Jak wiadomo, od 25 marca 2020 szkoły miały formalny obowiązek zdalnego nauczania w związku z pandemią koronawirusa. Zdania na ten temat od samego początku były bardzo podzielone, atmosfera podgrzana do czerwoności, a internetowe dyskusje niejednokrotnie niosły ze sobą falę hejtu, wyzwisk i wzajemnego obrzucania się błotem.
Wielu nauczycieli skarżyło się, że praca zdalna oraz cała związana z nią papierologia zajmuje im zdecydowanie więcej czasu, niż prowadzenie lekcji w normalnym trybie. Niektórzy rodzice narzekali z kolei, że nagle z dnia na dzień muszą stać się pedagogami dla własnych dzieci i pracować na dwóch różnych etatach - choć za jeden z nich nikt im przecież nie płaci.
Dzieci również nie miały lekko: zostały totalnie "wyrwane z kontekstu", ze swojej codziennej rutyny i dobrze znanej rzeczywistości, pozbawione kontaktu z rówieśnikami oraz postawione przed wieloma nowymi wyzwaniami, których jeszcze kilka miesięcy wcześniej nikt by się przecież nie spodziewał...
Nauczanie zdalne - z naszej perspektywy.
Jeśli chodzi o nas - uczenie Bąbla w domu to nasz chleb powszedni, niezależnie od całej obecnej sytuacji epidemiologicznej. Poprzedni rok w przedszkolu Junior też w bardzo dużej mierze przechorował, więc sporo tematów przerabialiśmy po prostu we własnym zakresie. Można powiedzieć, że jesteśmy do tego już przyzwyczajeni i że te trzy dodatkowe miesiące nie sprawiły nam jakiejś wielkiej różnicy (do tego stopnia, że wręcz coraz poważniej zaczynam zastanawiać się nad zupełnie dobrowolną i niewymuszoną, oficjalną kontynuacją edukacji domowej)...
Dzięki zdalnemu nauczaniu spędzamy jeszcze więcej czasu razem, jestem w stanie uważniej obserwować moje dziecko i "podciągnąć"
jego ewentualne braki. Dodatkowo w ciągu ostatnich kilku miesięcy nie
towarzyszył nam nawet najlżejszy katar czy przeziębienie, ponieważ mamy
kontakt wyłącznie z dziećmi na naszym własnym, dobrze znanym "podwórku" - a nie z
dużym przedszkolnym skupiskiem, do którego często przyprowadza się te
chore, kaszlące i z zielonymi glutami wiszącymi do samego pasa...
ALE prawda jest taka, że akurat nasza rodzina na ten moment może sobie na to pozwolić - ponieważ ja już od kilku lat realizuję swoje zlecenia i dzieła "na odległość" i na tak zwanym freelansie nie dotyczą mnie ani określone godziny pracy, ani obowiązek jej świadczenia w konkretnym miejscu...
Niesamowicie współczuję natomiast wszystkim, którzy rzeczywiście mają w tej chwili przysłowiowy nóż na gardle - i muszą albo posłać swoje pociechy do przedszkola w warunkach zaostrzonego reżimu sanitarnego, albo dwoić się i troić, by w tych nietypowych okolicznościach pogodzić ze sobą pracę na etacie, zdalne nauczanie oraz dziesiątki innych, codziennych spraw.
Czy nauczanie zdalne faktycznie można nazwać "nauczaniem"?
Moim zdaniem, niekoniecznie. U nas polegało ono na tym, że raz w tygodniu na internetowej stronie przedszkola pojawiał się kolejny plik z tematami zajęć, propozycjami zabaw i prac plastycznych. Z jednej strony niesamowicie cieszę się, że nikt nie wpadł na pomysł regularnych chatów, live'ów czy wideokonferencji - bo przecież nie każdy rodzic może być z dzieckiem przy komputerze o narzuconej odgórnie, ściśle określonej porze. Z drugiej strony - nauczanie pozbawione elementu interakcji pomiędzy uczniem a nauczycielem to w gruncie rzeczy fikcja, sprowadzająca się do jednego wielkiego "zadania domowego" i ze swoją pierwotną ideą nie mająca de facto zbyt wiele wspólnego...
Nauczanie zdalne, a wykluczenie edukacyjne
Patrząc szerzej: zastanawiam się, ilu uczniów faktycznie realizowało swój szkolny program, a ilu po prostu
"wypadło z obiegu"
i znalazło się niejako poza systemem oświaty. W sprawie tego typu
przypadków alarmował między innymi Rzecznik Praw Obywatelskich Adam
Bodnar, a w samej Warszawie nauczyciele
stracili kontakt z około 600 dziećmi, objętymi obowiązkiem szkolnym...
Trzeba też pamiętać o
uczniach z rodzin ubogich (którzy często nie mają w domu dostępu do internetu,komputera czy nawet podstawowych artykułów plastycznych i papierniczych) oraz o
dzieciach wychowywanych w środowiskach patologicznych (w obliczu koronawirusa szczególnie narażonych na przemoc, agresję i przebywanie ze swoimi oprawcami pod jednym dachem). Pobyt w szkole czy przedszkolu niejednokrotnie był dla takich dzieci jedyną odskocznią od domowych problemów, jedyną szansą na względną
"normalność" czy chociażby na zjedzenie jednego ciepłego posiłku w ciągu dnia... Zdaje się, że to właśnie tych dwóch grup
wykluczenie edukacyjne dotyczy najbardziej - i będzie postępowało w zastraszającym tempie, jeżeli od września znowu czeka nas nauka zdalna (co jest w sumie dość realne, wedle wszelkich najświeższych prognoz).
Poza tym, sam fakt uczęszczania do placówki wiąże się bardzo często z dodatkową
terapią logopedyczną, pedagogiczną czy psychologiczną. W obecnej sytuacji spora część dzieci została tego typu świadczeń zwyczajnie pozbawiona - co może w bardzo dużym stopniu zaważyć na ich dalszym funkcjonowaniu i ogólnym rozwoju. (Nie oszukujmy się - nie każdego rodzica stać na prywatną terapię i nie każdy rodzic w ogóle wpadnie na pomysł, by się o taką terapię w jakikolwiek sposób postarać...)
Dlatego też - o ile nam osobiście nauczanie zdalne jakoś zbyt mocno nie dopiekło
i nie postawiło naszego życia rodzinnego czy zawodowego do góry nogami -
to i tak jestem mocno zatroskana kierunkiem, w jakim to wszystko zmierza,
a także bardzo ciekawa Waszego zdania na ten temat!
Co sądzicie o zdalnym nauczaniu oraz jak sobie z nim radziliście?
Czy Wasze dzieci wróciły do przedszkola, kiedy częściowo zniesiono obostrzenia?
Jak zapatrujecie się na kolejne miesiące?
Jakie są dla Was plusy oraz minusy obecnej sytuacji?