"Czytam Twojego bloga już od dawna - podobnie jak blogi innych adopcyjnych mam. Tak pięknie opisujecie swoje macierzyństwo. Tak bardzo kochacie swoje dzieci i jesteście takie szczęśliwe. Mam wyrzuty sumienia, bo ja tak nie potrafię. Czasami nie chce mi się wstawać rano z łóżka, kiedy znów słyszę dziecięcy płacz (...) Czasami zastanawiam się, po co mi to było - i mam wrażenie, że opieka nad córeczką kompletnie mnie przerosła. Czuję się przybita, wiecznie smutna, kompletnie załamana. Powinnam się przecież cieszyć, bo tak długo czekaliśmy z mężem na naszą kruszynkę - a jakoś nie umiem...Powiedz mi, czy Ty też tak miałaś na początku? Czy to kiedyś minie ? Już nie daję rady..." *
________________
*fragment maila zamieszczony za zgodą jego Autorki
Myślę, że wiele kobiet ma podobnie - i mi tez nie do końca udało się tego uniknąć. Najpierw zalała mnie fala miłości i euforii po tym, jak nasz Bąbelek się odnalazł... Potem mój mąż wrócił do pracy po urlopie, a ja zostałam z dzieckiem w domu. Dopadła mnie tak zwana "proza życia" i...byłam bliska postradania zmysłów !
Oczywiście, kocham synka nad życie. Zdecydowałam się być z nim nie tylko na urlopie macierzyńskim, ale również wychowawczym - i absolutnie tego nie żałuję, a gdybym miała wybierać po raz drugi, podjęłabym identyczną decyzję. A jednocześnie - jestem bardzo daleka od gloryfikacji macierzyństwa i wynoszenia go na ołtarze.
![]() |
| zdjęcie: pixabay |
Wciąż bardzo niewiele mówi się o depresji poporodowej, poadopcyjnej czy generalnie o jakichkolwiek negatywnych emocjach towarzyszących macierzyństwu. Choć powoli ulega to zmianie, nadal zewsząd bombardują nas raczej idealne i wymuskane obrazki perfekcyjnej pani domu - która tuli w ramionach uroczego, rumianego i uśmiechniętego od ucha do ucha bobaska.
I nie mówię tu nawet o telewizyjnych reklamach, niektórych
parentingowych blogach czy rodzinnych sesjach zdjęciowych celebrytów -
bo wiadomo, że tam jest to po prostu element autopromocji i szczegółowo
przemyślana, zaplanowana w każdym detalu strategia marketingowa...
Mówię o tym, że często same przed sobą zakłamujemy rzeczywistość. Nie
potrafimy powiedzieć wprost, iż macierzyństwo dało nam jak obuchem w
łeb - i że niejednokrotnie czujemy się w związku z nim skrajnie
wyczerpane, do granic możliwości umęczone i - o zgrozo! - nie do końca
szczęśliwe.
Tymczasem, statystyki są alarmujące. Według nich klasyczny poporodowy "baby blues" dotyczy aż 65% kobiet - a u 15-20% z nich przeradza się w bardziej długotrwałe zaburzenia i prowadzi do poważniejszej w skutkach depresji poporodowej. Nie inaczej sprawa ma się w przypadku rodziców adopcyjnych. Tutaj wprawdzie nie mamy do czynienia z pociążowymi szalejącymi hormonami - lecz mimo to chroniczny smutek, najróżniejsze lęki czy znaczne obniżenie nastroju towarzyszy aż 60 % adopcyjnych mam. (źródło: Keck, Kupecky - "Wychowanie zranionego dziecka")
Śmiem przypuszczać, że powyższe liczby są zaniżone. Niejedna mama
pewnie nigdy nie przyzna się do tego, że macierzyństwo w swojej
początkowej fazie najzwyczajniej w świecie ją rozczarowało, przygniotło i kompletnie minęło się z jej wcześniejszymi wyobrażeniami. Niejedna mama będzie wolała tłumić emocje, wypłakiwać
się nocami w poduszkę i udawać, że wszystko jest w najlepszym
porządku - żeby nie spotkać się z ostracyzmem i krytyką ze strony
otoczenia.
W naszym społeczeństwie wciąż pokutuje przekonanie o "boskości" tej życiowej roli - a przecież nie wypada uskarżać się na to, co "boskie" i "mistyczne". Tym bardziej nie wypada narzekać, jeśli z jakichś względów czekało się na dziecko dłużej i z jeszcze większym utęsknieniem, niż pozostałe pary - i jeśli na drodze do rodzicielstwa przyszło nam pokonać najróżniejsze przeszkody natury medycznej, psychologicznej czy biurokratycznej...
***
Ale wiecie co? Ja naprawdę nie wierzę, że istnieje na świecie jakakolwiek mama, która postrzega swoją rolę wyłącznie jako słodki tort, posypany brokatem i oblany fontanną różowego lukru. Nie wierzę, że przynajmniej od czasu do czasu nie towarzyszy każdej z nas frustracja, żal i rozgoryczenie - ponieważ życie "po dziecku" wyobrażałyśmy sobie jednak nieco inaczej, niż ono rzeczywiście wygląda.
I już słyszę te wszystkie podniesione głosy oburzenia świętych Matek
Polek :
"Przecież chyba wiedziały, na co się decydują.
Nie jest łatwo,
ale nie mają prawa narzekać -
bo dziecko wszystkie te trudy z nawiązką wynagradza."
No
właśnie nie. Nie wiedziały. Bo dowiadujesz się o tym wszystkim dopiero
wtedy, kiedy masz dziecko - i kiedy Twoje życie zmienia się o 180 stopni. Wcześniej - jest tylko teoria, nie mająca z prawdziwym życiem zbyt wiele wspólnego. Zamiast tortu - masz chleb powszedni. Zamiast różowego lukru, czasami ulewa Ci się żółcią - ale nie ma w tym absolutnie niczego złego.
![]() |
| zdjęcie: pixabay |
Jesteś matką - ale nie nadczłowiekiem. Nie automatem i cyborgiem, ustawionym wyłącznie na Tryb Zachwytów, Ochów i Achów. Masz prawo być zmęczona, zirytowana, zła czy smutna. Masz prawo narzekać, płakać i kląć pod nosem - jeśli w jakiś sposób pomoże Ci to uporać się z nagromadzonymi uczuciami. Masz prawo oczekiwać wsparcia od męża i prosić o pomoc inne bliskie osoby z Twojego otoczenia - jeśli czujesz, że sama nie dajesz sobie rady. Masz też prawo szukać pomocy u specjalisty - psychologa czy terapeuty - jeśli uważasz, że Twój kiepski psychiczny stan trwa już zbyt długo, a jego przejawy są coraz bardziej nasilone.
NIE JESTEŚ PRZEZ TO WSZYSTKO GORSZĄ MATKĄ ! -
ale za to z całą pewnością jesteś dla mnie bardziej autentyczna i świetnie Cię rozumiem...


