Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mama biologiczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mama biologiczna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 marca 2018

List do mamy biologicznej naszego synka.


 Jedno z najczęściej spotykanych "zadań domowych" 
podczas warsztatów w ośrodku adopcyjnym:

"Napisz list do rodziców biologicznych 
swojego adoptowanego dziecka." 

"Po co to komu" - spytacie ?
Ja widzę w tym pewien głęboki sens... 

Taki list (nawet jeśli pisany tylko na potrzeby warsztatów,  do szuflady - i nigdy nie trafi do faktycznego adresata) każe nam pamiętać o tym, że biologiczni rodzice naprawdę istnieją. Nie są jakimiś wyimaginowanymi postaciami z pogranicza science fiction - tylko realnymi ludźmi, którzy żyją niekiedy w bardzo bliskiej odległości od nas. Zauważyłam ostatnio, że wielu rodziców adopcyjnych ma tendencję do wypierania tego faktu i zakłamywania rzeczywistości w mniejszym lub większym stopniu. No sorry, tego w żaden sposób nie da się przeskoczyć - adoptując dziecko nie będziemy jego jedynymi rodzicami i powinno być to dla nas oczywiste.

list do matki biologicznej - adopcja dziecka - procedura adopcyjna - warsztaty w ośrodku adopcyjnym - zrzeczenie się praw rodzicielskich - oddanie dziecka do adopcji
www.pixabay.com

Droga Mamo Biologiczna naszego synka,

Wiem, że masz bardzo  ładne imię - a jeśli urodę odziedziczył po  Tobie, to  jesteś też zapewne  piękną kobietą. Nie  znamy  się i nigdy  nie  spotkałyśmy się osobiście - a jednak łączy  nas  tak wiele...

Ten  mały  człowiek - miarowo  oddychający obok mnie, zwinięty w pozycji  embrionalnej  w swoim  łóżeczku - jeszcze  całkiem  niedawno w takiej samej  pozycji mieszkał pod  Twoim  sercem ( choć w tamtym  momencie nawet nie  wiedziałam o jego  istnieniu).

Piszę do  Ciebie, bo  chciałam  Ci  o nim  opowiedzieć. Jest  doskonały - rezolutny, mądry i śliczny  jak  z obrazka. Myślę sobie, że w pewnej mierze to  również  Twoja  zasługa - choć wielu  ludzi  usiłowało przekonywać mnie o tych  "złych  genach", po  których  ponoć niczego  pozytywnego  nie  można  b
yło się spodziewać. Jest  też temperamentny , niesamowicie uparty i wie, czego  chce - ale  zdaje  się, że  w tym  dzisiejszym zwariowanym  świecie  to  raczej  zaleta, niż wada.

Lubi  jeździć na rowerze i pomagać w kuchni. Uwielbia  mydlane  bańki, wesołe  miasteczka  i wycieczki  w góry. Kiedy  śpiewa - to  na  całe  gardło. Kiedy  tańczy  - to  kompletnie  się w tym  zatraca. Fascynuje  się wulkanami  i dinozaurami  - których  kolekcja  rozrosła się już do takich  rozmiarów, że z powodzeniem  moglibyśmy  obdzielić nimi  całą przedszkolną grupę. Jest  też niesamowicie ciekawy  świata  i bardzo wrażliwy - pochyla  się z wielką troską nad  losem  każdego  człowieka, zwierzątka czy polnego  kwiatka.

Piszę do  Ciebie  - bo  chcę Ci  podziękować. Dałaś mi  coś najważniejszego, co  w życiu  mam. Urodziłaś - a potem  podjęłaś decyzję, która  musiała kosztować Cię cenę, jakiej  nie  da  się do  niczego  porównać i w żaden  sposób przeliczyć.

Tak  bardzo  Ci  współczuję - bo  niejedna  osoba  pewnie  Cię za to potępiła, przeklęła  i zmieszała  z błotem. Taki już mamy  w Polsce  mentalny klimat - że  niektórzy  traktują kobietę oddającą dziecko  do  adopcji niemal na  równi z tą, która  utopiła je w beczce albo pozbyła  się na  śmietniku...

Ale  wiesz co? We  mnie  nie  ma  na  to  zgody! Ja  nie  oceniam  Twoich motywów  i powodów - i nigdy  nie  powiem  o Tobie  nawet  jednego  złego  słowa. Dla  mnie  to, co  zrobiłaś - to  był w Twojej  trudnej sytuacji akt  miłości i wielkiej  odwagi. Miłości  - ponieważ chciałaś dla  dziecka  jak  najlepiej. Odwagi  - ponieważ będziesz  musiała  żyć z tą decyzją do  końca  swoich  dni.

