Tak właściwie to od pewnego czasu mieszkają już niemal wszędzie - i pod łóżkiem, i za ścianą, i w ciemnej kuchni, i za zamkniętymi drzwiami łazienki...Ukrywają się nawet w wielkim pudle z Bąblowymi zabawkami i wyzierają złowrogo spomiędzy sukienek wiszących w mojej szafie...A przede wszystkim - mieszkają w Bąblowej wyobraźni, w której najwyraźniej jest im bardzo wygodnie i przytulnie, ponieważ nijak nie da się ich stamtąd wyeksmitować...
Zaczęło się w zasadzie z dnia na dzień - bez jakichkolwiek sygnałów ostrzegawczych
i zapowiedzi czekającej nas "inwazji".
Oprócz tego nie ma też mowy o samotnym wchodzeniu do jakiegokolwiek pomieszczenia, natomiast wszystkie drzwi w naszym mieszkaniu muszą być zawsze pootwierane na oścież - zapewne w celu weryfikacji i zdobycia pewności, że nic upiornego się za nimi nie czai...Odnoszę wrażenie, że Bąblowa wyobraźnia zupełnie niespodziewanie przeszła z trybu OFF na naprawdę zawrotne, pełne obroty - zupełnie tak jak koń przechodzi ze spokojnego stępa do szaleńczego galopu, kiedy coś go nagle wystraszy...
Nawet kilka ostatnich spacerów nastręczyło nam pewnych stresów i trudności - ponieważ każdy odciśnięty w śniegu ślad należał zdaniem Bąbla do jakiegoś groźnego monstrum. Większość trasy pokonywaliśmy zatem, niosąc Juniora na rękach - i usiłując wytłumaczyć mu, że to nie żaden potwór te odciski zostawił, lecz okoliczne psy i koty...
![]() |
| fot. Laure Fauvel |
Zdaje się, że to po prostu taki (nieunikniony?) etap rozwoju.
Nie zaszły u nas ostatnimi czasy żadne poważne zmiany ani traumatyczne wydarzenia, które mogłyby te lęki wywołać. W naszym domu w zasadzie nie ogląda się telewizji - a nawet jeśli pozwalamy Młodemu na jakąś bajkę od czasu do czasu, to zawsze dokonujemy ich wstępnej selekcji i wybieramy te pozbawione przemocy oraz drastycznych scen. Nie straszymy też żadną "babą jagą", "dziadem" ani "policjantem"...
Choć z drugiej strony już niejeden raz przekonałam się, że nawet coś, co nam może wydawać się zupełnie błahe i w naszym odczuciu nie grożące żadnymi przykrymi konsekwencjami - dla dziecka urasta do rangi największego stresora EVER (jak na przykład recytowany kiedyś przeze mnie klasyk Brzechwy o "złym dziku, co ma ostre kły" - po którym Bąbel przez długi czas konsekwentnie odmawiał jakichkolwiek wycieczek do lasu...)
![]() |
| fot. Laure Fauvel |
Jak sobie radzić z takimi lękami?
Tutaj mam niestety pewien dylemat. Niektóre poradniki podają bowiem, żeby stworzyć z dzieckiem jakiś wspólny rytuał "przeganiania potwora" - na przykład wymiatania go spod łóżka miotłą, posypywania "magicznym pyłkiem" (brokatem?) albo spryskiwania "czarodziejskim sprayem"(odświeżaczem powietrza?)
Ja nie do końca jestem do takich metod przekonana, bo skoro potwora trzeba przeganiać - to zakładamy i zgadzamy się, że on faktycznie istnieje. Póki co skupiam się więc na przytulaniu i spokojnych wyjaśnieniach, że żadne zło się w naszym mieszkaniu nie zalęgło - że nie ma się czego bać i że żadne potwory nie istnieją, że są tylko na niby albo tylko wtedy, kiedy się przyśnią...
Nie wiem, na ile ta moja racjonalna argumentacja jest w stanie dotrzeć do 2,5-latka...
Może Wy mi coś podpowiecie w tym temacie?


