środa, 19 czerwca 2019

Oceny nie są najważniejsze ! Świadectwo z czerwonym paskiem - też nie ! Wyścig szczurów w polskiej szkole : czas-STOP!

Wszystkie moje szkolne świadectwa były do siebie bardzo podobne : czerwony pasek, średnia ocen powyżej 5, drobnym druczkiem w dziale "dodatkowe osiągnięcia" wypisane miejsca zajęte w konkursach i olimpiadach. Potem: matura ze wszystkich przedmiotów zdana na niemal 100%  na poziomie rozszerzonym - a na studiach stypendia naukowe i inne wyróżnienia, które mile łechtały moje ego...

Tak - byłam z siebie dumna. Moi rodzice i nauczyciele również. Z jednej strony nie dziwi mnie taka duma - a z drugiej wiem, że mi to wszystko przychodziło po prostu łatwo. Wiem też, że niektórym uczniom przychodzi z trudem lub wcale - pomimo wielkich starań. I chyba najgorszym rodzicielskim błędem jest wówczas wpędzanie dziecka w kompleksy oraz w poczucie winy, że jest "głupsze" od innych (bo to g****o prawda!)

koniec roku szkolnego - zakończenie roku szkolnego 2019 - oceny nie są najważniejsze - świadectwo z czerwonym paskiem - wyścig szczurów
foto: mamdziecko.interia.pl

 Uwierzcie mi - OCENY NIE SĄ NAJWAŻNIEJSZE !  Jeśli dziecko chce się uczyć, 
robi to z przyjemnością, chłonie wiedzę niczym gąbka - to naprawdę cudownie, ALE...

...szkolne oceny nas nie definiują i nie określają naszej wartości jako człowieka ! Jeśli na Twoim świadectwie przeważają trójki i czwórki to absolutnie nie znaczy, że jesteś "gorszy" od tych, którzy mają na nim same piątki oraz szóstki. To często znaczy tylko tyle, że oni lepiej wpisują się w szkolne ramy i schematy!

...oceny wcale nie muszą świadczyć o inteligencji - a jedynie o umiejętności wpasowania się w obowiązujące klucze odpowiedzi i opanowania szkolnego materiału na zasadzie "zakuj, zdaj, zapomnij"!

...oceny są moim zdaniem zupełnie błędną i przestarzałą metodą weryfikacji wiedzy - ponieważ bardzo często wprowadzają chorobliwą rywalizację nie tylko między dziećmi, ale również między ich rodzicami (sic!) Byłoby wręcz idealnie (ale i mocno utopijnie...), gdyby każdy uczeń był w szkole porównywany nie do swoich rówieśników - lecz do...samego siebie (na zasadzie postępów, jakie zrobił - oraz systematycznej pracy i włożonego wysiłku);

...oceny z plastyki, muzyki czy wychowania fizycznego to w moim odczuciu po prostu kpina - bo jak można oceniać coś, co od dziecka jest bardzo często zupełnie niezależne? Nie każdy przecież ma predyspozycje, by być drugim Picassem czy Pavarottim. Nie każdy ma też kondycję i talent, by kopać piłkę jak Lewandowski. Są dzieci bardziej i mniej uzdolnione, bardziej i mniej sprawne ruchowo - ale nie ze swojej "winy", tylko po prostu dlatego, że takie się urodziły ! System oceniania (plus postawa niektórych nauczycieli) niepotrzebnie wpędza takich uczniów w kompleksy, naraża na drwiny ze strony rówieśników, podkopuje poczucie własnej wartości i jeszcze bardziej zniechęca do jakiegokolwiek zaangażowania.

...oceny mogą pomóc - lecz same w sobie nie zagwarantują nikomu świetnej pracy, lepszego startu i życiowego sukcesu, jeśli zabraknie odpowiedniej siły przebicia i zdolności autopromocji / znajomości / umiejętności interpersonalnych, które są w tym wszystkim o wiele bardziej istotne !

...zdecydowanie zbyt mocno skupiamy się (jako uczniowie, rodzice, nauczyciele) na ocenach i punktacjach - a zbyt mało uwagi poświęcamy rozwojowi dziecięcej kreatywności, inteligencji emocjonalnej oraz praktycznych umiejętności załatwiania zwykłych, prozaicznych spraw. 