Piszę do  Ciebie  - bo  próbuję wyobrazić sobie, co  wtedy  czułaś. Co  może  czuć kobieta, która  patrzy  na  swoje  dziecko jednocześnie  pierwszy  i ostatni  raz  -  mając świadomość, że może  nie  zobaczyć go już nigdy więcej  albo  spotkać się z nim dopiero  jako  z dorosłym, w pełni  ukształtowanym  człowiekiem? Nie  wiem...Nie  potrafię tego  ogarnąć...Jest  mi  niezmiernie przykro, że znalazłaś się w takim  punkcie  swojego  życia...

Piszę do Ciebie - jednocześnie  żałując , że Ty  nie  napisałaś podobnego  listu. Mogłaś nakreślić chociaż kilka  zdań, nawet  na  wystrzępionym  kawałku  kartki  albo na papierowej serwetce. Za  jakiś czas  przeczytałabym  mu  Twoje  słowa  - i miałby przynajmniej jeden namacalny  dowód  na  Twoje  istnienie. Musisz jednak wiedzieć, że często opowiadam
mu  o Tobie - i o tym, że obie  go  bardzo kochamy : ja  w bliskości, obecności  i na  co  dzień - a Ty  w myślach, tęsknocie i oddaleniu...

list do matki biologicznej - adopcja dziecka - procedura adopcyjna - warsztaty w ośrodku adopcyjnym - zrzeczenie się praw rodzicielskich - oddanie dziecka do adopcji
www.pixabay.com

***
Nie  oceniajmy pochopnie  kobiet, które  oddają dziecko  do  adopcji  lub  zostawiają je w oknie  życia... Najpierw znajdźmy się w ich sytuacji, przejdźmy ich drogę - i przeżyjmy to, co one przeżyły. Pomijając przypadki ewidentnego znęcania się nad dzieckiem, zaniedbywania swoich rodzicielskich obowiązków i tego, co określamy powszechnie mianem szeroko pojętej "patologii" - nic  nie  jest  tylko  czarne  lub tylko białe...Gdzieś pomiędzy  istnieje  jeszcze całe  mnóstwo  odcieni  szarości - dlatego bardzo zgadzam się ze zdaniem pracowników naszego ośrodka adopcyjnego , że szacunek do rodziców biologicznych naszego dziecka to również szacunek dla niego i jego historii. 

Potępienie i ostracyzm społeczny nikomu w niczym nie pomogą - ani matkom, ani tym bardziej dzieciom. Mogą spowodować jedynie tyle, że kobiety faktycznie w obawie przed linczem będą wolały anonimowo pozbyć się dziecka w najgorszy z możliwych sposobów - niż osobiście zrzec się praw rodzicielskich przed sądem, zgodnie z obowiązującą literą prawa...

*** 

Szerzej kwestia zrzeczenia się praw rodzicielskich oraz przekazania dziecka do adopcji 
poruszona została w TYM REPORTAŻU [KLIK] -
więc koniecznie zajrzyjcie, jeśli tematyka adopcyjna jest Wam szczególnie bliska.

czwartek, 20 kwietnia 2017

"Życie w nieświadomości by mnie zniszczyło" - czyli adopcja oczami dziecka.

Do tej pory na moim blogu pojawiały się wyłącznie posty pisane z punktu widzenia adopcyjnej mamy. Tym razem - będzie wpis o adopcji widzianej oczami dziecka. Napisała go autorka bloga Mama Dwójki - która została przysposobiona ze wskazaniem, w dość nietypowych okolicznościach...

Myślę, że Jej głos jest kolejnym argumentem przemawiającym za tym, by rozmawiać z dzieckiem o adopcji zupełnie otwarcie - nie czyniąc z tego tematu tabu. Jawność adopcji - to niesłychanie ważna rzecz z psychologicznego punktu widzenia, postulowana przez wszystkich pracowników ośrodków adopcyjnych. Zdecydowanie lepiej, by dziecko dowiedziało się o fakcie przysposobienia od nas samych - niż od jakichś zupełnie przypadkowych, postronnych osób...

adopcja dziecka
zdjęcie: Internet

 ___________________________________________

Nie pamiętam dokładnie, ile miałam lat, 
gdy dowiedziałam się, że jestem dzieckiem adoptowanym. 

