Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Chcemy Być Rodzicami". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Chcemy Być Rodzicami". Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 września 2016

Płodzimy posty na przekór niepłodności - podsumowanie "mojej" części kampanii "Niepłodności nie widać".

Dzisiejszym wpisem chciałabym bardzo podziękować wszystkim Dziewczynom, które odpowiedziały na mój apel, przyłączyły się do kampanii magazynu "Chcemy Być Rodzicami" i opublikowały na swoich blogach posty dotyczące niepłodności, podważające pewne obiegowe opinie na jej temat oraz prezentujące ten problem na wielu różnych płaszczyznach, z wielu odmiennych punktów widzenia. 

W ciągu minionego miesiąca starałam się na bieżąco śledzić nie tylko same wpisy popełnione w ramach kampanii, ale również komentarze pod nimi. Niestety, na podstawie niektórych z nich można dojść tylko do jednego wniosku: że poziom wiedzy na temat niepłodności w naszym społeczeństwie wciąż pozostawia wiele do życzenia i jest jeszcze naprawdę sporo do zrobienia w tej kwestii. 



Dość często zdarza się, że niepłodność nadal mylona jest z bezpłodnością - a to przecież dwa odrębne pojęcia i terminy medyczne i różnica pomiędzy nimi jest naprawdę zasadnicza, o czym wspomniała u siebie między innymi Sylwia z bloga Matczysko.pl.  

Poza tym niektóre osoby są przekonane, że skoro urodziło się już jedno czy dwoje dzieci, to z zajściem w kolejną ciążę na pewno nie będzie żadnego problemu. Ten mit obaliła z kolei Zwykła Matka - pisząc o niepłodności wtórnej, czyli niemożności poczęcia dziecka pomimo wcześniejszej ciąży, zakończonej szczęśliwym rozwiązaniem. 

Nie jest też prawdą, że przyczyny niepłodności leżą wyłącznie po stronie kobiety. Tutaj proporcje rozkładają się mniej więcej po równo : 40% przypadków to niepłodność kobieca, 40% - męska, a w około 20% przypadków mamy do czynienia z niepłodnością idiopatyczną - czyli sytuacją, w której przyczyny są nieznane, niezdiagnozowane i niemożliwe do wykrycia. Dlatego też Agnieszka z Apteki Małego Człowieka pisała u siebie o naturalnych sposobach i ziołach na poprawę płodności zarówno w kontekście żeńskim, jak i męskim.

Chyba większość z Was zgodzi się, że poza pewnymi uwarunkowaniami genetycznymi, hormonalnymi czy anatomicznymi bardzo dużą rolę w staraniach o dziecko odgrywa również nasza psychika. To wspaniałe, że niektórym parom wystarczy to słynne "odstresowanie się", "wrzucenie na luz" i długie wakacje tylko we dwoje, aby do domu powrócić już z dwiema kreskami na ciążowym teście...

Ale nie oszukujmy się! Dla osób, które walczą z niepłodnością od lat - które mają za sobą najróżniejsze leki, zabiegi, badania i procedury medyczne - tego typu "złote rady" są kompletnie bezwartościowe i mogą najwyżej rozśmieszyć albo doprowadzić do wrzenia i jeszcze bardziej podnieść poziom frustracji. O tym chyba najlepiej przekona Was wpis Litermatki, która na potrzeby kampanii stworzyła na swoim blogu całą odrębną zakładkę. 

Pamiętajmy też, że są inne drogi ku rodzicielstwu, niż ciąża - ale nie są one dla wszystkich. Nie każdy jest na nie gotowy. Nie każdy będzie umiał pokochać dziecko zrodzone z innej kobiety jak swoje własne - biologiczne. Nie każdy zdecyduje się na adopcję czy bycie rodziną zastępczą - i nie dla każdej niepłodnej pary "wystarczy" dzieci przebywających w placówkach (ponieważ tych o faktycznie uregulowanej sytuacji prawnej, rodzinnej i zdrowotnej, która dawałaby im realną szansę na przysposobienie wcale nie jest tak dużo, jakby się to nam mogło pozornie wydawać...)