Dlaczego piątkowi uczniowie pracują dla trójkowych ? 
(bo chyba zgodzicie się ze mną, że bardzo często tak jest) 

Niezwykle obrazowo przedstawia to poniższy filmik...


...który zresztą w dużej mierze pokrywa się z moimi osobistymi obserwacjami.

1. Uczniowie piątkowi i szóstkowi są często zbyt mocno pogrążeni w swoich książkach i czysto teoretycznych "rozkminach" - co niejednokrotnie przekłada się na oderwanie od rzeczywistości i trudności w późniejszym odnalezieniu się na rynku pracy.

2. Piątkowiczom zdarza się osiadać na laurach - bo wydaje im się, że ze względu na swoje świetne świadectwa wszystko dostaną niemal "z automatu" i bez dalszego większego wysiłku (a "życie to nie bajka, nie głaszcze cię po jajkach" - jak napisał kiedyś w swoim wypracowaniu jeden z moich licealnych kolegów ;) ) 

3. Uczeń trójkowy w pewnym momencie zdaje sobie sprawę z tego, iż nie jest orłem w nauce - więc musi nadrobić to poszukiwaniem jakichś innych rozwiązań i zdobyciem konkretnego fachu, który daje mu niejednokrotnie pieniądze znacznie większe i bardziej satysfakcjonujące, niż absolwentom wyższych uczelni. (Znam niejednego magistra, a nawet dwóch adeptów medycyny - którzy obecnie tyrają po 12 godzin dziennie na stacji paliw i w galerii handlowej za najniższą krajową, podczas gdy ich trójkowi koledzy mają własne, świetnie prosperujące firmy budowlane).  

koniec roku szkolnego - zakończenie roku szkolnego 2019 - oceny nie są najważniejsze - świadectwo z czerwonym paskiem - wyścig szczurów
foto: memy.pl

I na koniec - żeby nie było - ten tekst absolutnie nie jest 
bojkotem nauki oraz zdobywania wiedzy ! 

Jasne - marzy mi się, żeby naszemu Bąblowi nauka przychodziła w przyszłości bez trudu, lekko i przyjemnie. Chciałabym, żeby lubił szkołę, rozwijał w niej swoje pasje,  zainteresowania i kreatywność. Ale jeśli tak nie będzie, jeśli na naszej drodze pojawią się jakieś "schody" do pokonania - to nie chcę wywierać na nim nadmiernej presji i ustawiać go za wszelką cenę na starcie tego całego edukacyjnego "wyścigu szczurów"... 

Mam nadzieję, że nigdy nie zapytam go "dlaczego tylko czwórka - a nie szóstka?" Mam nadzieję, że nigdy nie powiem mu "inne dzieci to potrafią - a Ty nie!" - bo wiem, że każdy człowiek ma swoje INDYWIDUALNE predyspozycje, zdolności oraz talenty !

Chciałabym, żeby był po prostu szczęśliwy i  odnalazł swoje życiowe powołanie - niezależnie od tego, czy będzie to kariera akademicka, prowadzenie własnego biznesu, czy też dająca satysfakcję praca fizyczna. Bez względu na wszystko i tak ZAWSZE będę z niego dumna - z czerwonym paskiem na świadectwie, czy bez niego ! 

A jakie jest Wasze zdanie na ten temat?
Zapraszam do dzielenia się nim w komentarzach :)

46 komentarzy:

  1. Wpis jak na zamowienie- ja dokladnie tak jak ty, piatkowa, czy nawet celujaca i....no coz nikogo nie obchodzi me swiadectwo, czy wyksztalecnie. Wazniejsza byla aparycja, kontaktowosc, dopasowanie sie i pracowitosc. Mlody z pala z matematyki na maturze majac dokladnie te same cechy co mamuska dostal sie do nastepnej szkoly...wczoraj ja zapytalam a dlaczego z dwoch przedmiotow tylko 3??? Tak, kalam sie....powinnam sie cieszyc ale lata wlasnego drylu w domu zostawily slad w glowie. Jeszcze we mnie siedzi, ze tylko 5i4 sa wazne, jeszcze nie dociera, ze nie mozna miec wirygodnie dobrych ocen z WSZYSTKICH!!!! przedmiotow. Widze po Mlodej, ta idzie jak burza mimo zmian szkoly i roznych wybrykow. Zycze Ci Karolino tej madrosci przy wychowaniu Babla, moze czasy sie zmienia, moze osobowosc bedzie wazniejsza niz ten slawetny czerwony pasek??
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam taką nadzieję. Widzę, że coraz więcej rodziców skłania się ku edukacji domowej albo zapisuje dzieci do szkół wolnościowych. Szkoda, że u nas są nadal tak mało popularne - bo nie wahałabym się nawet przez chwilę.

