Pokazywanie postów oznaczonych etykietą happy birthday. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą happy birthday. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 listopada 2016

Mój blog ma rok - krótkie podsumowanie blasków i cieniów blogowania ;)

W sumie to okrągły roczek stuknął mu już w październiku - ale oczywiście zupełnie ten moment przespałam, przegapiłam, nie poczęstowałam Was tortem ani szampanem, a nawet nie popełniłam żadnego jubileuszowego posta na tę okoliczność.

No cóż - lepiej późno, niż wcale :) Dzisiaj chciałabym Was zaprosić na taką naszą małą, dwuosobową domówkę. Bąbel zdmuchuje świeczki, ja upijam się rozgrzewającym kakao, oboje pałaszujemy Biedronkowe tartaletki (wiem, że niezdrowe - i że sama chemia z nich wyziera - ale przy takiej okazji odmawiać sobie ani dziecku na pewno nie zamierzam ! ;) )

A tak przede wszystkim, to chciałabym Wam podziękować - bo przecież gdyby nie Wy, to i mnie by tu najprawdopodobniej nie było. Nie miałabym dla kogo pisać, z kim dzielić się swoim życiem i przemyśleniami, z kim zgadzać się lub polemizować, komu opowiadać o naszych podróżach i wszystkich wyszperanych gadżetach...No ba! Nawet ciśnienia nie miałabym komu podnosić swoim biadoleniem i opiniami, które bywają kontrowersyjne, niepoprawne politycznie i nie zawsze wyrażam je językiem w pełni parlamentarnym ;)


Przyznaję zupełnie szczerze, że niekiedy dopada mnie brak weny, totalna twórcza niemoc albo najzwyklejszy w świecie LEŃ.  Niekiedy na widok komputera odczuwam przemożną chęć, żeby zrzucić to pożerające mój cenny czas ustrojstwo z najwyższego piętra naszego bloku - bo już dosłownie po kokardę mam klepania w klawiaturę, poprawiania literówek, obrabiania po raz setny tego samego tekstu i zestawu zdjęć.

Generalnie wydaje mi się, że "blogerka" ze mnie taka, jak...z koziej dupy trąba. Swoje fotorelacje robię zazwyczaj nie żadnym wypasionym sprzętem, tylko telefonem komórkowym. Rzadko cokolwiek gotuję, zbyt często jadam na mieście, nie mam w swoim mieszkaniu ani jednego wnętrza w stylu skandynawskim ;) Nie mam też na twarzy idealnie obrysowanego konturówką i wystudiowanego przed lustrem uśmiechu - bo czasami w ramach mojego macierzyństwa najzwyczajniej trafia mnie szlag, a na twarz ciśnie się raczej grymas irytacji i zniecierpliwienia oraz pewne niecenzuralne słowo na literę "K"...

Nie przeczytałam również żadnej książki o social mediach osławionego Jasona Hunta - a do całkiem niedawna żyłam sobie nawet w błogiej nieświadomości i bez fundamentalnej blogerskiej wiedzy, że Jason Hunt, Tomek Tomczyk i Kominek to tak naprawdę jedna i ta sama osoba ;)

***

Niekiedy myślę sobie, że cala ta moja pisanina nie ma w ogóle sensu, jest psu na budę albo jak grzebień łysemu - i zastanawiam się, czy ktoś to w ogóle czyta i czy jest mu to do czegokolwiek potrzebne...

Ale w takich momentach przypominam sobie wszystko to, co w ciągu minionego roku przeżyłam i czego doświadczyłam na skutek posiadania swojego własnego, prywatnego skrawka wirtualnej przestrzeni. A było tego naprawdę sporo - poczynając od kilku niesamowitych spotkań blogerskich, poprzez kampanię "Niepłodności nie widać" i propozycję pisania dla portalu NiepłodniRazem.pl, na nagraniu własnej bajki o Krecie Filipie skończywszy...

Jednak nie te wszystkie wyjazdy, eventy czy kampanie są rzeczą najbardziej istotną w blogowaniu. Najważniejsi są dla mnie ludzie, których miałam okazję dzięki temu poznać ! Tacy, o istnieniu których nie miałam wcześniej nawet bladego pojęcia - oraz tacy, których przez długi czas kojarzyłam i postrzegałam jedynie przez pryzmat ich bloga, aż w końcu mogliśmy spotkać się osobiście i porozmawiać ze sobą bez pośrednictwa internetowych łączy. A zwłaszcza tacy, którzy mają wręcz idealne, telepatyczne wyczucie czasu - i zawsze maile od nich dostaję w tym najbardziej odpowiednim momencie, kiedy mam ochotę rzucić bloga w cholerę i zająć się czymkolwiek innym (szydełkowaniem? paralotniarstwem? uprawą pelargonii? ;) )

Każde słowo, mail, spotkanie czy komentarz od Was - to dla mnie naprawdę potężny kop motywacyjny, który każe mi dalej pchać ten wirtualny wózek ! Dziękuję jeszcze raz, że jesteście - i mam nadzieję, że będziecie dalej :) A tymczasem - częstujcie się, razem z nami dmuchajcie te świeczki i myślcie swoje własne życzenia :) Niech się spełni !

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Spowiedź trzydziestolatki.

Wielka szkoda, że kilkanaście lat temu nie wpadłam na pomysł, by stworzyć własną "kapsułę czasu". Może teraz łatwiej byłoby mi przywołać pewne wspomnienia i marzenia, jakie wtedy miałam - pewne plany, które snułam sobie jako nastolatka, z głową nabitą ideałami aż po same brzegi...

