W ciągu całego swojego życia słyszałam niezliczoną ilość razy, że:
- mam być grzeczna, skromna i posłuszna (nie zawsze byłam...);
- mam popierdzielać do kościółka co niedzielę - w lakierkach,rajstopkach i z ogromną kokardą wpiętą we włosy (kilka lat temu wreszcie określiłam się jako szczęśliwa i wolna od kościelnej indoktrynacji ateistka);
- dziewczynce pewnych rzeczy nie wypada (nie wypada to najwyżej plomba z zęba,jeśli jest porządnie założona);
- nie powinnam przeklinać i łazić po drzewach (nadal przeklinam i łażę, pomimo moich 35 lat);
- mam bawić się lalkami,a nie samochodami (moja Barbie jeździła koparką);
- w czerwonych szpilkach wyglądam jak prostytutka (uwielbiam czerwone szpilki i mam ich w szafie chyba z sześć par);
- ta sukienka jest za krótka, a ta druga ma za głęboki dekolt (do kompletu kupiłam jeszcze skórzany choker, smycz i inne gadżety w stylu cosplay);
- kobieta to zwykła puszczalska szmata,a facet - samiec alfa, któremu wszyscy zazdroszczą jego podbojów;
- pewnych kobiecych emocji lepiej nie uzewnętrzniać (oczywiście - lepiej dusić je w sobie, popadać w depresję i inne zaburzenia psychiczne);
- ślub to tylko w długiej białej sukni i w welonie (moja sukienka z elementami oczojebnej fuksji sięgała ledwie do połowy uda i pamiętam, że strasznie zgorszyła naszego poczciwego organistę);
- po ślubie powinnam przyjąć nazwisko męża,bo inna decyzja oznacza brak szacunku do niego (wybrałam nazwisko dwuczłonowe,mąż nie wydaje się szczególnie pokrzywdzony);
- jako "prawdziwa matka" mam codziennie przyrządzać dwudaniowe obiady i podawać je do stołu z szerokim uśmiechem,niczym cholerna żona ze Stepford (nadal niewiele gotuję, za to chętnie korzystam z dobrodziejstw zaprzyjaźnionych restauracji i opcji takeaway);
- mam poświęcić własne marzenia, aspiracje i plany "dla dobra rodziny" (dobro rodziny to również moje dobro!);
- kobieta nigdy nie będzie takim kompetentnym i szanowanym pracownikiem,jak mężczyzna (chyba tylko w beznadziejnych firmach prowadzonych przez męskich szowinistów, którymi w ogóle nie warto zaprzątać sobie głowy);
- niepłodność to zawsze "wina" kobiety (bez komentarza...);
- kobieta zgwałcona czy molestowana sama
sobie na to zasłużyła - bo pewnie sprowokowała, założyła zbyt wyzywający
strój i generalnie "sama tego chciała" (klasyczny victim blaming -
zamiast po prostu uczyć chłopców oraz mężczyzn,że ABSOLUTNIE NIC tego gwałtu czy
molestowania nie usprawiedliwia)...
Myślałam, że mamy XXI wiek, że czasy galopującego patriarchatu już minęły i że wszystkie te krzywdzące nakazy, zakazy oraz stereotypy dotyczące kobiet to jedynie relikt (całkiem niedalekiej) przeszłości - ale nagle pojawia się minister Czarnek wraz ze swoim doradcą Skrzydlewskim i wspólnie usiłują zafundować polskim dziewczynkom-uczennicom oraz dorosłym kobietom powrót do mentalnego Średniowiecza, niosąc im KAGANIEC oświaty (nie mylić z kagankiem!)