      Usuń
  2. Też sądzę, że oceny to niepotrzebny stres dla dzieci. One powinny się uczyć, a nie zakuwać, by zdobyć lepszą ocenę i zaliczyć przedmiot. A poza tym nie wiem, kto wymyślił oceny z tych przedmiotów, które podałaś (w-f, muzyka, plastyka). To powinny być zajęcia, na których dziecko dobrze się bawi i może odpocząć, poruszać się, a nie zdobywać oceny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak sądzę. Te zajęcia powinny być okazją do aktywności fizycznej i nieskrępowanej ekspresji artystycznej - a nie kolejną sposobnością ku dzieleniu uczniów na "lepszych" i "gorszych".

      Usuń
  3. Oceny wcale nie świadczą o umiejętności dzieci, a najczęściej pokazują tylko, ile dane dziecko może zapamiętać. Co z tego, że nauczyło się na pamięć regułki z książki, jak nie wie, co się za nią kryje?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. Zrozumienie pewnych zagadnień jest ważniejsze, niż ich pamięciowe wykucie na blachę.

      Usuń
  4. ale z drugiej strony - żeby dostać prawo jazdy trzeba zdać test a potem jest się ocenianym za umiejętności, żeby dostać dobrzepłatną pracę np. programisty - trzeba napisać kawał czystego kodu i za to jest się ocenianym. I co wtedy myśli człowiek wychowany w przeświadczeniu, że oceny nie są ważne

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale zauważ proszę, że w przytoczonych przez Ciebie przypadkach również nie są najważniejsze same oceny - tylko zdobyte kompetencje / umiejętności praktyczne. A one często z samymi ocenami nie mają zbyt wiele wspólnego.

      Usuń
  5. Tekst bardzo na czasie przy okazji zakończenia roku szkolnego. I dobrze, że tak uważasz, że pasek i 6tki nie są najważniejsze! Dzieci każde słowo Rodziców przeżywają, analizują i potrzebują czuć się doceniane. Oceny to nie wszystko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiadomo, że trzeba motywować dziecko do systematycznej pracy i nauki, ale w moim odczuciu po prostu system ocen nie jest najlepszą motywacją, bo zestawia się ze sobą uczniów z "zupełnie innych bajek", niezależnie od ich indywidualnych możliwości. Często w sposób krzywdzący dla dziecka.

      Usuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. Cześć!
    To jest temat, który jest mi dość bliski, dlatego się tu pojawiłam, ale muszę powiedzieć, że, chociaż zasadniczo się zgadzam, to nie ze wszystkim. Bo - oczywiście - oceny w żaden sposób nie determinują naszej przyszłości i niekiedy rzeczywiście jest tak, że osoba bardzo inteligentna, kreatywna i błyskotliwa radzi sobie w szkole średnio. Tak. I jak najbardziej również uważam, że system jest do bani, że zabija naturalną motywację dziecka do nauki etc. W związku z tym także zgadzam się z tym, że bardzo często najlepsze oceny mają nie najzdolniejsi, ale najbardziej pracowici. Tylko, że...no właśnie! O ile inteligencja jest w życiu bardzo ważna i na pewno pomaga, o tyle nie można też zapomnieć, że to PRACOWITOŚĆ, NATURALNA MOTYWACJA i DETERMINACJA bardzo często doprowadzają człowieka do sukcesu. To znaczy, że człowiek bardzo inteligentny i błyskotliwy może skończyć bardzo marnie - i niestety często tak jest - przez brak wysiłku, niewystarczające zaangażowanie, LENISTWO i nie skorzystanie z szansy, gdy się pojawiła. I tak samo człowiek bardzo przeciętny może osiągnąć sukces, znaleźć świetną posadę etc, poprzez determinację i ciężką pracę.

