piątek, 19 lutego 2016

Nieudane adopcje.

Temat dla jednych kontrowersyjny, dla drugich bolesny, a jeszcze inni wzruszą tylko lekceważąco ramionami i skwitują go krótkim "to było przecież do przewidzenia".  

Kiedy nasze adoptowane dziecko ma kilka miesięcy czy lat, nikt z nas z pewnością się nad tą kwestią nie zastanawia, nie rozważa jej, nie traktuje jako prawdopodobnej wersji przyszłych wydarzeń. Możemy też oburzać się, bo przecież dziecko to nie rzecz, nie przedmiot, nie produkt ze sklepowej półki, który można "zwrócić" w dowolnym, wygodnym dla nas momencie - kiedy okaże się, że nie spełnił jednak naszych oczekiwań...

A jednak statystyki podają, że co roku do polskich sądów trafia około 100 wniosków o rozwiązanie przysposobienia, z czego 20-25 przypadków kończy się jego faktycznym unieważnieniem. 

Nie udało mi się niestety dotrzeć do najbardziej aktualnych danych, ale w latach 1999-2000 sytuacja ta prezentowała się następująco:

E. Holewińska-Łapińska, Rozwiązanie stosunku przysposobienia, Instytut Wymiaru Sprawiedliwości, Warszawa 2002

JAK TO WYGLĄDA W ŚWIETLE PRAWA?

Według art. 125 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego "z ważnych powodów zarówno przysposobiony, jak i przysposabiający mogą żądać rozwiązania stosunku przysposobienia przez sąd. Rozwiązanie stosunku przysposobienia nie jest dopuszczalne, jeżeli wskutek niego miałoby ucierpieć dobro małoletniego dziecka."

Wspomniane "ważne powody" nie zostają wprawdzie przez ustawodawcę  sprecyzowane, jednak najczęściej wymienia się wśród nich:

1) konieczność usunięcia przeszkody do zawarcia małżeństwa przez strony stosunku przysposobienia;
2)   okoliczność, że dziecko przysposobione wychowuje się w rzeczywistości u rodziców naturalnych w warunkach normalnej z nimi więzi;
3) potrzebę umożliwienia powrotu dziecka do rodziny naturalnej, gdy usprawiedliwiają to stosunki uczuciowe rodziców naturalnych względem przysposobionego oraz nie powstała jeszcze między przysposobionym a przysposabiającym tak silna więź rodzinna, że stanowiłaby stanowcze przeciwwskazanie rozwiązania przysposobienia; 
4)  odnalezienie się rodziców naturalnych, którzy w dacie orzekania o przysposobieniu bądź nie byli znani, bądź nie było wiadomo, czy żyją i gdzie przebywają;
5)   w szczególnych okolicznościach - rozwód rodziców adopcyjnych.

PRZYKŁADY "Z ŻYCIA WZIĘTE"

O rozwiązaniu adopcji dwójki rodzeństwa pisała swego czasu między innymi autorka TEGO BLOGA - i muszę przyznać, że była to lektura, która niejednokrotnie spędzała nam sen z powiek, zanim zdecydowaliśmy się po raz pierwszy przekroczyć progi ośrodka adopcyjnego. 

Dzieci dotknięte zaawansowanym FAS i RAD przez całe lata notorycznie kradły, kłamały, utrzymywały ze sobą stosunki kazirodcze i robiły całe mnóstwo innych rzeczy, które wręcz trudno sobie wyobrazić - aż w końcu ich mama nie wytrzymała psychicznie ciągłej presji, batalii i heroicznej walki o swoją rodzinę i zdecydowała się podjąć ten najbardziej drastyczny, ostateczny krok...

Jak sama pisze, adopcja okazała się dla niej istną "drogą przez piekło" - i dokładnie tak to odbierałam, kiedy czytaliśmy z Mężem poszczególne posty...

***

I jeszcze przykład filmowy - wprawdzie zza oceanu, lecz z polskimi dziećmi w rolach głównych. Z pewnością większość rodziców adopcyjnych kojarzy tę dokumentalną trylogię - historię pięciorga rodzeństwa z okolic Szklarskiej Poręby, które zostało zaadoptowane przez młode amerykańskie małżeństwo. 

W pierwszej części dokumentu pt. "Tata, I love you" wszystko wydaje się jak z bajki - maluchy odnajdują nowy dom i wyjeżdżają z rodzicami do USA, gdzie rzekomo czeka je lepsza, świetlana przyszłość. Niestety, już w kolejnych odcinkach ("Dom nad Missisipi" i "Obietnica dzieciństwa") okazuje się, że nic nie jest tak, jak być powinno. Dzieci po raz kolejny trafiają do różnych rozsianych po całych Stanach placówek, zostają rozdzielone i pozostawione samym sobie, kiedy ich adopcyjna mama - Rita - zachodzi w ciążę, a wychowanie całej piątki okazuje się dla państwa Jurotichów ciężarem zbyt trudnym do udźwignięcia.

"Tata, I love you" (1999)

"Obietnica dzieciństwa" (2013)

***

Można powiedzieć, że często podobne scenariusze pisze życie również dla rodzin biologicznych - ich członkowie waśnią się ze sobą, zrywają wszelkie relacje, niekiedy nie utrzymują kontaktów całymi latami albo widują się jedynie podczas kolejnych rozpraw sądowych...Mimo wszystko w przypadku adopcji jest to z reguły bardziej złożone i...hmmm...definitywne - i niemal zawsze zostanie ocenione przez osoby postronne jako "wina złych genów" lub "niezdolność obdarzenia cudzego dziecka prawdziwą miłością".

Chyba każdy z nas wolałby, by takie sytuacje w ogóle nie miały miejsca. Myślę, że rozwiązanie adopcji to ogromna trauma zarówno dla dziecka, jak i dla jego rodziców - a jednak zdarza się i nie ma sensu udawanie, że zjawisko to w ogóle nie istnieje. Zwłaszcza, że tak naprawdę nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak nasze relacje z dzieckiem będą wyglądały za kilka czy też kilkanaście lat - i czy nas samych ten problem nigdy nie dotknie i nie będzie dotyczył...

82 komentarze:

  1. Szkoda że nie masz opcji"obserwatorzy"bo wtedy na bieżąco wiedziałabym kiedy dodajesz post, a tak, troszkę trudno Cię znaleźć nawet przez google+. Co do adopcji, ciężka sprawa, tak pokochać cudze dziecko. Jeżeli jest tylko ono to pewnie łatwiej, gorzej jak pojawiają się swoje własne dzieci. Mój mąż wychowuje moją córkę, i do tego mamy dwoje dzieci jeszcze i mimo, że zastąpił jej ojca to widać różnicę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak jeszcze trochę nie na temat posta.
      Droga Czasemtakjest wejdź sobie w bloggera, na stronę główną (Blogger Pulpit nawigacyjny), gdzie wyświetlają Ci się właśnie powiadomienia o nowych postach z obserwowanych blogów (nowe posty znajdują się na środku strony). Spójrz w lewo. Zauważysz ikonkę trójkąta na pomarańczowym tle i podpis Lista Czytelnicza. Nieco poniżej znajdziesz aktywny przycisk "Dodaj". Wystarczy, że na niego klikniesz, a w oknie, które się otworzy, postąpisz zgodnie ze wskazówkami, czyli wpiszesz adres bloga, który chcesz obserwować. Gotowe. Teraz żaden wpis Naszego Bąbelkowa Ci nie umknie :).

      Pozdrawiam

      Usuń
    2. Czasemtakjest - my mamy tylko jednego Bąbla, więc trudno mi cokolwiek porównywać i wypowiadać się w tym temacie. Myślę, że to sprawa bardzo indywidualna i wszystko zależy od ludzi, ich wzajemnych relacji i tego, jak duże mają w sobie pokłady miłości, zrozumienia, akceptacji...Moim zdaniem nawet dwoje dzieci biologicznych kocha się jednak zawsze trochę inaczej - a przynajmniej osobiście nie znam rodzeństw, które czułyby się kochane i traktowane przez rodziców faktycznie tak samo i na równi.