Może jedenaście, lub mniej. Wiem, że nie miałam nawet powodu myśleć o tym. Zawsze mówili, że jestem do adopcyjnej mamy tak bardzo podobna. Mam jej oczy i rysy twarzy. Nigdy nie czułam, że może być inaczej - że nie jestem jej rodzonym dzieckiem...

Aż do dnia, kiedy moja koleżanka z podwórka (w złości po naszej kłótni) powiedziała, że jestem adoptowana. "Zostałam porzucona, bo nikt mnie nie chciał." Te słowa mnie zabolały - a słyszałam je nie pierwszy raz. Już kiedyś pytałam o to mamę - ale ona powiedziała, że to nieprawda. Tym razem, gdy się poskarżyłam, że nadal mi tak koleżanka dokucza - mama pewnego wieczoru (a raczej chyba nocy), odkryła przede mną karty...

Nie chciałam jej wierzyć. Wtedy mieszkała z nami jeszcze moja babcia. Powiedziała mi, że ona jest moją prawdziwą babcią. Nie rozumiałam jej. Jak może być moją babcią, jeżeli zostałam adoptowana? Rozum dziecka jest jednak w stanie przyjąć wszystkie informacje, skleić jedno z drugim. Dlatego wtedy od razu zapytałam, która z cioć jest moją „prawdziwą” mamą. To, co usłyszałam, wywołało we mnie szok...

Pomimo tego nie chciałam wierzyć, ale mama pokazała mi dokumenty z sądu - bo tylko w nich zawarta jest informacja o biologicznych rodzicach. Moja adopcja była adopcją ze wskazaniem. Wszystkie dokumenty mówiły o moich rodzicach adopcyjnych. Mama tłumaczyła mi, że nigdzie oprócz wyroku sądu nie ma śladu,  kto jest moją biologiczną matką. A była nią moja ciocia - matka chrzestna. Siostra mojej adopcyjnej mamy. 

Postawiła sprawę jasno - 
jeżeli nie zostanę adoptowana przez moją mamę, to ona usunie ciążę. 
Nie była w stanie wychować następnego dziecka, szóstego z kolei.

A że moja adopcyjna mama nie mogła mieć dzieci po przebytej endometriozie - 
nie wahała się ani chwili.

Całe życie żyłam obok biologicznej matki i swojego rodzeństwa. Dopiero gdy prawda wyszła na jaw - zrozumiałam, dlaczego z „kuzynką” jesteśmy do siebie podobne jak dwie krople wody, choć dzieli nas różnica dwóch lat.

Jak zniosłam całą tę sytuację? Dziwnie dobrze - pewnie dlatego, że miałam swoją rodzinę obok. Widziałam, jak żyją. Nie miałam poczucia szukania prawdy ani biologicznej mamy. Nie zmieniło to mojego nastawienia do mamy adopcyjnej . Nie zmieniło to w moim życiu niczego - poza poczuciem, że mam rodzeństwo.

I jestem inna. Inna, bo adoptowana. To zostawiło swój ślad na mojej psychice. Ale wiem, że życie jakie mam - jest wspaniałe. Nie mogłam trafić lepiej. Choć przeżyłam naprawdę wiele i o wielu rzeczach chciałabym zapomnieć - cieszę się, że zostałam adoptowana. Dopiero będąc dorosłą kobietą uświadomiłam to sobie w pełni.

Sama nie potrafię do dzisiaj zrozumieć,  dlaczego tak gładko przyjęłam tę informację. Może właśnie ta świadomość  - bo życie w nieświadomości by mnie zniszczyło. Bóg wybrał dla mnie taką, a nie inną drogę. Nie potrafię ocenić, co wtedy czułam tak naprawdę - poza szokiem i ulgą. Tak - ulgą, że to nie jakaś alkoholiczka czy panna lekkich obyczajów mnie urodziła. Zaakceptowałam to i żyłam dalej. Doceniając jeszcze bardziej, jakie mam szczęście - i dziękując Bogu, że mnie uratował.

Za wszystko, co dla mnie zrobiła adopcyjna mama - oraz za miłość i poświęcenie -
  dałam swojej córce na drugie jej imię.
__________________________________________________


Mnie najbardziej uderzyły w tym wpisie słowa wypowiedziane przez "życzliwą" koleżankę.
"Zostałam porzucona, bo nikt mnie nie chciał" - przecież to absolutnie nieprawda ! 

Rodzice biologiczni często ze wszystkich sił chcą - ale ze względu na swoją trudną sytuację (finansową, zdrowotną, jakąkolwiek inną) po prostu nie mogą.  Nie nam oceniać - ponieważ nic w życiu nie jest tylko czarne lub tylko białe, a wszystkich odcieni szarości jest tak wiele, że można się w nich zagubić. 