    Ja osobiście w (dobrej) szkole podstawowej miałam same piąteczki i szósteczki i byłam uważana za BARDZO zdolną. Ale nie uczyłam się NIC. Moi rodzice nie kontrolowali mojej nauki, ponieważ oceny wskazywały, że idzie mi świetnie. Tak przeszłam do (dobrego) gimnazjum, gdzie - nienauczona jak się uczyć, bo nigdy nie musiałam - zorientowałam się, że podniesiono poziom i samo bycie na zajęciach nie wystarczy. W związku z tym... wydawałoby się, że zaczęłam się uczyć? Ależ nie. W związku z tym - moje oceny spadły do czwórek. W liceum sytuacja się powtórzyła i nagle okazało się, że serio TRZEBA SIĘ UCZYĆ, ale to nie dla mnie takie rzeczy przecież! Nauczyciele wciąż mówili mi, że jestem bardzo zdolna i powinnam mieć lepsze oceny, ale cóż, w pierwszej klasie udowodniłam sobie jak bardzo zaradna jestem raczej z konieczności (wypadek samochodowy i potrzeba nadrobienia wszystkiego naraz), a potem przeszłam przez dwie kolejne naprawdę na zasadzie "e no, dam se radę" i, dzięki temu, że rzeczywiście jestem zdolna, dałam radę tak mniej więcej na trójkach. No trochę średnio jak na "taką inteligentną osobę"... A potem zaczęły się studia... uuuuhhhhhhh... No właśnie. (Oczywiście zdolne osoby mają to do siebie, że jeśli chcą to dają radę, jasne, ale ile to wysiłku i ile chcenia...! Haha)

    W tej chwili jako osoba odważna, kreatywna, pełna pragnienia rozwoju (i po prostu nieprzystosowana do środowiska "typowo naukowego"), podróżuję, organizuję sobie pracę na własny sposób, nie dawno zaczęłam bloga itd. I głęboko wierzę, że mi w życiu wyjdzie, bo mam potencjał i mam marzenia, a te wymagają pracy, której - NA SZCZĘŚCIE - jestem gotowa się podjąć. Ale zazdroszczę osobom, które nauczyły się uczyć w sposób klasyczny, ten najbardziej praktyczny i znam wiele osób, które mimo przeciętnych umysłów dzięki temu właśnie coś osiągnęły. Dlatego - chociaż ważnym jest, żeby dziecko wiedziało, że oceny nie są najważniejsze i go nie determinują - uważam, że uczenie pracowitości, motywowanie naturalnej ciekawości i wspomaganie determinacji, nawet w szkole, jest mega pomocne.

    o matko, rozgadałam się potwornie. Sorka! :P

    https://settlingforunsettled.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No daj spoķój, ja kocham takie obszerne komentarze! Nie masz mnie za co przepraszać - wręcz jestem Ci wdzięczna za taką rozbudowaną i merytoryczną wypowiedz :) I absolutnie się z Tobą zgadzam: nauka pracowitości, konsekwencji - jak najbardziej. Tylko że obecny system ocen zamiast motywować - bardzo często tę motywację odbiera. Zamiast utwierdzać w przekonaniu "świetnie ci idzie, zrobiłeś duże postępy, włożyłeś mnóstwo pracy" - uczniowie otrzymują raczej komunikat "no niby OK, ale nadal dużo brakuje ci do piątki oraz wyników Ani / Kazika / Genowefy z twojej klasy. Musisz się bardziej starać, choćbyś miał paść na pysk." A wielu rodziców jeszcze taką narrację podsyca.

      Usuń
  8. mogłabym się rozpisać w tym temacie.. nienawidzę tego całego wyścigu szczurów. A wiesz co najlepsze? Że te osoby, które nie był lubiane przez nauczycieli i ciagle słyszały "nic nie osiagniesz" lepiej sobie radzą w życiu niż Ci, którzy mieli ciągle same 5 i 6 :) Życie niestety weryfikuje. Mam nadzieję, że kiedyś nasze szkolnictwo się zmieni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, często tak bywa. Nawet niejeden profesor na moich studiach przywoływał tego typu przypadki - że studenci ledwie trójkowi mają teraz takie stanowiska, których kadra pedagogiczna im szczerze zazdrości.

