Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolny wybór. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolny wybór. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 października 2016

To już mój ostatni post...

...dotyczący tego tematu. Chciałam napisać o czymś radosnym i zabawnym, związanym z Bąblem albo przypadającym na koniec września Dniem Chłopaka. Ale nie umiem milczeć, kiedy wszystko we mnie chce krzyczeć. Nie umiem przełączyć się na tych kilka dni w tryb off-line ani skierować swoich myśli na inne, przyjemniejsze tory...

To już mój ostatni post w tym temacie - bo 3 października nie będę już o tym pisać, tylko wyjdę na ulicę z tysiącami innych ludzi i zaprotestuję przeciwko odzieraniu kobiet z ich godności, ich ubezwłasnowolnieniu i odbieraniu im prawa wyboru...


 Dla tych, którzy nadal mają wątpliwości:

Tu nie chodzi o legalizację aborcji 
i traktowanie jej jako antykoncepcji !

To nie jest tak, że "dzisiaj kupię sobie nową kieckę, potem będę miała aborcję, a potem pójdę z koleżankami potańczyć do klubu" ! Tu chodzi o wyjątkowo dramatyczne i traumatyczne sytuacje - którym już naprawdę więcej dramatyzmu dodawać nie potrzeba.  Tu chodzi o bestialski gwałt (również ten kazirodczy). Tu chodzi o zagrożenie życia matki. Tu chodzi o dzieci rodzące się z wadami letalnymi, które skazują je na konanie w męczarniach i w wyniku których ich szanse na przeżycie są równe zeru. 

Sama na szczęście nigdy się w takich sytuacjach nie znalazłam - 
więc tak naprawdę NIE WIEM, jak bym ostatecznie w każdej z nich postąpiła.

Może urodziłabym dziecko z gwałtu i kochała je równie mocno, jak to zrodzone z miłości. W końcu ono nie jest niczemu winne. A może znienawidziłabym je już w momencie, kiedy byłoby nadal w moim łonie - i nie chciałabym rozpoznawać w nim każdego dnia rysów zwyrodnialca, który mi to zrobił i okaleczył mnie nieodwracalnie na resztę mojego życia.

Może chciałabym powitać moje dziecko na świecie tylko po to, by je przez chwilę utulić, a zaraz potem pożegnać i wyprawić mu pogrzeb. A może nie byłabym na tyle silna, może przypłaciłabym to chorobą psychiczną albo chęcią targnięcia się na własne życie. 

Może faktycznie wolałabym umrzeć zamiast dziecka, które tylko dzięki takiemu poświęceniu z mojej strony miałoby szansę przeżyć. A może jednak wszystko we mnie krzyczałoby, że 30 lat to jeszcze zbyt wcześnie, by umierać - i nie chciałabym odchodzić, gasnąć na oczach mojego męża oraz dziecka, które już jest na tym świecie.

NIE WIEM, co bym zrobiła - ale wiem na pewno, 
że nie chciałabym zostać w takich sytuacjach 
pozbawiona prawa wyboru. 

Wiem też, że nie chcę żyć w kraju, w którym urodzenie dziecka przez 12-letnią dziewczynkę określane jest mianem "heroizmu". I nie chcę żyć w kraju, w którym jakiekolwiek przepisy będą nas do takiego "heroizmu" zmuszały. Bo heroizm to coś, co wynika z własnej nieprzymuszonej woli i świadomej decyzji - a nie z czyjegoś nakazu czy zakazu. 

Nie chcę żyć w kraju, w którym przy łóżku pacjentki po poronieniu staje prokurator i dokłada kolejną "cegiełkę" do ogromu jej nieszczęścia i cierpienia, grożąc postępowaniem karnym i więzieniem. Ani w kraju, w którym księdza przenosi się za pedofilię na inną parafię - natomiast kobietę po tak ciężkich przejściach chce się posłać za kratki.