A rodzice adopcyjni ? Przecież oni chcą i czekają - czasami długimi latami, mierząc się z różnymi przeciwnościami losu. Chcą i czekają - nawet jeżeli jeszcze Cię nie znają, jeszcze nigdy nie zobaczyli, jeszcze nigdy nie mieli w swoich ramionach ! 

Dlatego proszę Cię, Adoptowane Dziecko -
nie pozwól sobie wmówić, że nikt Cię nie chciał i nie kochał !

Ktoś bardzo za Tobą tęsknił...
Ktoś nie marzył o niczym innym poza tym, żeby wreszcie zabrać Cię do domu...
 
adopcja dziecka
zdjęcie: Internet

środa, 11 maja 2016

Rozmowy brzuszkowo-serduszkowe: part 1.

Spotykamy się całą rodziną z moją wieloletnią znajomą, aktualnie w siódmym miesiącu ciąży. Na tym etapie jej stan błogosławiony jest oczywiście już dość mocno zauważalny, więc Bąbel raz za razem z wielkim zainteresowaniem zerka na jej sporych rozmiarów brzuch, a w końcu wypala: "DUUUZIII !" 

Pewnie zastanawia się, co też tam takiego ciocia Kasia ukrywa pod swoją dziwnie obszerną, zaokrągloną sukienką. Wygląda to trochę jak piłka (więc może będzie mógł sobie wreszcie pograć z tatą, bo słuchanie babskich plotek najwyraźniej niezmiernie go nudzi), a trochę jak ogromny arbuz (jeszcze większy od tego, który widział ostatnio w supermarkecie...tak, zdecydowanie większy...to chyba nawet największy arbuz świata! ;) )

źródło: Internet

Mija jakiś czas, a jego zainteresowanie brzuchem wcale nie opada. Wręcz przeciwnie - wzmaga się i zaczynam nabierać podejrzeń, że już za chwilę zacznie zadzierać Kasiną kieckę do góry, żeby za wszelką cenę dostać się do tego nowego, intrygującego znaleziska ;) W końcu czuję się w obowiązku, żeby interweniować i wyjaśnić po raz któryś z rzędu : "Brzuszek cioci Kasi jest taki duży, bo jest w nim dzidzia, która niedługo się urodzi". 

Młody przez chwilę trawi zasłyszaną ode mnie rewelację z niedowierzającą miną . ("Dzidzia? W brzuchu? Coś się tej mamie chyba pomyliło!  Ja też jestem dzidzia, a wcale nie w brzuchu! To ewidentnie jakaś ściema...No bo co niby taka dzidzia mogłaby w brzuchu robić? W brzuchu to przecież lądują śniadanka, i obiadki, i kolacyjki - a najlepiej ciacha wszelkiego rodzaju! No chyba że dzidzia właśnie tymi ciachami się objada - ależ jej zazdroszczę tylu słodkości ! Brzuch cioci wygląda na pojemny, pewnie sporo ciastek w sobie pomieści. Ja też tam chcę! Wpuście mnie chociaż na chwileczkę, cooo?" ;) )

źródło: Internet

Widząc jego konsternację,  tłumaczę dalej : " Ty też byłeś kiedyś w brzuszku u mamy, Bąbelku, zanim przyszedłeś na świat. Każdy dzidziuś najpierw jest w brzuszku u swojej mamusi."

Bąbel podchodzi do  m o j e g o  brzucha i głaszcze go, zahaczając przy okazji (dość boleśnie) o nierdzewną stal, którą w wieku lat -nastu przekłułam sobie pępek. "Byyyć? Tuu?" - pyta na wszelki wypadek, żeby się upewnić.

"Nie, Skarbie. Ty byłeś w brzuszku u mamusi XXX, a nie w moim. W moim być nie mogłeś, bo ja miałam bardzo chory brzuszek."

"AŁA-ŁA-ŁA-ŁA !!!" - pokrzykuje Bąbel, bo właśnie z takim okrzykiem widocznie mu się choroba mojego brzuszka kojarzy. Jednak po chwili dotyka moich wklęsłości ponownie i nawija: "Bzusio zdlowi. Ja być tuuuu! Mamisi bzusio!"

No i jak tu takiemu wytłumaczyć, że poza mną była jeszcze inna mama? Na razie to ja jestem dla niego tą jedyną, znaną, bezpieczną...Wzruszam się jak cholera, a jednocześnie trochę obawiam momentu, kiedy wreszcie zrozumie ...

źródło: Internet