      Usuń
  9. Temat rzeka jak dla mnie. Jest wiele zdań i opini. Ale jak czasem patrzę na innych rodziców jak motywują" swoje dzieci to chyba ja nie chcę aby moje dziecko dorastało do szkoły

    OdpowiedzUsuń
  10. I co z tego, że miałam dobre oceny? Co z tego, że skończyłam studia?? jedyny z nich pożytek, ze licza sie do lat pracy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie to samo - podwójne studia zrobiłam (jak się okazuje) dla własnej satysfakcji i rozwoju, lecz w żaden sposób nie przekłada się to na moją sytuację zawodową.

      Usuń
  11. Oceny bardzo stresują. Wiem to po sobie. Jestem humanistką, a przedmioty ścisłe to moja zmora. Zawsze miałam z nich gorsze oceny. Matematyka to był koszmar. Języki obce, historia,język polski, a nawet biologia-4-5… a matematyka, fizyka czy chemia, totalna porażka. W moim domu mój ojciec był osobą, która wywierała na mnie presję jeśli chodzi o oceny. Nie wspominam tego najlepiej i nie czułam się z tym dobrze. Jeśli moje dzieci będą miały trudności z jakimś przedmiotem, na pewno postaram się pomóc, a nie jeszcze bardziej dołować. To najgorsze co może zrobić rodzic, łącznie z porównaniami do innych, lepszych w nauce dzieci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też jestem humanistką, z przedmiotów ścisłych miałam najczęściej 4. Ale u nas w liceum było o tyle dobrze, że nauczanie przebiegało faktycznie zgodnie z profilem klasy, jaki sobie wybrałam (human z rozszerzonym językiem angielskim). Nauczyciele rozumieli, że mamy akurat takie, a nie inne predyspozycje - więc w ramach matematyki czy fizyki nie oczekiwali od nas cudów.

      Usuń
    2. Ja to się cieszę, że nie miałam obowiązkowej matmy na maturze bo bym poległa! 😋

      Usuń
  12. A ja miałam takie szczęście, że trafiałam na pedagogów, a nie wyrobników. I większość wiedzy mi została i... się przydaje. Byłam piątkowa jak mi się chciało, na laurach osiadałam jak mi się nie chciało. Nie żałuję swojej drogi życiowej. Moje dziecko nauczę jednego - jak sobie radzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratuluję, że tak dobrze trafiłaś. Ja nauczycieli z prawdziwego zdarzenia (poza kilkoma wyjątkami) miałam dopiero w liceum. I to im najwięcej zawdzięczam, bo dopiero w szkole średniej poczułam się jako uczennica podmiotem, a nie przedmiotem.

      Usuń
  13. Oceny to jedynie kierunek, wskaźnik tego, co może nas w życiu zainteresować bardziej, a co niekoniecznie jest bliskie naszemu sercu. Owszem, są w pewien sposób odzwierciedleniem naszej wiedzy, ale z pewnością nie inteligencji emocjonalnej, czy intensywności pasji. Niestety, to zło koniecznie, ale trzeba do niego odpowiednio podchodzić, nauczyć tego dzieci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że uda mi się nauczyć swojego synka, że uczy się przede wszystko dla siebie i dla własnego rozwoju - a oceny są w tym wszystko tylko "skutkiem ubocznym" i nie stanowią o jego wartości.

      Usuń
  14. To prawda, że oceny nikogo nie definiują. Jednak trzeba by całego pokolenia uczniów, a zwłaszcza nauczycieli, którzy by próbowali to zmienić. Mój syn chodzi do 1 klasy. Jego nauczycielka nie robi nic innego, tylko od początku wprowadza system nagradzania - za coś, co jest naturalne. Np. za czytanie. Kto najwięcej przeczytał - nagroda. Próbuję z tym walczyć, ale niestety - wszyscy rodzice w klasie uważają, że to jest świetna nauczycielka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Konkursy, konkursiki...Zdarza mi się brać udział w tych, które są przeznaczone dla przedszkolaków i ich rodziców - kiedy trzeba zrobić coś całą rodziną i każdy ma w tym swój udział. Sprawą najbardziej rozbraja mnie, kiedy w zapisach regulaminowych stoi jak byk punkt o SAMODZIELNYM udziale dziecka - a na konkurs trafiają wymuskane i idealne prace, wykonane ewidentnie przez rodziców.