      Usuń
    3. Kasiu, bardzo dziękuję za instrukcję, bo sama również nie wiedziałam, że jest taka opcja :) Niby trochę czasu już tego bloga prowadzę, ale rzadko zaglądam w te wszystkie powiązane z nim zakładki - i miło z Twojej strony, że zechciałaś podpowiedzieć :)

      Usuń
    4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    5. Masz rację, zawsze ktoś czuje się lepiej lub gorzej traktowany. Uważam,że ludzie powinni byc odpowiedzialni adoptując dziecko, pewni siebie i swoich uczuć, bo przecież to jest odpowiedzialność za czyjeś życie i miłość.
      P.S Kasiu bardzo Ci dziękuję :)tak zrobiłam ijuż mi nic nie umknie :)

      Usuń
  2. Zdarza się ze rodzice biologiczni "wyrzekaja się dzieci "to chyba porównywalne z rozwiązaniem adopcji. To się dzieje. Zapewne ni często ale niestety. I każdy przypadek to bardzo indywidualna sprawa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że bardzo indywidualna. Zupełnie inaczej też wygląda to wtedy, kiedy sami podejmujemy taką decyzję, a inaczej wówczas, kiedy pomimo naszych usilnych starań nasza rodzina nie jest w stanie dalej funkcjonować i obecność dziecka stanowi zagrożenie dla zdrowia czy życia pozostałych jej członków. Na szczęście takie skrajne przypadki nie zdarzają się zbyt często...

      Usuń
  3. Bardzo wazny temat...mysle ze wiele rodzicow chcac zdecydowac sie na adopcje obawia sie takiej sytuacji...z reszta ciagle ludzie ktorzy nawet nigdy nie wglebili sie w temat adopcji lub nieplodnosci wyrokuja i "doradzaja" po co taki problem, nie wiadomo na jakie dziecko trafisz a "niedaleko pada jablko od jabloni" itp. Wiec wiedza na temat jest mala a doradcow wiele...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem to wszystko jedna wielka loteria. Każde dziecko - czy to adoptowane, czy biologiczne - może "wyjść na ludzi" i być powodem do dumy dla swoich rodziców, a może też wyrosnąć na osobę kompletnie zdemoralizowaną, do szpiku kości zepsutą, zażywającą narkotyki czy notorycznie wchodzącą w konflikt z prawem. Tutaj nie ma reguły i często zdarza się, że nawet najbardziej heroiczne rodzicielskie wysiłki spełzają na niczym i nie przynoszą żadnych efektów. Ale prawda jest taka, że ryzyko pewnych zaburzeń (jak RAD czy FAS) u dzieci adoptowanych jest większe - oczywiście nie musi wystąpić, ale osoby decydujące się na adopcję powinny być w pełni świadome tego zagrożenia. Uważam, że podchodzenie do tematu z tzw. "hurraoptymizmem" jest tak samo nie na miejscu, jak i postrzeganie adopcji wyłącznie przez pryzmat obiegowych, nacechowanych pejoratywnie opinii.

      Usuń
  4. Nawet nie umiem sobie tego wyobrazić zaadoptować dziecko, a potem je oddać.. Straszne :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to nie jest mowa o oddawaniu słodkiego maluszka... Tylko rozwiązanie adopcji np. z nastolatkiem, który rozwala ci rodzinę... Przeczytaj blog "Droga przez piekło"...

      Usuń
    2. Zgadza się. Tym bardziej, że wydarzenia opisane na blogu miały miejsce ładnych parę lat temu, kiedy poziom wiedzy na temat RAD czy FAS był bardzo niski - i autorka była pozostawiona z problemem zupełnie sama, nie miała gdzie szukać pomocy, sensownej terapii czy innych form wsparcia. Zaryzykuję stwierdzenie, że na jej miejscu zrobiłabym dokładnie to samo - czyli dążyła do rozwiązania takiej adopcji, ratując siebie i to, co mi jeszcze w życiu pozostało...

      Usuń
  5. Ciężki temat. Można tez urodzić dziecko i oddać jak wiadomo. Różnie się w życiu układa. Kochamy dzieci adoptowane czy urodzone naturalnie to jednak nigdy nie mamy pewności do końca... Wiesz co mnie wkurza? Te stereotypy a bo ten byl adoptowany i zamurował matkę w piwnicy( historia prawdziwa z moich okolic często u nas przytaczana) a kto da komuś pewność że jego biologiczne dziecko tego nie zrobi😏 najlepiej jest osądzać a nie mieć w sobie empatii. Niestety często sie to słyszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to jest zupełnie coś innego. W jakich sytuacjach i jacy ludzie oddają biologiczne dziecko...? W przypadku rozwiązania adopcji to zupełnie inna tragedia innych ludzi, którzy bardzo chcieli mieć dzieci, rodzinę...
      Trudny temat, ale szacunek, że go podejmujesz i myślisz o przyszłości.
      "Droga przez piekło" na zawsze uczyniła moje spojrzenie na adopcję bardziej świadomym - oczywiście nie zawsze tak się zdarza, ale trzeba mieć to na uwadze...Nie zawsze musi być tak hardkorowo,ale trudnych historii jest znacznie więcej niżrozwiązań adopcji...
      Są też piękne historie i takiej Wam życzę.:*

      Usuń
    2. Tak jak już wcześniej któraś z Dziewczyn napisała - każdy przypadek jest inny i trzeba podchodzić do niego bardzo indywidualnie. Historie bywają najróżniejsze - sama nawet we własnym otoczeniu znam i te piękne, budujące i wzruszające - i te niesamowicie smutne, przerażające, owocujące traumą na resztę życia. Tych pierwszych jest na szczęście więcej - i oby tylko one stały się udziałem nas wszystkich...

      Usuń
  6. Poruszylas bardzo trudny temat.ale też jak piszesz nie można udawać,ze problem nie istnieje. ... zawsze jest ten procent znaku zapytania w momencie,kiedy decyduje się na adopcję. Bo jeśli chodzi o własne dziecko, to raczej się go nie "odda" ,ale gdy chodzi o obce,w zderzeniu z problemami o jakich piszesz. ...to sprawa ma się inaczej. Nigdy się nie wie,jak biologiczna mama zachowywała się w ciąży,czy nie piła alkoholu,nie brała leków,nie daj Bóg narkotyki.... tego nigdy nie wiemy.można podejrzewać. Też jeśli adoptowane dziecko nie spełni "oczekiwan.:"np jako nastolatek, rodzice adopcyjni mogą czuć większe rozczarowanie. Jeśli jeszcze dziecko wypali "nie jesteś moja mamą/ tatą "!to w ogóle może być ciężko... wzrasta poczucie zawiedzenia, że się tyle z siebie dało, problemy mogą przytłoczyć.

    Mówi się,ze 50%to wychowanie,ale 50%to też geny. Ale też głęboko wierzę,że nie zawsze te jak piszesz "złe geny "mogą mieć miejsce,bo dziecko może odziedziczyc po swoich biologicznych rodzicach akurat ich najlepsze cechy.

