Wyjątkowo paskudnie było tego dnia. Od rana lało, zimno jak diabli
i generalnie bardzo mało świątecznie. Może więc i dziwić się nie
powinnam, że wszyscy ci ludzie jacyś tacy nieżyczliwi, nieuśmiechnięci,
we własnych światach na głucho pozamykani...
Kobieta
weszła do busa przed samym Wrocławiem. Taka typowa babunia - starej
daty, z chustą na głowie i wielką kraciasta torbą w pomarszczonych
dłoniach. "Pewnie na targ jedzie" - pomyślałam, bo akurat przypadał
dzień tygodnia, kiedy na Dworcu Świebodzkim handel pełną gębą się
odbywa.
Może uznacie to
za głupie, ale lubię czasami przeprowadzić coś w rodzaju społecznego
eksperymentu. Ocenić przez chwilę sytuację z pozycji zewnętrznego
obserwatora, wyciągnąć wnioski, własne hipotezy potwierdzić lub obalić. Odczekałam więc bardzo krótką chwilę na reakcję współpasażerów - i tak
jak przypuszczałam, w przeładowanym busie żaden z nich nie ustąpił
kobiecinie miejsca. Młody chłopak tuż obok nagle zaczął intensywnie wgapiać się w okno (jakby w ogóle dało się coś sensownego tam dojrzeć w
panującym o tej porze półmroku). Drugi naciągnął kaptur bluzy jeszcze głębiej na twarz - i symulował, że właśnie ucina sobie krótką drzemkę...
"Proszę usiąść." - wstałam i przepuściłam babcię w wąskim przejściu pomiędzy fotelami.
"Dziękuję, skarbeńku. Ja niedaleko jadę, tylko dwa przystanki. Za chwilę się z
powrotem zamienimy." - uśmiechnęła się i usiadła, stawiając kraciastą
torbę obok moich nóg.
Reszta
drogi minęła nam w milczeniu. Nie rozmawiałyśmy ze sobą, bo i o czym?
Dopiero kiedy wysiadała, jeszcze raz mi podziękowała - a ja gorliwie zapewniłam, że absolutnie nie ma za co. Zamykając za sobą drzwi busa, rzuciła na odchodne : "Dziękuję pięknie, panie kierowco. Do widzenia
wszystkim, miłego dnia i wesołych Świąt."
Kierowca milczał jak zaklęty, nikt inny też się nie odezwał. Tylko ja odpowiedziałam jej podobnymi słowami - i cholernie przykro mi się
zrobiło, a trochę nawet głupio za tych wszystkich ludzi, w których
życzliwości nie starczyło nawet na takie krótkie i grzecznościowe
pozdrowienia...
Już po
wyjściu kobiety usłyszałam tylko komentarz "Dziwaczka!", rzucony tonem
dość szorstkim i pogardliwym. No tak...w tych czasach faktycznie
uśmiechnąć się do zupełnie obcego człowieka, zamienić z nim parę słów,
zareagować z sympatią na jakiś jego gest - to wszystko zaczyna być tak
rzadko spotykane i nietypowe, że aż jako dziwactwo się jawi...
Dlatego też z okazji zbliżających się Świąt nie życzę pięknie ustrojonych mieszkań, bogato zastawionych stołów, wspaniałych prezentów pod choinką. Życzę nam wszystkim, żebyśmy zawsze
chcieli i potrafili być takimi "dziwakami"... (I ja to piszę - osoba
również w pewnym sensie aspołeczna, której jednak tego typu sytuacje potrafią dać
mocno do myślenia...)
Wszystkiego dobrego - i jeszcze więcej człowieczeństwa w człowieku!






