      Usuń
  15. Jak ja się z Tobą zgadzam!
    Dla przykładu, jestem słaba w rękach, ale mam silne nogi. Przez całą podstawówkę i liceum graliśmy wyłącznie w siatkówkę, gdzie kazano mi dodatkowo serwować wyłącznie górą, bo "tak jest profesjonalnie". Dołem szło mi dobrze, ale "to się nie liczy". Efekt? Miałam ciągle słabe oceny z w-fu, a kiedy na początku każdych zajęć mieliśmy się dzielić na drużyny, byłam wybierana na końcu, jako "zło konieczne". Przez to wszystko miałam zaniżoną samoocenę związaną z wysiłkiem fizycznym, sądziłam, że się nie nadaję do niczego sportowego. Dopiero w gimnazjum, gdzie z powodu braku odpowiednio dużej sali gimnastycznej byliśmy zmuszeni robić wszystko POZA siatkówką (jej! :D), okazało się, że biegam bardzo szybko - byłam 3 czy 4 na roku w bieganiu :D Nawet na SKS mnie chcieli. Okazało się też, że wychodzą mi ludzkie piramidy (i że je lubię) oraz że nieźle gram w unihokej. I to było fajne - bo każdy mógł się sprawdzić, dyscypliny zmienialiśmy co tydzień albo dwa, więc co chwila było coś innego, mogliśmy odkryć swoje sportowe predyspozycje. A z samą siatkówką? Co sprawdzę? Ani się nie będę poruszała zdrowo, siedząc na ławce, bo mnie nie wybrali do zespołu... :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam podobnie, moje serwy dołem były znacznie lepsze, niż te górą ;) Generalnie nie znosiłam wf-u i ćwiczenia na zawołanie, a potem siedzenia taką upoconą przez resztę lekcji, bo w naszej szkole nie było nawet prysznica. Wolałam ćwiczyć, biegać, jeżdzić na rowerze i uprawiać inne sporty we własnym zakresie i z własną regularnością, a nie na gwizdek nauczyciela.

      Usuń
  16. Uważam ze system ocen i czerwonych paskow jest zły i krzywdzący. Dziecko naprawde nie musi byc dobre ze wszystkiego. Wazne by mialo cos co je interesuje i w tym powinno byc dobre.

    OdpowiedzUsuń
  17. Zdecydowanie oceny nie są wyznacznikiem wiedzy, inteligencji, czy poczynań. Miło nam jako uczniom, gdy mamy dobre oceny, jak i rodzicom, których dzieci osiągają rezultaty wyjątkowe. Jednakże przez pryzmat tego nie należy nikogo oceniać, a tym bardziej krytykować. Niektórzy muszą ciężko pracować nawet na słabsze noty. System oceniania w Polsce nie jest obiektywny, a bywa że jest i krzywdzący. Z dziecka trzeba być dumnym zawsze i wszędzie.

    OdpowiedzUsuń
  18. Strasznie żałuję, że przez wszystkie lata edukacji goniłam za dobrymi ocenami. Oceny wcale nie są żadnym wyznacznikiem, a już na pewno nie odzwierciedlają wiedzy i umiejętności uczniów. Przecież tak naprawdę to system ocen w polskich szkołach jest równoznaczny z subiektywną oceną nauczyciela. Jedni uczniowie będą faworyzowani (bo mamusia zna się z panią nauczycielką), inni będą gnębieni, bo tak, bo się tej nauczycielce nie spodobali. Wielokrotnie się na ocenach przejechałam. Ile razy brakło mi pół punktu do wyższej oceny? Nie było szans na jej podwyższenie, a innym to pół punktu było zawsze darowane. Szkoda, że to wszystko zrozumiałam to dopiero wtedy, gdy moja ścieżka edukacji dobiegła końca. Szkoła mocno nadszarpnęła moje zdrowie psychiczne.


    Pozdrawiam,

    http://tamczytam.blogspot.com/2019/06/z-caego-serca.html

    OdpowiedzUsuń
  19. U nas oceny nie mają absolutnie żadnego znaczenia. Ważna jest wiedza i to ta praktyczna, istotne też jest to, jka dziecko radzi sobie w społeczeństwie.