    Wszystko jest jedną wielką niewiadomą.ale ja wierzę,że dobro zawsze powraca i jak się komuś dużo dobra i serca da,to to powróci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, tu może potwierdzić, albo zaprzeczyć Bąbelkowa Mama i inne mamy adopcyjne, ale w moim odczuciu kurs jest właśnie po to, aby nauczyć, albo chociaż przygotować rodziców adopcyjnych na to, że takie słowa (Nie jesteś moją mamą/moim tatą) mogą paść i jak sobie w takich sytuacjach radzić. I tak się zastanawiam, cy to rzeczywiście jest najgorsze? Moja mama często mi powtarza, że wszystko to, co robimy jako rodzice, nie powinno nieść za sobą żadnych oczekiwań, że dzieci docenią, będą wdzięczne. Jeśli coś robimy, to robimy dlatego, że to MY byliśmy przekonani do takiego, a nie innego zachowania, chcieliśmy to zrobić (weźmy np. mój przykład o pozostaniu z dziećmi w domu, a nie powrót do pracy), a nie robiliśmy to po to, żeby dzieci były nam za to wdzięczne. Nasze dzieci będą naszymi najsurowszymi krytykami i możemy być kiedyś bardzo zaskoczeni Ich oceną, bo nasze przeświadczenie, że tyle z siebie daliśmy, może się mocno zderzyć z tym, co one na ten temat sądzą. Bąbelkowa Mama będzie wiedziała o co mi chodzi- przykład mojego Marcina i Jego pracującego za granicą taty :)

      Usuń
    2. No właśnie, ja jestem wręcz przekonana, że nasza Hania kiedyś nam powie, że nie jesteśmy jej "prawdziwym" rodzicami, więc spadajcie na drzewo. Wydaje mi się, że to jest naturalne, zwłaszcza w wieku dojrzewania, buntu. Mój M. śmieje się, że powie jej wtedy - "i całe szczęście, że nimi nie jesteśmy" ;-0
      My wychodzimy z założenia, że adopcja jest jak urodzenie dziecka i jest nierozwiązywalna. W mojej rodzinie też są tzw. czarne owce - dzieci biologiczne, które mają problem z prawem, kuratora na karku za przemycanie papierosów, za posiadanie narkotyków w większej ilości, za nie chodzenie do szkoły. Ot, młodość szumna i chmurna. I oni też mówią, że starzy są be itp. Ale nikt nie chce ich się pozbyć, skreślić z rodziny. Rodzice walczą o nich i o ich przyszłość.
      A co będzie to życie pokaże, a że życie zawsze ma racje - cóż, wszystko będziemy musieli przyjąć na klatę. My tez nie jesteśmy nieomylni i popełniamy błędy, a Hania nie raz wytknie nam je z satysfakcją i pretensją. Ja też nie byłam święta, potrafiłam moich rodziców zranić słowem i czynem zatem skoro w życiu wszystko wraca muszę być i na to gotowa;-)
      Obyśmy nigdy nie musieli nazywać naszego rodzicielstwa drogą przez piekło.

      Usuń
    3. Ja podobnie jak Tyśka jestem wręcz na 100% pewna, że kiedyś te słowa usłyszymy. Sama - jako dziecko biologiczne - wielokrotnie wykrzyczałam je swoim rodzicom w twarz, kiedy przechodziłam przez etap buntu i za żadne skarby świata nie chciałam się z nimi pod jakimkolwiek względem identyfikować. Do tej pory czasami myślę sobie "no nie, oni nie mogą być moimi rodzicami", kiedy po raz kolejny się ze sobą zetniemy i dadzą o sobie znać ogromne różnice światopoglądowe pomiędzy nami ;)

      Marta bardzo słusznie zauważyła, że zawsze znajdą się jakieś błędy, które nasze dzieci będą miały nam za złe. Z mamą Hani natomiast zgadzam się, że zawsze się o swoje dziecko walczy i stara się sprowadzić je z powrotem na dobrą drogę, nawet jeśli chwilowo z niej zboczyło.

      Ale na to, czy nasz dorosły syn/córka będą chcieli utrzymywać z nami dalszy kontakt, czy nie zechcą wrócić do swojej rodziny biologicznej albo żyć zupełnie odrębnie od nas - nie mamy wielkiego wpływu. Trzeba pamiętać, że rozwiązanie adopcji działa w dwie strony - i z inicjatywą może wyjść również dziecko, po ukończeniu przez nie 18 roku życia. Jeśli tak się stanie - to przecież nie zatrzymamy go przy sobie na siłę.

      Usuń
    4. Ja również w okresie nastoletniego buntu niejednokrotnie probowalam udowodnić ze moi rodzice nie SA moimi biologicznymi... czyli takich slow od dziecka tym bardziej mogą spodziewać się rodzice adopcyjni. Również uważam ze na 99% kiedyś uslysze takie slowa od Adoptusia, na szczęście będę juz wtedy w pelni dojrzala kobieta i mam nadzieje ze uodoprniona.. ze slowa te nie wzbudza we mnie masakrycznych emocji..
      Co do rozwiązania przysposobienia - nie wyobrazam sobie takiej sytuacji.. ale rozumiem osoby które to uczynily dla ratowania swojego życia, swojej rodziny..
      Tak jak pisalas wczesniej.. to jest loteria. Nie wiadomo jakie będzie dziecko jak będzie starsze - niezależnie od tego czy jest biologiczne czy adoptowane..

      Usuń
  7. Jak widzisz po komentarzach bardzo trudny temat poruszyłaś. Każdy kto myśli lub myślał o adopcji zadał sobie to pytanie: co będzie kiedy nie damy naprawdę już rady? I na to pytanie każdy z nas musi odpowiedzieć sobie sam. Podejmując tak ważne decyzje życiowe musimy wiedzieć na co jest gotowy, i ile jesteśmy w stanie poświęcić. Nasze decyzje muszą być bardzo przemyślane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Elu, niestety w pewnym sensie musi to być chłodna kalkulacja, a kierowanie się tylko i wyłącznie emocjami jest często najgorszą rzeczą, jaką można zrobić. Tylko z drugiej strony - czy człowiek jest w stanie wszystko przewidzieć i na wszystko się przygotować? Wiadomo, że nie - i w sumie nie dziwię się, że chociażby autorkę wspominanego przez mnie bloga niektóre sytuacje zupełnie zaskoczyły, zbiły z tropu i doprowadziły do takiej, a nie innej decyzji...

      Usuń
    2. Mi osobiście ciężko "wyłączyć" emocje w podejmowaniu ważnych decyzji. Wiem też, że nie wszystko jesteśmy wstanie przewidzieć lub się przygotować do niektórych rozmów czy decyzji. I to jest chyba najtrudniejsze, że decyzję, którą przyjdzie nam podjąć to tak naprawdę wybór mniejszego zła, jeśli tak to można określić.

      Usuń
    3. Nam też było trudno "wyłączyć" na początku, ale NA SZCZĘŚCIE są chociażby takie blogi jak "Droga przez piekło" oraz rodzice, którzy dzielą się z innymi swoimi okropnymi doświadczeniami. Gdybyśmy pozwolili emocjom sobą zawładnąć, to może i na trójkę byśmy się zdecydowali, i nawet alkoholizm matki przez cały okres ciąży by nam nie przeszkadzał - ale chwała Bogu tak się nie stało i kierowaliśmy się przede wszystkim zdrowym rozsądkiem. Tak czasami trzeba. Nawet jeśli jakieś inne problemy "wyjdą w praniu" - to będziemy mieli świadomość, że sami ich na siebie dobrowolnie nie ściągnęliśmy.

