Niepłodność to taki charakterystyczny stan w ludzkim
życiu. Gdybym miała go jakoś krótko określić, nazwać i podsumować - do
głowy przychodzą mi w pierwszej kolejności słowa "POCZEKALNIA" oraz
"ZAWIESZENIE".
Bo z
jednej strony usilnie starasz się zająć czymś ręce i głowę, odwrócić
czymś uwagę od własnych pesymistycznych myśli - a z drugiej tak czy siak
wciąż na coś czekasz: na wyniki, kontrolną wizytę u lekarza, miejsce w
szpitalu, zabieg, kolejny monitoring cyklu...A najbardziej oczywiście na to upragnione,wytęsknione maleństwo!
Czasami wręcz chciałabyś
uciec jak najdalej od tego wszystkiego - ale nie możesz... Jesteś
uziemiona. Jeżeli w niewłaściwym momencie wyjedziesz na wakacje, na
chwilę odpuścisz leczenie, machniesz ręką na zlecone badania - bardzo
prawdopodobne, że przez długi czas będzie towarzyszyło Ci poczucie winy
oraz przekonanie, że to mógł być właśnie TEN szczęśliwy, jedyny w swoim
rodzaju cykl, który już nigdy więcej się nie powtórzy...Psychicznie też często tkwisz w jakiejś bliżej nieokreślonej próżni. Miotasz się pomiędzy stanem pełnej euforii i pewności, że tym razem w końcu się uda - a poczuciem totalnej pustki, beznadziei i rozżalenia, że los i choroba obchodzą się z Tobą tak paskudnie...
Paradoksalnie, zbliżające się Boże Narodzenie to czas szczególnie znienawidzony
przez większość znanych mi niepłodnych par...
To
czas spotkań w większym lub mniejszym rodzinnym gronie, które nie
zawsze wie o naszych problemach (a nawet jeżeli wie - to często nie
potrafi zachować się taktownie i adekwatnie do sytuacji).
To czas, kiedy
przy świątecznym stole zasiada obok nas kuzynka ze swoim słodkim kilkumiesięcznym niemowlakiem albo szwagierka z pękatym ciążowym
brzuchem (którego być może nawet każe nam raz po raz dotykać, żebyśmy mogły się od
niej "zarazić").
To czas dzielenia się opłatkiem oraz składania sobie
świątecznych życzeń - wśród których niemal na pewno usłyszymy o
"powiększeniu się rodzinki", "maluszku do kompletu" albo "bocianach, co
to nawet zimą przylecieć potrafią"...
W mniej optymistycznym scenariuszu
mogą trafić się również głupie docinki, uwagi o "strzelaniu ślepakami"
albo inne takie kwiatki, za które najzwyczajniej w świecie masz ochotę
walnąć swojego rozmówcę w gębę - i tylko cała ta uroczysta świąteczna
otoczka Cię przed tym powstrzymuje...
Jak
to przetrwać? Jak nie dać sobie jeszcze bardziej popsuć tej świątecznej
atmosfery -
i cieszyć się nią mimo wszystko, bez względu na inne
okoliczności?
Jak sprawić, żeby niepłodność nie była niczym ten przebrzydły Grinch z popularnej bajki,
który odebrał ludziom całą radość i czar Bożego Narodzenia?
Strategia
nr 1. Możesz obracać wszystko w żart, przygotować sobie kilka ciętych
ripost na tego typu zaczepki i nie pozostawiać na swoim rozmówcy nawet
suchej nitki. To trochę taka "obrona przez atak" - niekiedy bywa
brutalna, lecz przeważnie skuteczna. (UWAGA! - w towarzystwie sporej
ilości czerwonego wina, może prowadzić do eskalacji negatywnych emocji. )
Strategia
nr 2. Możesz zupełnie unikać jakichkolwiek rodzinnych spotkań -
sporządzić sobie w myślach całą listę przekonujących pretekstów i na
przykład z samego rana w Wigilię wmawiać swojej rozżalonej babci, że nie
pojawisz się u niej, bo dopadła Cię paskudna jelitówka.
Strategia
nr 3. Możesz przybyć na rodzinną imprezę z przyklejonym do twarzy i
przestudiowanym przed lustrem uśmiechem - a zaraz po wyjściu beczeć całą
drogę do domu i zasmarkać dokumentnie jedyną elegancką marynarkę
swojego męża.
Strategia
nr 4. Możesz się upić w sztok dla zagłuszenia własnego bólu i niczego potem nie pamiętać - a w drodze powrotnej na tę jedyną elegancką marynarkę swojego męża...zwymiotować (lecz osobiście nie polecam tej opcji, chociażby ze względu na towarzyszącego Ci nazajutrz potężnego kaca).
Strategia
nr 5. Możesz zadzwonić widelcem w kieliszek kilka razy - jak przy
wznoszeniu toastu - a potem na stojąco oznajmić wszystkim obecnym, że
staracie się o dziecko, lecz Wam nie wychodzi. I jeszcze - że jeżeli
ktokolwiek po raz setny ten temat przy Tobie poruszy, to bardzo szybko
podzieli tragiczny los wigilijnego karpia. (Poniekąd uważam, że jest to opcja najwłaściwsza i najbardziej optymalna - o czym pisałam zresztą tutaj i podawałam konkretną argumentację przemawiającą za takim rozwiązaniem).
![]() |
| foto: internet |
Wszystkie wyżej wymienione strategie na pewnym etapie swojego życia przetestowałam i sprawdziłam na własnej skórze. Z perspektywy czasu (i mając małego Bąbla przy
sobie) już faktycznie umiem mówić o tym z humorem i dystansem - ale
dawniej wcale nie było mi z tego powodu wesoło, a każdy śmiech był
jednocześnie śmiechem przez łzy...
Więc teraz tak zupełnie poważnie...
Nie
dajcie wmówić sobie w ten świąteczny czas, że nie mając dziecka
jesteście w jakiś sposób gorsi, mniej warci, mniej zasługujący na
szacunek i magię Bożego Narodzenia (nawet jeżeli wszystko wokół
sugeruje, że to obecność dzieci tworzy tę magię - i że z dziećmi
świętowanie nabiera całkiem innego, głębszego sensu i znaczenia...)
Nie
pozwólcie innym ludziom drwić z Waszych problemów czy naruszać Waszej prywatności, intymności oraz osobistej strefy komfortu - nawet jeżeli robią to w trosce o Was, w dobrej
wierze i jeżeli ich niewłaściwe zachowanie wynika z niewiedzy oraz braku
świadomości, czym jest niepłodność...W takiej sytuacji po prostu ich uświadomcie - i wyznaczcie im konkretne granice, których absolutnie nie powinni przekraczać. Jestem przekonana, że jeżeli porozmawiacie z bliskimi Wam osobami zupełnie otwarcie - ich natarczywe pytania i zaczepki ustąpią miejsca towarzyszeniu Wam oraz kibicowaniu na tej krętej i trudnej drodze ku rodzicielstwu.
I
pamiętajcie, że już stanowicie rodzinę! Tak, dobrze czytacie! Dwoje
kochających się i wspierających ludzi to już RODZINA - i Święta tej
rodziny mogą być cudowne, wyjątkowe i niepowtarzalne nawet jeżeli nie pojawiło się w niej dziecko. Bo powiem Wam zupełnie
szczerze, że to wcale nie dziecko ani nie rodzicielstwo czyni święta jeszcze bardziej
zaczarowanym czasem w roku - tylko raczej nasze nastawienie, sposób
myślenia oraz perspektywa, którą sami przyjmiemy...Dlatego - cieszcie się sobą nawzajem!