    OdpowiedzUsuń
  20. BINGO!
    Najwyższy czas powiedzieć sobie prawdę. Szkoła to kombinat... Takie upośledzone korpo. Dzieci i nauczyciele mają wyrobić jakąś tam założoną odgórnie normę.
    W takiej szkole nie ma po prostu szans na indywidualne podejście do ucznie. I jest to błąd systemowy.

    Do tego dołóżmy jeszcze chore ambicje części (znacznej części) rodziców. Ambicje, które są bardziej chore niż system oświaty w PL.
    I tak mamy dzieci, które są wysyłane z kursu na kurs, szpikowane korepetycjami i zajęciami dodatkowymi. Po to aby miały jak najlepsze oceny. Oceny, które zaspokoją ambicje rodziców.

    A gdzie w tym wszystkim jest troska o prawidłowy rozwój dziecka?

    Bo o tym decydują nie tylko oceny na świadectwie.

    Pozdr
    M

    OdpowiedzUsuń
  21. widziałam gdzieś idealny obrazek do Twojego tekstu, niestety nie mogę go znaleźć, ale ogólnie chodziło o to, że były różne zwierzęta (w tym małpa) i każde z nich miało dopasować kształt do odpowiedniego otworu (wiadomo, komu się udało) a podpis był "system edukacji". Zgadzam się, że oceny nie są najważniejsze, bo pomimo wszystko szkoła TEŻ nie uczy najważniejszych rzeczy

    OdpowiedzUsuń
  22. Karolina w punkt,od samego początku o tym, że nie każdy ma jednakowe możliwości aż po to, że nie każdy musi być magistrem, a najważniejsze myjako rodzice nigdy nie możemy pozwolić, żeby nasze dzieci przez nas czuły się gorsze od kolegów.

    OdpowiedzUsuń
  23. Post idealny. Ciarki mnie przechodza, kiedy na co czwartym blogu czytam rekomendacje jak nauczyc dziecko czytac, jak matematyki, itd. Oczywiscie nie byloby w tym nic dziwnego, gdyby te rekomendacje nie dotyczyly 3-4 latkow! A ja sie pytam, po cholere 4-latkowi czytanie?! Bo mamusia chce zeby mialo latwiejszy start w szkole... Niewazne, ze w tym wieku powinno sie uczyc zachowan socjalnych, a dzieciak nauczy sie tylko automatycznego odtwarzania tekstu bez rozumienia co przeczytal... Ale matka chce wychowac geniusza...
    Ja w szkole jechalam glownie na czworkach, zdarzaly sie piatki, nieraz wpadla i troja. Bylam calkiem zdolna (poza przedmiotami scislymi, te to byla moja pieta achillesowa) ale tez bardzo leniwa, no coz... ;) I co? Skonczylam studia jedne, skonczylam te same ale za granica, mam niezla prace i wyniki w nauce zupelnie nie maja tu nic do rzeczy...

    OdpowiedzUsuń
  24. To prawda oceny później nie mają znaczenia, ale poziom zdobytej wiedzy jednak nam się później przydaje

    OdpowiedzUsuń
  25. Zgadzam się z Tobą w 100 procentach. Pamiętam czasy liceum (około 14 lat temu). Przechodziłam wówczas bardzo trudny okres. Kłopoty w domu rodzinnym narastały, a ja nie radziłam sobie emocjonalnie. Problemy spowodowały moje wycofanie z życia społecznego. Miałam taką blokadę, że niewiele się odzywałam - w szkole, w sklepie, w autobusie... Po prostu nie mogłam wydusić słowa. Kiedy nauczycielka języka polskiego (i jednocześnie wychowawczyni) brała mnie do tablicy, za każdym razem dostawałam jedynkę, bo nie mogłam się przemóc, by udzielić odpowiedzi. Natomiast ze sprawdzianów pisemnych stopnie były znacznie lepsze. Maturę ustną ledwo zdałam, pisemną ze świetnym wynikiem. Wychowawczyni nigdy nie zainteresowała się tą kwestią. Nie próbowała zrozumieć, czemu z odpowiedzi ustnych mam tragiczne stopnie, a z pisemnych prac przeważnie piątki i czwórki. O kim lub o czym to źle świadczy? Obawiam się, że o całym systemie edukacji...