Może nawet napisałabym sama do siebie list pod tytułem "Kim będę, gdy dorosnę?" - a potem przeczytałabym go sobie pochylając się nad woskową trzydziestką na torcie i zweryfikowałabym, w jakim stopniu moja aktualna rzeczywistość pokrywa się z wyobrażeniami sprzed lat. Poszukałabym w tym wszystkim zarówno punktów stycznych, jak i takich, które zupełnie się ze sobą rozminęły...


Wiem na pewno, że nie wszystkie marzenia udało mi się spełnić w 100% - natomiast realizacja innych zajęła mi trochę więcej czasu, niż to sobie kiedyś optymistycznie założyłam, zaplanowałam, zanotowałam w myślach na swojej "liście rzeczy do zrobienia". 

Moje dotychczasowe trzydziestoletnie życie nauczyło mnie, że nie powinnam podchodzić do niego zbyt zadaniowo - jak do realizowanego punkt po punkcie projektu z nieprzekraczalnym deadline'm. W życiu zazwyczaj jest jakaś "obsuwa", jakiś niespodziewany zwrot akcji - jakaś rzucona pod nogi kłoda, którą w moim przypadku okazała się niemożność zajścia w ciążę. 

***

Mam więc za sobą kilka lat leczenia niepłodności. Szmat czasu, który upłynął mi w kolejkach do gabinetów lekarskich, na szpitalnych łóżkach i w operacyjnych salach. Mam za sobą całe garści kolorowych hormonalnych pigułek, którymi doktorzy-znachorzy karmili mnie trochę tak, jak nierozsądni rodzice karmią cukierkami swoje otyłe dzieci - ryzykancko i bezrefleksyjnie. Mam za sobą menopauzę, której doświadczyłam w wieku 28 lat - czyli wtedy, kiedy spora część  współczesnych kobiet dopiero zaczyna starania o dziecko, dostrzega swoją płodność i gotowe do współpracy jajniki. 

Ale nie żałuję, ponieważ ta menopauza nie oznaczała w moim przypadku końca kobiecości - lecz początek kobiecości bardziej dojrzałej, świadomej i związanej z macierzyństwem, które przyszło do mnie drogą adopcji.


Wiele rzeczy zrobiłabym pewnie zupełnie inaczej. 

Bardziej słuchałabym siebie, a mniej innych ludzi i ich pochopnych osądów. Mniej obawiałabym się tego, że ktoś mnie wyśmieje, uzna za głupią, mało utalentowaną i beznadziejną - bo takie osoby prędzej czy później zniknęły z mojego życia, a przez ich niepochlebne opinie czy szyderstwa dość często zdarzało mi się rezygnować z własnych aspiracji i godzić się na "bylejakość"...

Mniej narzekałabym na rzeczy zupełnie banalne, prozaiczne i bez znaczenia. Na przykład na zbyt masywne uda, duży nos albo włosy, które żyły własnym życiem i za nic w świecie nie chciały się po mojej myśli układać. Dopiero kiedy zachorowałam na PCOS, zaczęłam zbierać je całymi garściami z łazienkowej podłogi i rozglądać się za peruką w sklepach dla pacjentów onkologicznych - doceniłam, że jeszcze nie wszystkie spadły z mojej głowy...

Mniej rozczulałabym się nad sobą i nad swoją chorobą. Płakałam i załamywałam ręce, dopóki któregoś dnia nie spotkałam na szpitalnej sali kobiety po dziewięciu poronieniach - która była już w takim wieku, że adopcja w jej przypadku nie wchodziła w grę ze względów proceduralnych...

Być może odważyłabym się też na kilka brawurowych skoków na głęboką wodę - zamiast tylko dreptać asekuracyjnie w miejscu i czepiać się kurczowo swojego brzegu, który (choć bezpieczny) to jednak mocno mnie ograniczał...

***

Ale reasumując - jestem tu, gdzie zawsze chciałam być. 

Mam Męża, który wprawdzie momentami doprowadza mnie do szału i generuje we mnie chęć złożenia papierów rozwodowych ;) - ale przez większość czasu jest najwspanialszym, najbardziej pomocnym, troskliwym i wyrozumiałym człowiekiem, jakiego znam. Takim na wszystkie dni. Nie tylko te pogodne, szczęśliwe,  mieniące się kolorami tęczy - ale również te, w których wszystko wali się na łeb.

Mam kochanego, ślicznego i niesamowicie rezolutnego Synka. Gdyby ktoś teraz zaproponował mi, że mogę cofnąć się do czasów przed adopcją, zajść bez problemu w naturalną ciążę i urodzić biologiczne dziecko, ale za to będę musiała zrezygnować z obecności Bąbla w naszym życiu - posłałabym go do wszystkich diabłów !

Niektórzy szukają we mnie na siłę choćby cienia wątpliwości, żalu, niespełnienia i niedosytu, ponieważ nie doświadczyłam nigdy tego "błogosławionego stanu". Ale nie znajdą. Bo we mnie tych uczuć najzwyczajniej w świecie nie ma. Jest we mnie tylko wdzięczność i miłość do małego Bąbla, który po prostu nie mógłby być bardziej NASZ.


Być może niektóre z moich młodzieńczych marzeń 
nadal nie doczekały się spełnienia, 
ale zrealizowałam te dwa najważniejsze:
o miłości i macierzyństwie -

a one w zupełności wystarczą, żeby dać mi siłę
do spełniania wszystkich pozostałych !