      Usuń
  8. Dlatego ja nigdy się nie zdecyduję na adopcję.Za nic na świecie nie chciałabym skrzywdzić po raz drugi dziecka.Oglądałam kiedyś ten film o rodzinie z Ameryki - porażający!Mam w pracy rodzinę, która jest rodziną zastępczą dla bodajże 6 dzieci.Ludzie bardzo chłodni, niesympatyczni, trudni w kontakcie.Dziewczynka z problemami psychicznymi, jeden z chłopców ma poważne problemy z zachowaniem.Gdy ich odbierają ze szkoły, nawet z nimi nie rozmawiają,chłód wali na odległość.Rozmawiałam często z nimi i to co Oni opowiadali, to nie bajka.Lepsze traktowanie swoich dzieci, lepsze jedzenie i ubrania, ścinanie włosów bo szkoda czasu na czesanie - dramat!W tym roku tych dzieci już u nas nie ma.Podejrzewam,że zostały przekazane do adopcji i mam nadzieję,że trafią na fajny ciepły dom, bo zasługują na to jak nikt inny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie w opisywanej przez Ciebie sytuacji najbardziej zastanawia, kto wydał zgodę na to, by właśnie tacy ludzie pełnili funkcję rodziny zastępczej? Niestety problemem często jest brak właściwego przygotowania, odpowiedniej weryfikacji kandydatów i fakt, że dla niektórych ludzi bycie RZ to tylko sposób na zgarnięcie dodatkowych pieniędzy od państwa.

      Usuń
  9. Podziwiam..
    Ja po ostatnich wydarzeniach myślałam o adopcji.. ale czy dam radę..
    Trzeba być bardzo silna osobą..
    Przydatny wpis.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jestem silną osobą - więc jeden mit od razu mogę tu obalić.
      Trzeba być raczej osobą świadomą swoich własnych ograniczeń - i nie decydować się na dziecko z historią i zaburzeniami, z którymi wiemy, że nie będziemy w stanie sobie poradzić. (Co innego, jeśli takie zaburzenia pojawią się dopiero po przysposobieniu, a wcześniej nie będą ani widoczne gołym okiem, ani zdiagnozowane. Ale świadomie i dobrowolnie na pewno nie "pchałabym się" w adopcję dziecka, którego mama biologiczna np. przez całą ciążę nie rozstawała się z butelką).

      Usuń
    2. Nam w oa mówili, że mb naszej Hani "raczej" nie piła alkoholu. Wiedzieliśmy, że to raczej może znaczyć wszystko. Mb sama zgłosiła się do ośrodka i sama zrzekła się praw rodzicielskich - ojciec zaginął, uciekł "w Polskę". Pół roku później w trakcie badania więzi zasądzonym przez sąd w innym oa niż nasz rodzimy,pani psycholog od razu nam powiedziała, że matka to "raczej piła alkohol w ciąży" - niby z akt sądowych to wynika - i, że powinniśmy być uczuleni na FAS. Od pół roku Hania była już z nami i co w tej sytuacji mieliśmy zrobić??? Wzięliśmy to na klatę i żyjemy dalej. Owszem obserwujemy, patrzymy, czytamy co się da o FAS, ale póki co nic nas nie niepokoi. A co przyniesie przyszłość - nie wiem.
      Dodam jeszcze, że moja psiapsiółka 10 lat temu jak była w ciąży przy każdym naszym spotkaniu zamawiała sobie zawsze zestaw frytki i piwo bezalkoholowe lub tzw. kobiece. I ani nasze gadanie, ani prośby i groźby nie zniechęcały ją do zmiany swoich "upodobań". Dodam przy tym, że normalne, czyli nie będąc w ciąży alkoholu nie tknie bo nie lubi, ale w ciąży to były jej "zachcianki". Nie, moja przyjaciółka nie wywodzi się z tzw, patologii powszechnie pojmowanej, ale z "normalnej" rodziny, była już wtedy nauczycielem akademickim na uniwersytecie ze stopniem naukowym doktora, czyli wydawałoby się, że powinna być świata, mądra i dbać o swoje dziecko. Ciąża była wyczekiwana i upragniona, bo dwa lata nie mogli zajść w ciążę. Moja kuzynka przy dwóch pierwszych swoich ciążach też w trakcie imprez rodzinnych piła alkohol i całe ciąże paliła papierosy, bo 30 lat temu nikt nie miał nic przeciwko temu i to było normalne. Piszę to wszystko, aby pokazać, że nie zawsze wszystko jest białe albo czarne.

      Usuń
    3. To prawda, że w przypadku adopcji dużo jest takich "raczej", "może", oraz "chyba". I w sytuacji, kiedy dziecko już z nami jest od jakiegoś czasu - nic nie zrobimy, możemy tylko obserwować i odpowiednio wcześnie reagować w razie czego. U nas było powiedziane, że mb nie piła i dbała o ciążę - 100-procentowej pewności też nie mamy, jednak wszystkie akta i opinie pracowników OA zdają się to potwierdzać. Kobietom pijącym w stanie błogosławionym naprawdę "gratuluję" ich wyborów - a jeszcze bardziej niektórym lekarzom, którzy nadal nie widzą niczego złego w "symbolicznej" lampce wina do obiadu (tak, jeszcze tacy są - moja koleżanka usłyszała jakiś czas temu od jednego z nich, że taka niewielka ilość nie ma prawa dziecku zaszkodzić !!!)

      Usuń
    4. Czy 30 lat temu to było normalne? No nie wiem...Ja akurat w tym roku skończę 30 lat i mojej mamie nawet do głowy nie przyszło, by palić czy pić w czasie, kiedy nosiła mnie pod sercem. Nawet bez jakiejś szczególnej wiedzy na temat FAS każdy powinien zdawać sobie sprawę, że nikotyna czy alkohol to raczej nie są używki, które mogłyby przysłużyć się w czymkolwiek kilkomiesięcznemu płodowi.

      Usuń
    5. Mój lekarz też mówił, że na relaks najlepsza lampka wina i, że nawet w ciąży można pić - najlepiej czerwone.
      Normalne w sensie, że było dopuszczalne i tolerowane, bo wiedza na temat szkodliwości owych używek była niska. Zresztą wtedy i w miejscu pracy się paliło, nie mówiąc o suto zakraplanych imprezach w pracy.
      Dla mnie też picie alkoholu w ciąży czy palenie papierosów jest NIEDOPUSZCZALNE, ale jak widać, dla niektórych zasada "wszystko jest dla ludzi" obowiązuje niezależnie od sytuacji.

      Usuń
    6. Moja mama miała ze mną w ciąży złe wyniki krwi, także zgadnijcie, jaka była recepta pana doktora? Lampka wina...

      Usuń
    7. Dla mnie to jest niepojęte, jak LEKARZ może mieć takie podejście - o ile niektóre nieświadome i niedouczone matki mogą próbować się brakiem wiedzy usprawiedliwiać, o tyle osoba z takim wykształceniem i wykonująca akurat ten zawód - to mi się we łbie nie mieści...

      Usuń
    8. Wiesz, to było...35lat temu. I oni chyba naprawdę wierzyli, że czerwone wino poprawia wyniki krwi...

      Usuń
    9. Muszę spróbować z ta lampka wina :) .. może wyniki mi się poprawia, a nie ja glupia żelazo łykam a moje jelita blagaja o litość ...:)

      Usuń
  10. Bardzo to smutne i bardzo to trudne. Nie mam do końca zdania na ten temat, bo dopóki samemu nie jest się w danej sytuacji, to trudno gdybać na jej temat. W teorii wydaje mi się, że adopcja jest podobna do urodzenia dziecka - ono się pojawia i jest z nami na całe życie, jakie by nie było. Ale na pewno zdarzają się, jak piszesz, przypadki bardzo złożone i takie, w których trudno oceniać z góry.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My też tak do tego podchodzimy - i mamy nadzieję, że Bąbel będzie z nami w naszej rodzinie już zawsze, jako jej pełnoprawny i bardzo kochany przez wszystkich członek. Ale wpisem tym chciałam pokazać, że nie zawsze tak się dzieje - że życie pisze ludziom najróżniejsze scenariusze i często rzeczywistość bardzo mocno odbiega od wcześniejszych wyobrażeń na jej temat.