Nie chcę żyć w kraju, w którym kobieta będzie traktowana wyłącznie jako inkubator bez prawa do głosu, samostanowienia, decydowania o sobie, swoim ciele, zdrowiu i życiu. Gdzie pomocy medycznej zacznie się jej udzielać (lub nie) dopiero w "sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia" - a więc wtedy, kiedy na ratunek może być już zdecydowanie zbyt późno.

Nie chcę żyć w kraju, w którym  wszelkie zapisy o badaniach prenatalnych staną się de facto jedynie martwą literą prawa - ponieważ żaden lekarz nie odważy się ich wykonać z obawy o możliwość uszkodzenia płodu (a niektórzy już teraz zupełnie otwarcie i wprost oświadczają, że nie zamierzają ryzykować własną wolnością, by ratować obcą kobietę czy obce dziecko). 

Nie chcę żyć w kraju, w którym tak naprawdę "ochrona życia" trwa jedynie do momentu, kiedy znajduje się ono w łonie matki. Potem natomiast całymi rzeszami dzieci nieuleczalnie chorych, głęboko upośledzonych czy w jakiejkolwiek innej trudnej sytuacji nikt się już jakoś specjalnie nie interesuje - i zarówno rząd, jak i przedstawiciele ruchów pro-life mają te dzieci i ich rodziców głęboko w dupie.

Nie chcę żyć w kraju, gdzie o niepłodności mówi się jako o efekcie "złego prowadzenia się", na który osoby niepłodne same sobie zasłużyły. 

Nie chcę żyć w kraju, gdzie rodzinom z dziećmi oferuje się 500 +, żeby "zachęcić" je w ten sposób do płodzenia większej liczby potomstwa - natomiast osobom niepłodnym odbiera się jedyną szansę na posiadanie dziecka, jaką było dla nich in vitro. 

 Niech nikt nie zmusza kobiety do męczeństwa i bohaterstwa za wszelką cenę, wbrew jej woli.  
Niech nikt nie skazuje jej na utratę zdrowia i życia w imię swoich konserwatywnych poglądów. 
 Niech za nasze personalne decyzje i wybory osądza nas ta jedna, Najwyższa Instancja. 
 Nie Kościół, nie księża, nie rząd, nie pan Terlikowski, nie członkowie Ordo Iuris !!!

***

 To nie jest sprawa jakichś tam "rozwścieczonych feministek z pianą na ustach", jak to już niejeden raz zdarzało mi się usłyszeć. Podczas pierwszego "czarnego protestu" we Wrocławiu stały obok mnie osoby obu płci, osoby w każdym wieku, rodziny z małymi dziećmi...Sama też nie jestem feministką, nie jestem związana z żadnym ruchem ani ugrupowaniem politycznym. Co więcej - jestem przecież mamą adopcyjną i zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby mama biologiczna mojego synka usunęła ciążę, Bąbelka nie byłoby w tej chwili z nami...

A mimo to uważam, że proponowany nam projekt jest barbarzyński i stawia nasze państwo bardzo blisko tych, których ponoć tak się wystrzegamy i nie chcemy ich "inwazji" na Polskę.  Zresztą - ostatnie dni bardzo jasno i wyraźnie pokazały, że budzi kontrowersje oraz sprzeciw nawet wśród duchownych, nawet wśród wielu ludzi głęboko wierzących i mocno związanych z Kościołem...

Dlatego też moim zdaniem samo "solidaryzowanie się" ze strajkiem i zmiana zdjęcia profilowego w mediach społecznościowych to może być w tym przypadku zdecydowanie za mało. Nie szukajmy wymówek. Nie zasłaniajmy się obowiązkami w pracy, w szkole i w domu. Nawet jeśli jesteśmy przekonani, że z jakichś względów nas ta kwestia nie dotyczy - pomyślmy, że już wkrótce może dotyczyć naszej córki, wnuczki, siostry, bliskiej przyjaciółki...Wyjdźmy na ulice i wyraźmy swój protest na tyle dobitnie, żebyśmy zostały wreszcie zauważone, usłyszane i na długo zapamiętane! 

Są sprawy, o które trzeba zawalczyć TU i TERAZ - bo drugiej szansy już nie będzie...