Maj 2009. Nasze zaręczyny. Szalona wyprawa ze znajomymi i jeszcze-nie-mężem nad jezioro. Bez grosza przy duszy, zupełnie na wariackich papierach - a potem nocowanie na sianie w stodole, kiedy totalne oberwanie chmury przegoniło nas spod namiotów, a wiatr i strumienie wody przeniosły niemal cały nasz turystyczny dobytek o dobrych kilkadziesiąt metrów dalej.
Lipiec 2010. Skromny ślub i zupełnie niekonwencjonalne przyjęcie, na którym poza zaledwie kilkoma tradycyjnymi weselnymi szlagierami królowała...muzyka techno i pulsujące światła stroboskopów. (A bawili się przy niej naprawdę świetnie zarówno Ci młodzi, jak i nieco starsi - i do tej pory mam przed oczami mojego dziadka, wywijającego hołubce na parkiecie w rytm dudniących basów ;) ).
Czerwiec 2012. Nasza pierwsza wizyta w ośrodku adopcyjnym - po której wracając do domu na odcinku 60 kilometrów chyba z pięćdziesiąt razy kłóciliśmy się i godziliśmy, naprzemiennie wrzeszcząc na siebie i płacząc ze szczęścia i wzruszenia - takie wielkie emocje nami wtedy targały...
Wrzesień 2014. Kiedy najpierw pocięli mnie, a potem znów złożyli - i kazali chodzić po korytarzu w tę i z powrotem, ciągnąc za sobą stojak z kroplówką i podpierając się na balkoniku niczym niedołężna staruszka...Dwa dni po operacji zadzwonił TEN telefon i wtedy jakbym skrzydeł dostała - bo już wiedziałam, że 2,5-miesięczny ON na nas czeka i że w tej sytuacji nie zostanę w szpitalu ani sekundy dłużej ! (Faktycznie, wypisałam się na własne żądanie.)
Pierwsze spotkanie z Bąblem w domu dziecka -
i nastąpił we mnie jakiś przełom...
Postanowiłam sobie, że od tej pory każdą chwilę będę chwytać
jeszcze bardziej zachłannie i łapczywie - i uwieczniać ją dla siebie, dla nas,
dla NIEGO na pamiątkę...
Nie mam ani jednego zdjęcia z zaręczyn. Kilka nieprofesjonalnych fotek ze studniówki, matury i wesela trzymam schowanych głęboko w szufladzie, bo niemal na każdym z nich ktoś ma albo uciętą głowę, albo rozżarzone do czerwoności oczy ;)
Wcześniej - przez ponad 28 lat - też przecież wciąż coś się w moim życiu działo. Przeżywałam pierwsze miłości, przyjaźnie, zdawałam ważne egzaminy, broniłam pracy licencjackiej i magisterskiej. Chodziłam na rozmowy kwalifikacyjne, świętowałam swoje pierwsze zatrudnienie, wyjeżdżałam, zwiedzałam - a mam z tych czasów zaledwie maleńką garstkę zdjęć, z których większość w ogóle nie nadaje się, by je komukolwiek pokazać...
Kiedyś wydawało mi się chyba, że czas nie płynie, tylko stoi w miejscu.
Że jeszcze zdążę tych zdjęć narobić, że jeszcze będzie ku temu niejedna okazja.
Odkąd mam dziecko - dostrzegam, że czas dosłownie przecieka mi przez palce...
Chcę go zatrzymać - przynajmniej na tyle, na ile mogę.
Przynajmniej na zdjęciach, w albumach i w fotoksiążkach takich, jak ta od Saal Digital.
Bo każde piękne wspomnienie zasługuje na równie piękną oprawę -
wyjątkową, trwałą i bez "pikselozy" :)














