, chroni dziecko. On nie ma takiej osoby, nie doświadczył takiego uczucia (...)"

 

Moi Drodzy, ja naprawdę staram się nikogo nie oceniać i nie potępiać! W życiu zdarzają się przecież różne dramatyczne sytuacje, różne egzystencjalne zakręty i wyboje - które trudno pokonać nawet w pojedynkę, a co dopiero z kilkorgiem dzieci pod opieką... Ale mimo wszystko uważam, że w stosunku do rodziców biologicznych powinno się wymagać "ciut" więcej, niż tylko odwiedziny w placówce raz na kilka miesięcy...Bo dla nich tych kilka miesięcy to zaledwie jakiś krótki wycinek z życia - a dla dziecka przebywającego w pieczy instytucjonalnej to jest po prostu WIECZNOŚĆ,  bardzo często decydująca o jego całym przyszłym losie! 
 
W tej kwestii nasz polski system jest nadal niewydolny, a jako nadrzędny cel zapisany w prawie podaje się ochronę i umacnianie rodziny biologicznej - co niestety najczęściej ma bardzo niewiele wspólnego z faktycznym DOBREM DZIECKA. Piękne hasło, niesione na sztandarach wielu instytucji i ugrupowań politycznych - ale w praktyce okazuje się tylko pustym, nic nieznaczącym frazesem.
 

"Gdzieś tam, za konarami tych zasypiających drzew, jest nasz dom. Dom anonimowych dziewczynek w mysich kitkach i zbyt szybko dojrzewających chłopców, sióstr i braci od pożałowania godnego życia (...) Dom - poczekalnia. Dom ze sznurami schnących w nieskończoność pieluch - dowodów na obecność najmłodszego pokolenia sierot, chodzących po smutnym podwórku w równych rządkach, jak mała armia dobrowolnych straceńców. Doskonale pamiętam te blade buzie maluchów, ich zapadnięte oczy, nieprzyzwoicie dorosłe i niepasujące do miniaturowych ciałek. Wreszcie dom, w którym dobrze czuli się tylko dorośli - bo tylko oni potajemnie, o znanej sobie godzinie, szybko opuszczali wypełnione dziećmi sale, uciekali z ciemnych korytarzy, aby wrócić do swoich prawdziwych domów. Domów - portów. Tam triumfalnie wciągali na maszt marzeń flagę rodzinności (...)"

"Teren domu dziecka rozciągał się złośliwie nieopodal krzyżujących się i rozchodzących torów kolejowych. Tymi torami dość często przejeżdżały wagony towarowe, czasami nawet pasażerskie, przypominające mieszkańcom sierocińca, że jest jeszcze inny świat, pełen normalnych mieszkań i spotkań. Ktoś zawsze na kogoś gdzieś czekał. Ktoś inny tęsknił. Zupełnie inaczej niż w ścianach sierocińca, gdzie zmieniały się tylko wychowawczynie (...)"

Barbara Kosmowska - "Gobelin"

 ________________________________

zdjęcia w poście: pixabay.com/Alexas_Fotos

20 komentarzy:

  1. Niestety znam doskonale ta sytuację w domach dzieci i pęka mi serce, ze jesli dzieci przez takie nieuregulowane sprawy nie mogą mieć normalnego zycia. Az mi serce pęka.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nieuregulowane sprawy dzieci z domów dziecka są naprawdę smutne.

    OdpowiedzUsuń
  3. Na pewno dla tych dzieci nie jest to za miły dzień.

    OdpowiedzUsuń
  4. zawsze bardzo mnie porusza ich los i na pewno dla tych dzieci też to nie jest miłe.

