Jeszcze zanim Bąbel
pojawił się w naszej rodzinie - bardzo często rozmyślałam nad tym, jaką mamą
dla niego będę. Oczywiście całkiem spora część tych moich wyobrażeń została
potem (niekiedy dość boleśnie i brutalnie) zweryfikowana przez życie. Do tej
pory wspominam to i śmieję się z samej siebie, ponieważ największą
"specjalistką" od wychowywania dzieci byłam wtedy, kiedy jeszcze ich
nie miałam ;) Zresztą, podobną tendencję dostrzegam bardzo często wśród
wielu innych bezdzietnych znajomych...
Swojego Synka kocham nad życie i robię wszystko,
żeby spędzony z nim czas jak najmniej ucierpiał ze względu na inne moje zajęcia
i obowiązki. Za te chwytam przeważnie dopiero po ostatecznej wieczornej
pacyfikacji albo w momentach, kiedy Junior z tatą zaliczają akurat jakiś swój
typowo męski wypad. Czasami naprawdę nieźle mi to wszystko wychodzi. Potrafię
być taka hiper-kreatywna, multifunkcyjna i wręcz anielsko cierpliwa. Umiem
zrobić przysłowiowe "coś z niczego" za każdym razem, kiedy już
skończą mi się wszystkie wcześniej uskuteczniane pomysły...Mam wtedy ochotę
poklepać się z uznaniem po ramieniu i powiedzieć sobie : "dobra
robota" ...
A innym razem jestem mamą - gradową chmurą. Zdecydowanie za dużo krzyczę. Czasami potrafię wrzasnąć tak, aż echo niesie się po całej klatce schodowej, w kredensie drżą szklanki, a sąsiedzi pewnie zastanawiają się nad wystukaniem numeru do stosownych służb...Zdecydowanie zbyt często zamykam się w łazience, żeby ukoić tam skołatane nerwy, wypłakać się, policzyć do stu i choć przez chwilę pobyć zupełnie sama. W takich momentach myślę sobie, że macierzyństwo po prostu mnie przerasta - i że zwariuję, jeżeli natychmiast nie znajdę sobie od niego jakiejś odskoczni...
W skrytości serca chciałabym być matką taką, jak
ta idealnie skrojona sukienka, którą mam
na sobie. Marzy mi się, żeby wszystko było we mnie takie gładkie, miało
symetryczny wzór i piękne, intensywne kolory. Ja jestem raczej chińską
kiecką z wyprzedaży w popularnej sieciówce, z której a to jakaś nitka wystaje,
a to szew lekko nadpruty, a to znowu guzik ledwie się trzyma ;) Mówiąc bardzo
oględnie i w dużym skrócie - do pełnej perfekcji niezmiernie mi daleko (i
chyba nawet już przestałam dążyć do niej z uporem maniaka).
Już od jakiegoś czasu trzymam się kurczowo bardzo modnego i popularnego przekonania, że matki idealne w ogóle nie istnieją - i objawiają się ewentualnie wyłącznie w jakichś przesłodzonych, cukierkowych telenowelach. Czy jestem zatem tą "wystarczająco dobrą"? I to chyba nie mnie oceniać. Ostateczny osąd pozostawiam Bąblowi za kilka czy kilkanaście lat - bo dopiero wtedy przekonam się, czy będzie chętnie do mnie wracał, dzielił się swoimi sprawami i problemami, czy też nad rozmowy ze mną przedłoży towarzystwo konsoli do gier, komputera albo osiedlowych kumpli.
No więc w takim razie jaką matką jestem, wedle
własnego o sobie mniemania?
Chyba najbardziej trafnym określeniem będzie, jeżeli powiem o sobie "matka do drobnych poprawek krawieckich" - wprawdzie taka nie całkiem do niczego, ale musi jeszcze sporo nad sobą popracować, żeby prezentować się jakoś na tle innych, onieśmielających ją i wpędzających w kompleksy, modeli ;)
***
płaszcz - Allegro
torebka
- second hand
buty - Deichmann
komin - Camaieu