      Usuń
  11. Ogladałam kiedyś dawni temu pierwszą część tej historii i wtedy zastanawialam się jak tym dzieciom ułożyło się życie. Dzisiaj obejrzałam Obietnicę dzieciństwa i momo wszystkiego przez co te dzieci przeszły, to dla mnie historia ta pokazuje że dzieci, ktore na buźkach miały wymalowany fas (może sie mylę) wyrosły na osoby radzące sobie w życiu. Nie zrozumiem nigdy tych ludzi, którrzy im taką krzywdę zrobili, że tak je rozdzielili, nie pozwolili na pielęgnowanie więzi choć za granicą dzieci miały tylko siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieci z filmu faktycznie budzą moją wielką sympatię. Nie miały w życiu lekko, a mimo wszystko poradziły sobie, założyły własne rodziny, znalazły jakieś zatrudnienie, mieszkanie i cel w życiu. Straszna szkoda, że najpierw musiały zostać tak ciężko doświadczone przez los. I również nie rozumiem ich RA, bo nawet jeśli faktycznie chcieli adopcję rozwiązać, to nie musieli przecież separować dzieciaków od siebie nawzajem i skazywać ich potem na wieloletnie poszukiwania rodzeństwa po całych Stanach...

      Usuń
    2. No mnie dziwi też system panujący w USA. Moźesz sobie wyobrazić, że ktoś u nad adoptuje rodzeństwo avpirem kaźde po kolei oddaje do innego domu dziecja? Dla mnie to niepojęte, że ktoś na to pozwolił.

      Usuń
    3. Z pewnością też kierowali się "dobrem dzieci" (heh, moje ulubione tłumaczenie...)

      Usuń
    4. bo ten film nie mówi całej prawdy- dzieci z Fas a później dorośli naznaczeni także i RAD nie mają ciągoty kazirodcze - cechuje też ich wielka agresja w stosunku do samych siebie i ludzi z otoczenia. Z pewnością zaczynali współżyć ze sobą oraz niszczyć się wzajemnie i dlatego RA je rozdzielili.

      Usuń
    5. A ta pewność to skąd płynie u Ciebie, Anonimie ? Znałeś tę rodzinę?

      Z tego co zostało pokazane w ostatniej części - te dzieci (aktualnie już dorośli ludzie) całkiem nieźle się odnaleźli pomimo wielu ciężkich przeżyć, mają swoje rodziny, pracę i jak na taki bagaż doświadczeń udało im się wyjść z tego wszystkiego obronną ręką.

      Usuń
    6. Znam wiele takich rodzin - sam byłem rodzicem zastępczym a teraz adopcyjnym. Ja i żona przeszliśmy podobne piekło, co autorka bloga - droga przez piekło. Gorsze jednak piekło od nas przeżył nasz adoptowany syn. Ten co zgotowal nam ten los odszedł. Został w nas strach i obawy, że kiedyś odnajdzie naszego syna i zrobi mu krzywdę.System pieczywo zastępczej w Polsce jest w powijakach-ludzie sami sobie są pozostawienie, tak pięknie się mówi o pomocy. Nie ma żadnej pomocy. Dzieci do rodzin trafiają bez dokumentów, bez książeczek zdrowia. Pamiętam kiedy z duszą na ramieniu szliśmy z dzieckiem na badania krwi sprawdzić czy nie ma HIV. Okazało się, że matka była narkomania.... Oczywiście info nie było od naszego PCPR. Dużo by o tym opowiadać.

      Usuń
    7. Oczywiście, takie sytuacje się zdarzają - ale moim zdaniem nie powinno się traktować ich jako pewnik i regułę. Bardzo mi przykro, że akurat Waszą rodzinę coś takiego spotkało - jednak sama znam naprawdę wiele rodzin adopcyjnych (i z życia realnego, i z blogosfery), które nigdy takich problemów nie miały, są szczęśliwe, ich dzieci nie wymagają dodatkowej terapii czy innej specjalistycznej pomocy.

      Moim zdaniem rzeczywiście sporo zależy od ośrodka adopcyjnego - i od tego, czy od początku gra z rodzicami w otwarte karty - oraz od instytucji, w której dziecko wcześniej przebywało. My dostaliśmy z domu dziecka wszystkie Bąblowe dokumenty, komplet badań ( w tym również na obecność HIV), naprawdę dużo informacji o jego rodzinie biologicznej. Nie miałam nawet przez chwilę poczucia, że ktoś przed nami coś ukrywa - i do tej pory nie działo się nic, co mogłoby budzić moje wątpliwości i podkopać moje zaufanie do pracowników.

      Mam nadzieję, że Wasz strach i obawy są nieuzasadnione - i że już nic złego się w Waszym życiu nie wydarzy. Życzę wszystkiego, co najlepsze.

      Usuń
  12. Trudny temat. Mega trudny. Na pewno powinno się o tym mówić, bo takie rzeczy się jednak dzieją. Zakładamy, że decyzja o tym, aby rozwiązać adopcję, to wyjątkowa ostateczność, ale kiedy ona już nadejdzie, warto, żeby rodzice adopcyjni czuli, że nie są z tym sami. Nie wiem, czy dobrze ubiorę w słowa to, co mi chodzi. Zwyczajnie wierzę, że nikt, kto adoptuje dziecko, nie myśli: najwyżej oddamy. Są jednak tak trudne sytuacje, los bywa tak przewrotny, że dobrze, aby ci rodzice wiedzieli, że nie muszą być bohaterami za wszelką cenę. Że jeśli wszystkie środki, pomoce zawiodły, to czasem bez wstydu, bez strachu przed wytykaniem palcami, można złożyć broń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak właśnie powinno być, święte słowa! Nie wiem, jak to wygląda w rzeczywistości - i mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała się o tym przekonać. Jednak niejeden raz zdarzyło mi się czytać gdzieś na forach wypowiedzi rodziców adopcyjnych, którzy byli bardzo rozżaleni, zagubieni i niespecjalnie mogli liczyć na wsparcie instytucji w walce o swoje dziecko. Wydaje się więc, że ludzie często zostają z problemami całkiem sami, a tzw. specjaliści niesamowicie miotają się w diagnozach i własnych domysłach.

      Usuń
    2. A jeśli do tego dodamy specyfikę naszego społeczeństwa, które a)poczęstuje Cię stwierdzeniami, że to było do przewidzenia, b)zaczną Cię osądzać, że "nie dałaś rady", "poddałaś się", to można naprawdę wyjść mega okaleczonym i zwichrowanym. Gdzie sama sytuacja, to, że w ogóle ma miejsce, jest na pewno strasznie traumatycznym przeżyciem.

      Usuń
    3. Tak mi się teraz skojarzyło- nie wiem, czy pamiętasz, ale był jakiś czas temu, taki trend do lukrowego przedstawiania macierzyństwa. Ta idealna sielanka, aż kipiała z reklam/gazet- uśmiechnięta, wymalowana, wypoczęta mama i zdrowy, rumiany, pulchny dzidziuś- roześmiany od ucha do ucha. I gdzieś tam w podziemiach mamy, które w niczym nie przypominały tych mam z gazet, reklam, wywiadów... I nie ważne, czy ich dzieci, były słodkimi aniołkami, czy nie... To było takie wstydliwe powiedzieć- nie rzygam tą macierzyńską tęczą. Dopiero od niedawna uczymy się, że można mieć gorszy dzień, że mamy prawo do własnych, niekoniecznie zalewających falą bezgranicznej miłości odczuć, że możemy być wystarczająco dobre, a nie idealne... Jaki to ma związek z tytułem posta? Ano taki, że myślę sobie, że ten temat powinno się jednak częściej podejmować. Żeby rodzice adopcyjni nie bali się mówić. Żeby nie czuli się winni, jeśli czasem trzeba podjąć ten ostateczny krok (oczywiście sytuacje o których mówimy, w moim odczuciu są analogiczne do tych, z drogi przez piekło, bo nie oszukujmy się- w każdej rodzinie są na jakimś etapie trudności wychowawcze), żeby wiedzieli, że nie są sami. I żeby mogli wyjść z "podziemia". Bo to ważne. To może być także ważna lekcja dla tych, którzy są dopiero na początku adopcyjnej drogi, albo biją się z myślami, czy na nią wejść...