Mogłabym pisać o tym jeszcze całymi godzinami - tyle świetnych tekstów do mnie napłynęło, tyle różnych kwestii zostało w nich poruszonych, tylu wzruszeń doświadczyłam czytając i mając świadomość, że tak wiele osób zdecydowało się wziąć udział w projekcie, poświęcić na niego swój wolny czas, włożyć w to mnóstwo pracy, emocji i serca - a niekiedy zmierzyć się również z własnymi demonami z przeszłości... Mogłabym, ale przestrzeń mam tu dość ograniczoną - więc muszę zmieścić swoje podsumowanie zaledwie w kilku zdaniach.

Ile różnych par - tyle różnych historii, diagnoz, problemów i dróg ku rodzicielstwu. 
Każda z nich - tak samo dobra, piękna, równie wartościowa.  
Niestety - nie każda równie prosta i nieskomplikowana...

Najważniejsze moim zdanie - to nie musieć się wstydzić swoich wyborów, przed kimkolwiek z nich tłumaczyć, być osądzanym, dyskryminowanym i zmuszanym do poszukiwania usprawiedliwienia. Najważniejsze - to przestać wreszcie traktować samą niepłodność, in vitro czy adopcję jako tabu, powód do skrępowania, zażenowania czy ucieczki - bo to "tylko" jedne z wielu scenariuszy, jakie może napisać dla nas życie. Dla KAŻDEGO z nas ! - więc nigdy nie wiadomo, czy sami nie znajdziemy się w przyszłości w podobnej sytuacji i czy sami nie będziemy musieli mierzyć się z długofalowym leczeniem, najróżniejszymi dylematami, krzywdzącymi stereotypami oraz presją otoczenia.


P.S. Kampania "Niepłodności Nie Widać" oczywiście się nie kończy - tak naprawdę dopiero nabiera rozpędu i możecie przyłączyć się do niej w każdej chwili, jeśli tylko poczujecie taką potrzebę. Na ten moment pragnę jednak podziękować wszystkim zaprzyjaźnionym blogom, które już się w nią zaangażowały i wnosiły swój nieoceniony wkład w budowanie społecznej świadomości na temat niepłodności - a są to:

wtorek, 12 lipca 2016

#NieplodnosciNieWidac - czyli niesamowita kampania, w ramach której aż do Warszawy mnie poniosło.

Kiedy któregoś dnia znalazłam w swojej skrzynce mailowej zaproszenie do udziału w kampanii #NieplodnosciNieWidac, przez bardzo długi czas nie mogłam wyjść z szoku. Popłakałam się, rozlałam kawę, potem zamiast cukru nasypałam do niej dwie kopiaste łyżeczki soli - a mój siedzący przy kuchennym stole Małż spoglądał na mnie jak na osobę, która nie wiedzieć czemu zupełnie nagle postradała zmysły. 

Skąd tyle wzruszeń we mnie po przeczytaniu jednej, 
zaledwie kilkuzdaniowej wiadomości? 

Po pierwsze, odżyły we mnie dawne wspomnienia i emocje związane z niepłodnością - które na co dzień już zupełnie nie dają o sobie znać, ale w takich sytuacjach okazują się demonem uśpionym tylko pozornie i chwilowo, potrafiącym zaatakować człowieka w najmniej oczekiwanym momencie. 

Po drugie, wiadomość była od samej Magdaleny Modlibowskiej, której książka "Odczarować adopcję" była chyba pierwszą lekturą, po jaką sięgnęliśmy w trakcie naszego oczekiwania na Bąbelka - i stanowiła dla mnie pewnego rodzaju przewodnik nie tylko po zawiłościach całej adopcyjnej procedury, ale również po meandrach mojej własnej, kobiecej psychiki. 

A po trzecie - i to najważniejsze - ucieszyłam się niesamowicie, że ktoś o takiej kampanii pomyślał! Że znalazły się wreszcie osoby, które chcą o niepłodności rozmawiać nie tylko w sejmowych kuluarach, nie tylko na poziomie "VIP-owskiej" debaty na wysokich stołkach - ale również z zupełnie zwyczajnymi ludźmi takimi jak ja, których problem niepłodności dotknął i tak naprawdę będzie dotyczył już do końca życia (bo musicie wiedzieć, że z nami trochę tak, jak z alkoholikami czy narkomanami : niepłodnym jest się już zawsze - nawet jeśli uda się zajść w ciążę i urodzić dziecko, tudzież całą ich gromadkę).


