Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiatr w żagle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiatr w żagle. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 października 2017

Rozwój osobisty na urlopie macierzyńskim - realny cel czy utopia ?


Zdaje się, że to było zaledwie chwilę temu. Tymczasem minęły już ponad 3 lata, odkąd poszłam na urlop macierzyński - i ponad 2 lata od momentu, w którym zdecydowałam się kontynuować opiekę nad Bąblem w domu na urlopie wychowawczym. 

Czy moje wyobrażenia o urlopie macierzyńskim i wychowawczym miały cokolwiek wspólnego z rzeczywistością? Czy w 100 procentach pochłonęło mnie wyłącznie dziecko - czy też znalazłam czas na własny rozwój i poszerzanie horyzontów? Jaki to był okres dla mnie i dla całej naszej rodziny - i do jakich wniosków mnie doprowadził ? 


Urlop macierzyński - to nie jest żaden "urlop" :)

Obalmy mity i zweryfikujmy niewłaściwe nazewnictwo. Urlop macierzyński to naprawdę ostra harówa i permanentne zmęczenie - jakiego do tej pory w swoim życiu nie doświadczyłam, nawet zasuwając po 12 godzin dziennie w poprzedniej pracy.

Oczywiście, jest to również harówa całkiem przyjemna i satysfakcjonująca - bo uroczy bezzębny uśmiech jest nam w stanie naprawdę wiele wynagrodzić, a na widok kolejnych postępów naszego dziecka serce aż rośnie ze wzruszenia, a nogi miękną w kolanach... ALE - nadal jest to cholernie ciężka praca, podczas której masz nad sobą najbardziej wymagającego i "roszczeniowego" szefa, jakiego tylko jesteś w stanie sobie wyobrazić ;)

Wariackie dni, nieprzespane noce, załatwianie potrzeb fizjologicznych z niemowlakiem na kolanach, kompletny brak czasu dla siebie, męża i reszty świata - właśnie tak w wielkim skrócie mogłabym podsumować pierwszy rok życia naszego synka. Wszystkie te czynniki razem wzięte stanowią punkt wyjścia dla kolejnej kwestii...


 Urlop macierzyński - wyobrażenia kontra rzeczywistość.
 
Miałam odnośnie macierzyńskiego pewne plany - których nie zrealizowałam wcześniej, rzucając się w wir pracy połączonej ze studiami. Dla przykładu, planowałam zapisać się na jakiś kurs językowy, co to niby "15 minut dziennie przy komputerze wystarczy". Are you kidding me? 15 minut to się mój laptop odpalał - a potem mały Bąbel przebudzony ze snu darł się wniebogłosy i trzeba było lecieć do niego jak do pożaru. I tak kilkanaście/ kilkadziesiąt razy w ciągu jednej nocy. To by było na tyle w kwestii nauki języków ;)

Planowałam też nadrobić zaległości w lekturze - i przeczytać chociaż część książek, piętrzących się na moim prywatnym stosiku przy łóżku. Nie przewidziałam natomiast , że przy małym i wiecznie płaczącym dziecku niekiedy będę chodzić przez cały dzień w piżamie, myć zęby dopiero o 12stej, a włosy - raz w tygodniu. Dlatego też z moich doświadczeń wynika, że...

....Urlop macierzyński to nie jest najlepszy czas na rozwój osobisty.

W moim przypadku cała ta gadka o "rozwoju na urlopie macierzyńskim" okazała się utopią i jednym wielkim pieprzeniem. Nie miałam czasu nawet zjeść i spokojnie się wysikać - a co dopiero się rozwijać w jakikolwiek sensowny sposób. 

Kiedy mąż przejmował stery i zajmował się Młodym - odgruzowywałam z grubsza mieszkanie i siebie. Z całą pewnością nie myślałam wtedy o żadnych kursach czy szkoleniach. 

Kiedy raz na jakiś  czas zostawialiśmy Młodego  z moimi rodzicami lub teściami  - to załatwialiśmy  bieżące  zakupy, wizyty u lekarza i sprawy  urzędowe, a nie biegaliśmy po jakichś tam szkołach tańca, siłowniach, warsztatach garncarstwa czy szydełkowania. 

Kiedy miałam  chociaż  króciutką  chwilę  "wolnego" od synka - to najczęściej  byłam  w stanie tylko uciąć  sobie drzemkę  albo siedzieć bez ruchu i tępo wgapiać się w ścianę.  Na nic więcej  zwyczajnie nie starczało mi siły. 


Moim zupełnie subiektywnym zdaniem - najlepszym sposobem na rozwój na urlopie macierzyńskim jest PO PROSTU SOBIE TEN ROZWÓJ ODPUŚCIĆ. Dać sobie czas. Budować więź z dzieckiem. Towarzyszyć mu. Mieć na uwadze jego potrzeby - ale również swój własny komfort psychiczny. Nie gonić za tym słynnym "rozwojem" za wszelką cenę, kosztem jeszcze większego zmęczenia i poczucia rozdarcia - bo i tak (mówiąc całkiem szczerze) w ciągu kilku czy kilkunastu pierwszych miesięcy jest on raczej mało  realny. Mi w zupełności wystarczało obserwowanie rozwoju mojego dziecka - natomiast mój osobisty mógł trochę poczekać i ustąpić miejsca wszelkim dokonaniom Juniora. 

Co innego urlop wychowawczy...
 
To już była zupełnie inna bajka.  Bąbel coraz starszy i bardziej samodzielny - wykazywał też większą chęć do pozostawania od czasu do czasu pod opieką dziadków. Potrafił zająć się przez chwilę samym sobą, przywykł do jazdy samochodem i wspólnego podróżowania - a więc zaczęliśmy powolutku wracać na dawne tory i kultywować nasz wcześniejszy, aktywny tryb życia. Ja zdecydowałam się na kolejne studia, zaczęłam dorabiać sobie na freelansie i brać drobne zlecenia dla podreperowania naszego domowego budżetu. Od tamtej pory jestem też bardziej obecna w blogosferze - na różnego rodzaju spotkaniach, warsztatach i konferencjach - a i z mężem mamy nieco więcej czasu tylko dla siebie. 
 
ŻADNEGO Z TYCH URLOPÓW ABSOLUTNIE NIE ŻAŁUJĘ. Każdy z nich był dla mnie niesamowicie cenny - ponieważ mogłam być obecna przy najważniejszych momentach w życiu mojego synka i nie musiałam balansować pomiędzy domem a pracą niczym cyrkowy akrobata, poruszający się po wysoko zawieszonej linie. Jestem naprawdę cholernie wdzięczna losowi, że mogłam sobie na to pozwolić.

Jednak to dopiero na urlopie wychowawczym złapałam nowy wiatr w żagle i zaczęłam faktycznie rozwijać się w różnych kierunkach - nadal będąc przy Bąblu, poświęcając mu swój czas i uwagę. 
 
 
 A jak to było / jest w Waszym przypadku?
Czy zdecydowałyście się na któryś z tych urlopów ? A może na oba?
Jakie refleksje Wam w związku z tym towarzyszą ?