      Usuń
    4. Mnie się wydaje, że niektóre mamy nadal temu lukrowanemu trendowi ulegają i wręcz panicznie boją się głośno stwierdzić, że coś je w ich macierzyństwie uwiera, boli, zupełnie rozmija się z wcześniejszymi wyobrażeniami. Bo zostaną uznane za "wyrodne" albo ktoś to zupełnie zbagatelizuje i stwierdzi "nie ty pierwsza tak masz i nie ostatnia - nie rozczulaj się nad sobą". A kiedy w grę wchodzi dodatkowo wcześniejsza niepłodność i walka o ciążę to już w ogóle hardcore - jeśli tylko odważysz się choć jedno złe słowo odnośnie macierzyństwa powiedzieć, to zaraz Ci wytkną, że jesteś niewdzięczna, że przecież mogłaś tego dziecka w ogóle nie mieć i że powinnaś już do końca życia tylko i wyłącznie ze szczęścia skakać. G.... prawda, moim skromnym zdaniem. Uważam, że im więcej mam przełamuje tę "zmowę milczenia" i zaczyna mówić nie tylko o blaskach, ale również i cieniach wychowywania dziecka oraz wszystkich kryzysach z tym związanych - tym lepiej.

      Usuń
    5. Masz rację dokładnie tak jest jak piszesz. Choć ja tam nie boję się mówić prawdy;-0
      Z kolei moja siostra ma rocznego synka i kiedy jej tak czasem mówiłam jak mi czasem ciężko, że już czwartą noc nie śpimy bo dziecię nasze chore itp. to zawsze słyszałam "nie przesadzaj, a jakieś dobre strony macierzyństwa wymienisz?";-0
      Jest ich pełno, ale co to już pomarudzić nie wolno?;-0
      Moja młodsza siostra ma jednak inny styl "matkowania". Młody od początku śpi z nimi w łóżku, łóżeczko jest meblem ozdobnym. Płacz - a co to takiego? Nie może płakać, bo jest tragedia więc zaraz jest brany na ręce, Na spacerach też jest noszony, bo w wózku nie usiedzi - jak miał 4 miesiące to już wymuszał wysiadkę z wózka. Fotelik samochodowym też jest "be", więc często-gęsto jest wożony na kolanach! Ale moja siostra nie narzeka - dziecko ma być zaspokojone pod każdym względem i już! Dla mnie to hardcor, ale dla nich to sama przyjemność;-0 I oni faktycznie nigdy nie narzekają;-) My jednak chyba jesteśmy bardziej wygodni, albo starość nam już doskwiera;-0

      Usuń
    6. No ja też z tych, które bez problemu powiedzą, że bycie mamą to nie tylko cud, miód i orzeszki. Kurczę, jak mnie to irytuje- no jak się ma pożalenie siostrze/koleżance/mamie, że jest się po prostu ZMĘCZONYM, do siwerdzenia, czy wymienisz jakieś dobre strony macierzyństwa?? Czy to naprawdę jedno wyklucza drugie? Bo ja mogę podczas tej samej rozmowy wykrzyczeć, że jestem TERAZ potwornie zmęczona, znużona, wykończona psychicznie, oraz, że za żadne skarby nie cofnęłabym czasu. Jesteśmy tylko ludźmi i dajmy sobie do tego prawo. Powiem więcej- ja jak najbardziej szczerze współczuję mamom, które mają za sobą długie starania o dziecko, bo dla mnie niepojęte jest oczekiwać od Nich jakiś nadprzyrodzonych sił, niekończących się pokładów cierpliwości... To tak nie działa. To wyczekane dziecko, też jest w pewnym sensie- poza spełnieniem marzeń, tylko dzieckiem- które nie da spać, będzie chorowało, zrobi scenę w sklepie, albo zwyczajnie- po prostu będzie czasem baaaaardzo absorbujące, kiedy my będziemy chciały mieć dosłownie chwilę spokoju.

      Co do stylu wychowanie dziecka Twojej siostry, Tyśka, to... hmm, staram się nie oceniać innych mam, każda ma swoją wizję, swoje założenia, ale rzeczywiście- dla mnie też to lekki hardcore, więc faktycznie- chyba nie jestem już tak wyluzowana, jak ci młodzi rodzice :D

      Usuń
    7. Tyśka, styl Twojej siostry dla mnie osobiście jest nie do przyjęcia. Nawet bez takich zachowań Młody niejednokrotnie próbuje dosłownie wleźć nam na głowę, więc gdybym dodatkowo we wszystkim mu ulegała, na wszystko pozwalała i dawała się tak "terroryzować", to nie wiem, jakby to wyglądało...Najwyraźniej jestem jeszcze względnie młoda wiekiem, natomiast mentalnie już do tych rodziców-staruszków się zaliczam ;)


      Marta, dobrze gadasz! Jedno z drugim wcale się nie wyklucza - można bardzo kochać swoje dziecko, a jednocześnie czasami mieć ochotę wystawić je na balkon dla ostudzenia pewnych jego zapędów. Takie bredzenie osób postronnych tylko jeszcze podsyca moją frustrację, a jak już do wszystkiego zaczynają wtrącać się Bąblowi dziadkowie - to Boże, miej ich w swojej opiece. Im samym niejeden raz nerwy puściły, podnieśli na mnie głos czy nawet kapcia użyli dla "wyjaśnienia" mi pewnych kwestii - a ja na Młodego nawet spojrzeć krzywo nie mogę, bo przecież wnusiu nie musi żadnych reguł przestrzegać i może uskuteczniać, co mu się tylko żywnie podoba...

      Usuń
    8. Bąbelkowa Mamo, na temat "amnezji" dziadków (w naszym wypadku konkretnie dziadka) to mogłabym duuuuuuużo napisać. Jednocześnie, minimalnie odetchnęłam, że to nie tylko u nas w rodzinie tak to wygląda. Nie, żebym się cieszyła, bo rozumiem, ile nerwów to Ciebie kosztuje. Mój ojciec naprawdę baaaaaardzo delikatnie pisząc- cierpliwości nigdy do nas nie miał. Co więcej- jak to w tamtym okresie najczęściej bywało- dzieci były TYLKO dziećmi i to one miały się całkowicie podporządkować rodzicom (teraz można zaobserwować przesadę w drugą stronę...)także mój ojciec oczekiwał, że będziemy niewidoczni i niesłyszalni. Za to jako dziadek... Mój Boże- jakie On ma ta teorie na temat wychowania... Jak słyszę z Jego ust o opanowaniu, cierpliwości, o tym, że dzieci mają swoje prawa... Na szczęście to mój brat musi wysłuchiwać, bo przysięgam, gdyby tatuś chciał mnie edukować, to by się przekonał, że genów nie oszukasz i moja cierpliwość potrafi się bardzo szybko skończyć, w tym konkretnym przypadku! Swoją drogą, tak mnie zastanawia- kogo Oni z nas robią? Naprawdę myślą, że nam te historie z dzieciństwa "umknęły"??? I czy Oni wierzą w to, że byli tak dobrymi rodzicami, za jakich się teraz mają???

      Usuń
    9. A wiesz, kiedyś postanowiłam ich o to spytać :) No i odpowiedź brzmiała "z czym ty mu tutaj teraz wyjeżdżasz, skoro to było tyle lat temu, a ja nawet nie pamiętam, co wczoraj na obiad jadłem". Ale osobiście jakoś w tę "amnezję" nie wierzę - to po prostu zdecydowanie wygodniejsze wytłumaczenie, niż przyznanie się do własnych błędów i porażek. U mnie na szczęście na takie zaniki pamięci jeszcze przez jakiś czas się nie zanosi, więc zamierzam do niektórych rzeczy z uporem powracać, kiedy tylko dziadkowie zaczną mi się znów za bardzo panoszyć.