    OdpowiedzUsuń
  5. Znam sytuację tych dzieciaczków. Rodziców chętnych na adopcję jest wiele, ale niestety nieuregulowana sytuacja prawna dzieci wszystko utrudnia

    OdpowiedzUsuń
  6. Ogólnie sama adopcja w Polsce to wielki problem. Trzeba spełniać nie lada wymagania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze? Mylisz się.To jest kolejny bardzo często powielany stereotyp. W skrócie: trzeba przejść testy psychologiczne, mieć dochody i stan zdrowia pozwalający na opiekę nad dzieckiem (absolutnie nie mówimy tu o willi z basenem, jak niektórzy uważają) i ukończyć kilkumiesięczny kurs w ośrodku adopcyjnym. To jest długotrwały proces, wymaga wysiłku i zaangażowania - ale naprawdę nie demonizowałabym. Wszystko jest PO COŚ - w końcu nikt nie powierzy dziecka pierwszej lepszej osobie, która przyszła "z ulicy".

      Usuń
    2. A orientujesz się, jak wygląda szansa singla na adopcje? Zawsze mi się wydawało, że to nieralne...

      Usuń
    3. Szansa jest - ale droga raczej wyboista. Single mogą adoptować, lecz przeważnie czekają dłużej w tak zwanej "kolejce". Wszystko zależy również od ośrodka adopcyjnego - każdą sytuację rozpatruje się indywidualnie.

      Usuń
  7. Dobrze byłoby gdyby wszystkie instytucje kierowały się przede wszystkim dobrem dziecka, a nie tylko tym, kto je urodził.

    OdpowiedzUsuń
  8. Akurat jestem trochę teraz w temacie i serce sie kraja nad losem tych dzieci...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybyś nadal chciała pogadać - wciąż aktualne. Napisz na priv, wymienimy się numerami albo nawet spotkamy osobiście. Jestem do dyspozycji.

      Usuń
  9. To nigdy nie był i nie będzie prosty ani tym bardziej oczywisty temat do rozważań

    OdpowiedzUsuń
  10. Chyba najgorsza jest świadomość bycia niechcianym. Sierota może wspominać lub wyobrażać sobie, że rodzice kochali, dbali, bawili się z dzieckiem. A to niechciane dziecko ma w sobie głód nie do zaspokojenia... Są różne sytuacje: choroba, bieda, ale miłość może to zło osłodzić. Tylko żeby podtrzymywać więź trzeba chcieć i się starać

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi się tak wydaje... Bycie niechcianym choćby przez jednego rodzica to często trauma, a co dopiero przez oboje .

      Usuń
    2. Miałam do czynienia z dziećmi w placówkach zarówno zawodowo, jak i prywatnie. Bardzo często zdarza się, że idealizują swoją rodzinę biologiczną i szukają "winy" w samym sobie. Nie są w stanie dopuścić do świadomości, że to dorośli zawiedli na całej linii.

      Usuń
  11. Bardzo poruszający wpis. Nawet nie umiem sobie wyobrazić co czuł synem, którego adoptowali moi znajomi. Podziwiam ich odwagę. A co do miliona szans to prawda, można dawać ich nieskończoność, ale kiedyś trzeba powiedzieć dość, tu już się nie zmieni nic, nie będzie miłości, bliskości, potrzeby pomimo dobrych chęci z wielu stron... A najbiedniejsze jest z tego wszystkiego dziecka, niewinne sytuacji w którą wepchnęli ja dorośli.

    OdpowiedzUsuń
  12. Właśnie, system zapomina że tutaj chodzi o dzieci. że to one są tą osobą którą trzeba chronić, że to właśnie dziecko jest najważniejsze, trochę empatii panowie urzędnicy

    OdpowiedzUsuń
  13. Ogromnie współczuję takim dzieciom...ciężki i poważny temat u ciebie dziś.

    OdpowiedzUsuń
  14. Jestem w szoku że 80 % oboje biologicznych rodziców, przecierałam oczy ze zduminia jakie cyfry podają statystyki.

    OdpowiedzUsuń

Wszelkie opinie, sugestie, nieskrępowana wymiana zdań, a nawet konstruktywna krytyka - mile widziane :)