Osierocony kilkunastoletni Piotruś wędruje po kraju, jeszcze nie tak dawno targanym wojenną zawieruchą. Nie ma na świecie zupełnie nikogo bliskiego i godnego zaufania. Bardzo chciałby znaleźć miejsce, które okaże się dla niego nie tylko bezpiecznym schronieniem - ale i ciepłym domem, do którego zawsze chce się wracać.
Pewnego dnia chłopiec spotyka w lesie kobietę, od tej pory nazywaną przez niego ciotką Martą. Ta zabiera go ze sobą do swojej skromnej chaty, snując po drodze opowieść o dwóch małych córeczkach - Kasi i Trusi - czekających na nią w domu.
Kiedy Piotruś i ciotka Marta docierają na miejsce - okazuje się, że obie dziewczynki zniknęły. Nasz bohater postanawia dołożyć wszelkich starań, żeby je odnaleźć - ale poza własną odwagą i determinacją potrzebuje do tego również magicznego wsparcia zwierząt i leśnej wróżki Miłorady.
Jego pełna przygód podróż zaczyna się od nowa - lecz tym razem odbywa ją już w towarzystwie czworonożnych przyjaciół i pod zupełnie inną postacią : zmniejszony przez wróżkę do rozmiarów krasnoludka...
Powiem szczerze, że początkowo miałam z tą książką pewien problem. Pamiętałam inne powieści Ireny Jurgielewiczowej jeszcze z własnego dzieciństwa - i kojarzyłam ją raczej z bardziej realistycznymi historiami oraz fabułami bez fantastycznego pierwiastka. Dlatego też dość trudno było mi przyzwyczaić się do tego mocno baśniowego, mistycznego, przesyconego magią klimatu.
Potrzebowałam trochę czasu, żeby się z nim oswoić, puścić wodze fantazji i dać się ponieść lekturze (chyba już nie umiem robić tego tak automatycznie, jak zapewne potrafi każde dziecko ;) ) ...Udało mi się to dopiero wtedy, kiedy - zamiast skupiać się zbyt mocno na wyimaginowanych wydarzeniach i postaciach - zaczęłam zwracać baczną uwagę na przemycane "między wierszami", ponadczasowe treści.
"O chłopcu, który szukał domu" to książka nie tylko o wędrującym Piotrusiu i jego perypetiach - ale przede wszystkim o sile miłości i przyjaźni, o wzajemnym zaufaniu i czynieniu dobra. Jest to książka o wartościach, które w obecnych czasach (niestety!) zdają się stopniowo spłycać, zanikać i ustępować miejsca innym, niekoniecznie pożądanym i właściwym. Dlatego tak ważne jest, żeby najmłodsi czytelnicy spotykali się z nimi jak najczęściej : nie tylko we własnym domu, w relacjach rodzinnych i rówieśniczych - ale również na kartach powieści, po które sięgają.
Jeszcze jedno, na co koniecznie trzeba wskazać - to piękne ilustracje autorstwa Anity Graboś. Niby zwyczajne czarne szkice - a jednak od razu wzbudziły we mnie skojarzenia z dawnymi baśniami, legendami i podaniami. Moim zdaniem idealnie współgrają z fabułą książki - i jeszcze bardziej podsycają jej niezwykły nastrój.
Jeśli szukacie pozycji, która w nietypowy, zaczarowany sposób
wprowadzi Wasze dziecko w świat wartości -
i w baśniowej konwencji opowie o tym, co w życiu najważniejsze...
...TAK, TO WŁAŚNIE ONA !
tekst : Irena Jurgielewiczowa
ilustracje : Anita Graboś
Nasza Księgarnia
str. 240