      Usuń
    10. O tak amnezję mają moi też a przecież doskonale pamiętam jak kilka razy oberwałam. Kilka lat temu to skonfrontowałam z mamą ze szczegółami takimi jak np kolor tego sznura do bielizny którym wymierzyła mi sprawiedliwość. O no oburzenie taaakie bylo i zapowietrzenie się rodzicielki że jak to myśmy cię bili ??? No amnezja jak nic no i pouczanie ze dzieci bić nie wolno i trzeba rozmawiać i nie krzyczeć. Teraz wiedzą;)

      Usuń
    11. jak ci się należało to dostałaś. Teraz to dzieci biją rodziców a oni nie mogą się nawet bronić!

      Usuń
  13. Na rozprawie sędzina chyba trzykrotnie spytała nas, czy jesteśmy świadomi tego, co robimy. Byłam nawet trochę oburzona, ale w obliczu tych statystyk, wcale się nie dziwię. Sędzina pewnie nie jedno już widziała. Decydując się na adopcję (w ogóle na dziecko) zakładamy, że jesteśmy z dzieckiem na dobre i na złe, że zrobimy wszystko, żeby je wychować tak, żeby w przyszłości radziło sobie w dorosłym w życiu. Każdy kochający rodzic chce tego dla swojego dziecka, niezależnie od drogi, jaką pojawiło się w jego życiu. Tylko życie bywa nieprzewidywalne. Czasem zdarzają się tak trudne sytuacje (jak w przypadku autorki bloga o której piszesz), że zmuszają do ostatecznych kroków. Oby nas nigdy nie dotyczyły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nas też pytano o to na każdym etapie aż do obrzydzenia - i doskonale rozumiem, dlaczego. Bardzo mądrze piszesz, nie trzeba już nic dodawać. I obyśmy faktycznie nigdy nie musieli z naszymi dziećmi przez takie straszne doświadczenia przechodzić.

      Usuń
  14. Mało kiedy się zdarza,że nie mam zdania...Po prostu nie potrafię sobie wyobrazić co by było gdyby,zresztą,tego nikt nie przewidzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja pewnie też nie miałabym zdania, gdyby kwestia adopcji bezpośrednio nas nie dotyczyła - albo miałabym zdanie bardzo wypaczone przez krążące stereotypy, którym większość ludzi po części ulega.

      Usuń
  15. nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Naprawdę. kurczę.. przecież to się wiąże z ogromnym przywiązaniem. BA! z miłością. i nagle co? ma tego człowieka zabkranąć? jak już się decydujesz na adopcję, to w pełni świadomie, dziecko to NIE ZABAWKA

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Generalnie się z Tobą zgadzam, ale...No właśnie, zawsze jest jakieś ALE...Domyślam się, że nie czytałaś bloga, o którym wspominam w poście. Jestem też przekonana, że jego lektura mogłaby bardzo dużo w Twoich poglądach zmienić - podobnie jak zmieniła w moich i wielu innych par, które znam. Dziecko to nie zabawka, ale rodzic adopcyjny to też nie żaden heros odporny na wszelkie wstrząsy - i chyba naprawdę niewiele jest osób, które wytrzymałyby to, co zafundowały autorce bloga jej nastoletnie dzieci...

      Usuń
  16. nie zazdroszczę autorce tamtego bloga koszmaru jaki przeżyła chcąc dać innym dom i miłość! wydaje mi się że zawsze zostaje u obu stron ten margines iż nie do końca jesteśmy my rodzicami a dziecko naszym dzieckiem. Ja bardzo bym się bała przyjąć dziecko pod swój dach

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakiś strach zawsze jest, to prawda. I oczywiście się dziecko kocha, stara się być dla niego jak najlepszym rodzicem i zrobić wszystko, by było szczęśliwe - ale o jego przeszłości, historii i rodzinie biologicznej też trzeba pamiętać. Może nie stale, nie na co dzień, nie w każdej chwili naszego wspólnego życia - lecz na pewno niektóre sytuacja będą od nas jeszcze niejeden raz wymagały konfrontacji z taką, a nie inną rzeczywistością.

      Usuń
  17. Jako aspirująca mama adopcyjna przeczytałam "drogę przez piekło"..... kiedy już otrząsnęłam się z emocji i spojrzałam na temat z dystansu, "na zimno" dziś ta sytuacja raczej nie miałaby miejsca- jeśli dobrze pamiętam był to pierwszy OA w jakimś tam mieście, lata 90-te normy wg uznania czyli brak norm, psychologia nawet nie w powijakach....rodzice poinformowanie o niepełnosprawności najstarszego dziecka- pochodzącego z kazirodczego związku- totalnie nieświadomi co mogły doświadczyć ich dzieci+ zero pojęcia jak radzić sobie z tą sytuacją. Mój znajomy został adoptowany tylko dlatego, że jego rodzice pojechali po dziecko, w wieku który określili- ok. roczku, a tata zobaczył szkraba i powiedział że go chce- był rok 1992. Nie chcę idealizować, ale wtedy to był Dziki Zachód we wszystkich aspektach życia ekonomicznego, kulturalnego, urzędowego i także adopcyjnego. Chodząc na szkolenia mam czasem dosyć słuchania o chorobach, zaburzeniach więzi itp., ale czytam, słucham i wierzę, że możemy zrobić dla naszych dzieci dużo więcej niż można było dla nich zrobić w "tamtych" czasach. Dodam, że nie jestem altruistą- chciałam bym dziecko bez obciążeń, choć OA twierdzi że takowych nie ma, i kiedy już padną konkretne pytania jakie są nasze ograniczenia, nie mam pojęcia co powiemy, jednak wierzę że za kilka, kilkanaście lat liczba wniosków o rozwiązanie adopcji będzie dużo mniejsza, ponieważ paradoksalnie nasza świadomość i wiedza będzie dużo lepsza:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że poziom wiedzy jest większy niż te naście lat temu - pojawiają się też nowe publikacje takie jak chociażby "Wychowanie zranionego dziecka" i rodzice adopcyjni też chętniej dzielą się własnymi doświadczeniami. Ale czy specjalistów w temacie FAS i RAD jest faktycznie takie zatrzęsienie? Na myśl przychodzi mi zaledwie kilka nazwisk - a wiem od znajomych osób, które się z nimi osobiście zetknęły, że pokładane w nich nadzieje też były bardzo na wyrost.Obyś jednak miała rację.

      Usuń
    2. oj nieee- u nas nie ma żadnych specjalistów:) czasem mam wrażenie, że OA chce takich specjalistów z nas zrobić - dlatego zadają nam czytanie tych książek:)
      Potwierdzeniem Twoich słów jest fakt, że Wychowanie zranionego dziecka jest tłumaczone na język polski tylko dzięki rodzicom szukającym odpowiedzi co się dzieje z ich dzieckiem- fajnie, że OA po nie sięgają, ale to jest smutne podsumowanie rozwoju polskiej psychologii

      Usuń
  18. Zdaję sobie sprawę, że sytuacje bywają bardzo różne, ale ja bym nawet psa do schroniska nie oddała, a co dopiero mówić o dziecku...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja napiszę to, co Marecki poniżej: "nigdy nie powinno mówić się nigdy" - bo oczywiste jest dla mnie, że nikt z byle powodu i z lekkim sercem adopcji nie rozwiązuje, ale jeśli weźmie się pod uwagę sytuacje tak skrajne jak w przypadku "Drogi przez piekło", to jak wiele jest osób, które by to psychicznie wytrzymały? Moim zdaniem w tym przypadku alternatywą było albo rozwiązania adopcji - albo kaftan bezpieczeństwa i pokój bez klamek, wyłożony gąbką.