    OdpowiedzUsuń
  26. Oceny w szkole nie mogą być oceną dziecka, a zazwyczaj tak jest. Bardzo często też dzieciaki z paskiem w szkole, na studiach radzą sobie średnio. W życiu też... Bo życia i radzenia sobie w różnych sytuacjach nasz system edukacji nie przewiduje. Dopiero pedagogika specjalna podchodzi do uczniów indywidualnie, ale i ona często z systemem przegrywa...

    OdpowiedzUsuń
  27. Oczywiście,że oceny nie są najważniejsze. Ja nigdy nie miałam z tym problemu, uczyłam się tylko tego, co mnie interesowało, innymi ocenami się nie przejmowałam.

    OdpowiedzUsuń
  28. świetny wpis, zgadzam się w 100%

    OdpowiedzUsuń
  29. jestem za rezygnacją z ocen i ogólnie za zniesieniem naszej kultury oceniania - zamiast tego dialog, próba zrozumienia innych światów i ludzi

    https://autoetnografwakcji.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  30. Cóż, zgadzam się. Mimo, że wszyscy rodzice tak naprawdę chcą mieć dziecko "piątkowe". Ja sama nigdy nie miałam czerwonego paska, co najwyżej na tyłku :) Dziś mam mieszane uczucia co do ...czerwca - kocham ten miesiąc , a jednocześnie co czerwiec przypomina mi się jedno: łzy, ściśnięty żołądek, kolejne poprawianie pał z matmy, groźby matki, że odda mnie do Domu Dziecka... Nauczyciele postawili na mnie krzyżyk - u nas w szkole (podst.) było tak, że jechało się na opinii - jaką sobie człowiek (7-letni człowiek!) wyrobił sobie w 1.klasie, taką miał przez kolejne 7 lat i nie pomogło NIC!Gdy zaczął trójami, ZAWSZE miał gorsze oceny, niż ten kto zapisał się jako prymus - chocby uczył się nie wiadomo ile. Zawsze był podejrzewany o to, że odgapiał od tego lepszego i ostatecznie dostawał gorszą ocenę.
    I ja byłam taką czarną owcą. Powód? Kiepska z przedmiotów ścisłych.
    Ostatecznie wychowaczyni na koniec 8.klasy napisała mi rekomendację - że dalszą naukę powinnam kontynuować w zawodówce (która wówczas była jednak powodem do wstydu) . Matka-nauczycielka załamana! :)
    Nie wierzył we mnie nikt. Ale nie poszłam do zawodówki, gdzieś w środku- a miałam zawsze dobry kontakt ze sobą samą - czułam, że jest dla mnie coś innego. Dużo by pisać. Nie poszłam na matmę, wykorzystałam to, w czym zawsze byłam dobra - w językach. Po angielskim nauczyłam się jeszcze 3 innych w porywach 4. Dziś robię to, ...nie to co chciałam - robię więcej. Bo to, czym się zajmuję, wtedy nawet nie brałam pod uwagę- dla mnie to było NIEMOŻLIWE, nie do osiągnięcia przez kogoś takiego jak ja. A jednak.

    ) ...zresztą.... zapraszam do tego posta... http://motyw-kobiety.miejsce-akcji.pl/2016/07/01/szkola-oczy-czyli-o-tym-jak-szkola-zabija-kreatywnosc/

    OdpowiedzUsuń
  31. to prawda, obecnie dla wielu rodziców dzieci są narzędziami do realizacji ich niespełnionych marzeń

    OdpowiedzUsuń
  32. zgadzam się z tym że oceny, szkoły, świadectwa nie są najważniejsze. Znam wiele osób które miały kiepskie stopnie ale dobrze radzą sobie w pracy i na odwrót. Pamiętam jak dziś jak wszyscy mi mówili że po co iść do szkoły policealnej, pewnie mnie na studia nie przyjęli, a ja chciałam szybciej zacząć pracę. Teraz to im jest głupio że usługi bhp jakimi się zajmuję są tak poszukiwane przez pracodawców, a ich dyplom magistra na nic się zdaje :)

    OdpowiedzUsuń

Wszelkie opinie, sugestie, nieskrępowana wymiana zdań, a nawet konstruktywna krytyka - mile widziane :)