      Usuń
  19. W życiu są różne sytuacje dlatego uważam, że nigdy nie powinno mówić się nigdy, ale też pewnych tematów nie powinno się poruszać ani oceniać. Utrata dziecka, nawet adopcyjnego to niewątpliwie tragedia dla rodziców jak i samego dzieciaka. Powinno się wspierać wszystkie osoby związane z takim nieszczęściem i przemilczeć tezy typu "dziecko adopcyjne ma złe geny". Geny to jedno, ale moim zdaniem nie mają one żadnego wpływu na przyszłe zachowanie człowieka. Instynkt macierzyński ma prawie każdy i nie ważne kto zrobił za to ważne kto wychował! Z autopsji wiem, że dziecko biologiczne zawsze będzie przed dzieckiem przysposobionym, taka jest niestety sama natura. Chylę czoła przed wszystkimi adopcyjnymi rodzicami. Przeszli przez biurokratyczne piekło, nie zrezygnowali w przedbiegach a to już dużo! Jeśli z jakiś powodów adopcja została cofnięta to przykro mi bardzo i to wszystko. Nie wypada mi oceniać, potępiać czy obwiniać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem roli genów nie należy przeceniać, ale też nie powinno się jej zupełnie bagatelizować. Bardziej przychyliłabym się do teorii "50% geny, a drugie 50 - wychowanie" - choć są pewnie i zachowania/sytuacje, których ani jednym, ani drugim czynnikiem nie da się racjonalnie wyjaśnić.

      Usuń
  20. Jestem MA ponad 11 lat i dla mnie aktualnie rozwiązanie adopcji to matriks. Nie wyobrażam sobie w naszym przypadku. Jednak czasami moje myśli są takie: może E. w innej rodzinie miałby więcej wsparcia, może byłby lepiej prowadzony i jego dysfunkcje byłby opanowane, może byłby szczęśliwszy i bardziej zaopiekowany. Tak czasami myślę, że mogłabym więcej, lepiej, częściej, sumienniej. JA - nie syn.

    OdpowiedzUsuń
  21. Weszłam na tego "piekielnego" bloga, o którym wspomniałaś... Oj niemądra ja, po co ja tam weszłam?;p To nie na moje nerwy jednak... Tłumaczę sobie, że to jest rzadki przypadek i większość wygląda zupełnie inaczej, ale rozwaliło mnie to. Z moją hiperempatią, nie mogę przestać myśleć o tej historii...

    Ale wracając do tematu adopcji w ogóle... Myślę, że kluczowe jest to, że każdy przypadek jest szczególny. Dotyczy to zarówno przyszłych rodziców adopcyjnych, jak i dzieci. Komunikaty, czy to medialne, czy to pochodzące z dalszego i bliższego otoczenia, które próbują różne doświadczenia standaryzować, są dobre, bo krótkie, zwięzłe, mają szansę dotrzeć do większej liczby ludzi. Ale w tym wszystkim... kiedy przychodzi co do czego, kiedy otwieramy usta, by szybko wydać jedyną słuszną ocenę, nie wolno nam zapominać, że każda sytuacja jest wyjątkowa. Warto pamiętać, że łatwo wydawać sądy z perspektywy obserwatora, a nie uczestnika...

    OdpowiedzUsuń
  22. Filmy musze oglądnąć,kawałek tylko tego pierwszego zdążyłam zobaczyć. Na bloga tez zagladne ale juz czuje że mnie nie zdziwi bo wszystko jest możliwe. Może się tak stać ba nawet w biologicznej rodzinie tez tak może się stać. Przyznam się tu że kurde sama mojemu nastolatkowi powiedziałam w złości ze może by go oddać do domu dziecka :( Mądre to nie było,wiem ale już wtedy nie wytrzymałam. Jeszcze stwierdziłam że już za stary i sie mi to nie uda.
    30 lat temu się urodził mój kuzyn,mamusia tak piła i paliła że to cud że to dziecko zdrowe się urodziło. Na szczęście taka " ciocia" już w rodzinie nie jest ze 20 parę lat,ojciec wychował dziecko sam.

    OdpowiedzUsuń
  23. Strasznie trudny temat, na prawdę wolałabym wierzyć, że takie historie nie mają miejsca, i że rodzice adoptując dzieci odnajdują szczęście, a dzieci miłość której potrzebują. Z drugiej strony w rodzinach biologicznych jest też tyle tragedii, tym bardziej nie ma co się dziwić w rodzinach adopcyjnych.

    OdpowiedzUsuń
  24. Moi rodzice pracowali w domu dziecka i przychodziłam tam się z dziećmi bawić, widać że chcieliby mieć też prawdziwe rodziny.. Raz pamiętam jak przyjechała dwójka małych dzieci i płakali że chcą do domu.. Zabrano dzieci tym rodzica bo chyba je bili i oni pili.. Jak to wspominam aż płakać się chce.. Szkoda takich dzieci..

    OdpowiedzUsuń
  25. Temat adopcji nie jest mi obcy, chociaż realizacja mi umknęła. Nie oglądałem jeszcze tych filmów, które zamieściłaś, ale w temacie nieudanych adopcji oglądałem, a nawet nagrałem sobie film o adoptowanej przez pewną parę Duńczyków - dwoje dzieci z Afryki. Dziewczynka miała coś koło pięciu lat, a chłopiec rok, czy półtora. Długo się starali o te dzieci, wydali kupę kasy, wyjeżdżali do Afryki kilka razy i zgodnie z wymaganiami tamtych państw, przebywali z dziećmi tak długo, jak trzeba, a ośrodek adopcyjny im to ułatwiał. Dzieci były od umierających (chyba na AIDS)rodziców. Niestety po przyjeździe do Danii z każdym dniem coraz bardziej się potwierdzało, że dziewczynka nie akceptuje swoich adopcyjnych rodziców. Doszło do takiego stopnia, że trzeba było rozwiązać adopcję. Chłopiec został, a dziewczynka wróciła do Afryki. Okazało się później, że biologiczni rodzice wcale nie byli umierający, nawet nie mieli HIVa, nie mówiąc o AIDS. Zostali omamieni przez tamtejszy ośrodek adopcyjny - dom dziecka, który naobiecywał rodzicom pieniądze, roztoczył świetlaną przyszłość dzięki dobremu wykształceniu, jakie mieli zdobyć wszyscy ich bracia i siostry (o których w ogóle nie wiedzieli rodzice adopcyjni). Kłamstwo poganiało następne kłamstwo. Kierownictwo ośrodka zgarnęło forsę do prywatnej kieszeni, a biologiczna rodzina dostała z tego ochłap. Sprawa w ogóle by nie wyszła na jaw, gdyby nie tęsknota dziewczynki za rodzicami i rodzeństwem. A ile jeszcze takich spraw nie wyszło na jaw? Albo raczej możnaby spytać jaki odsetek.

    OdpowiedzUsuń
  26. Znam taką historię - niestety. Kobieta chciała zacząć nowe życie, z nowy partnerem, z nowym dzieckiem. Dziecko adoptowane okazało się balastem. Dla mnie to bardzo smutna historia...

    OdpowiedzUsuń
  27. Przeczytalam tego bloga (prawiejakmatka) juz kiedys, przygotowujac sie do decyzji o adopcji. Mysle ze trzeba byc swiadowmym wszystkiego, nawet takich skrajnych przypadkow, zeby te najwazniejsza decyzje podjac naprawde swiadomie. Zreszta, w tej historii to nie matka zdecydowala sie na rozwiazanie adopcji, ona robila co mogla, zeby te dzieci "uratowac" przed nimi samymi. To prokurator zdecydowal o rozwiazaniu.

    OdpowiedzUsuń

Wszelkie opinie, sugestie, nieskrępowana wymiana zdań, a nawet konstruktywna krytyka - mile widziane :)