Jadąc do Warszawy nie do końca wiedziałam, czego mam się po takim spotkaniu spodziewać. Jako matka prowincjonalna, zupełnie niemedialna i nie przepadająca za publicznymi wystąpieniami miałam też straszną tremę przed wizytą w redakcji magazynu "Chcemy Być Rodzicami" - i tylko jeden Małż może zaświadczyć o tym, jakie ilości melisy wypiłam z samego rana i jak bardzo pociły mi się dłonie na całej trasie do stolicy ;) Uznałam jednak, że gra jest zdecydowanie warta świeczki - że im więcej osób w tej kampanii weźmie udział, tym większego rozgłosu ona nabierze i do tym szerszych kręgów docelowo dotrze - a na tym właśnie najbardziej nam wszystkim zależy.

Nasz panel dyskusyjny miał trwać 3 godziny, a ostatecznie trwał prawie 5. W tym czasie rozebraliśmy niepłodność na części pierwsze i przeanalizowaliśmy ją zarówno z punktu widzenia współczesnej medycyny, jak i prawa, dietetyki, refleksologii, psychologii oraz socjologii - bo przy wspólnym stole zasiedli ze mną właśnie przedstawiciele tych wszystkich znakomitych dziedzin. 

Jak widać na załączonym obrazku, niepłodność wpływa w bardzo znaczącym stopniu na praktycznie każdą sferę naszego życia. Odbiera nam zdrowie i nasz cenny czas spędzony w lekarskich gabinetach. Sieje ferment w naszych związkach, burzy relacje partnerskie i przyjacielskie. Odbija się destrukcyjnie na naszej karierze zawodowej oraz poczuciu własnej wartości. Przysparza nam licznych dylematów natury etycznej i religijnej oraz sprawia, że nasze życie emocjonalne to wieczna sinusoida...

A wiecie, co dla mnie w tym wszystkim było najgorsze? Że czułam się jak osoba przebywająca stale w jednej wielkiej, życiowej POCZEKALNI - czekałam na wyniki badań, na następną laparoskopię, na kontrolny monitoring cyklu i na moment, w którym z odległego miasta zostaną wreszcie sprowadzone dla mnie leki, dzięki którym będę mogła rozpocząć kolejną stymulację. Potem czekałam też na warsztaty w ośrodku adopcyjnym, na spotkania z psychologiem, na kwalifikację i na TEN najważniejszy telefon, że odnalazło się moje dziecko. I choć każde to czekanie było wypełnione wielką nadzieją - to jednocześnie absorbowało mnie do tego stopnia, że idąc pod rękę ze swoją niepłodnością izolowałam się, zamykałam w sobie i nie miałam już sił ani energii na...normalne życie.


Ale wracając do spotkania w Warszawie...wiecie, co mi się tam najbardziej podobało? To, że redakcja "Chcemy Być Rodzicami" żadnej drogi ku rodzicielstwu nie faworyzuje, żadnej nie stawia na piedestale i nie traktuje jako lepszej, właściwszej lub bardziej optymalnej i wartościowej niż pozostałe. 

Rodzicem możesz zostać w sposób zupełnie naturalny (i gratuluję z całego serca, jeśli Ci się to udało!), a możesz też zostać nim dzięki naprotechnologii, in vitro lub adopcji - i każda z wybranych przez Ciebie ścieżek będzie równie dobra właśnie dlatego, że jest po prostu TWOJA. Możesz też świadomie zdecydować się na bezdzietność wynikającą z wyboru - i to także zasługuje na pełen szacunek. 

Na pewno będę jeszcze pisać o swoich przemyśleniach dotyczących zarówno samej kampanii, jak i niepłodności w ogóle. Ale na chwilę obecną mam do Was mały apel, wypracowany wspólnie podczas tego niesamowitego spotkania.

Osoby piszące o niepłodności, które w jakikolwiek sposób identyfikują się i solidaryzują z kampanią bardzo proszę, by używały na swoich blogach i w social mediach tagu #nieplodnosciniewidac. 

Osoby piszące o adopcji bardzo proszę o to, by w ich postach widniał tag #adopcjadziecka - ponieważ na samo hasło  #adopcja przeważnie pojawia się w wyszukiwarce mnóstwo wyników dotyczących przygarnięcia zwierząt ze schroniska, natomiast tych dotyczących przysposobienia jest jak na lekarstwo.

Osoby, które do tej pory nie poruszały tego tematu, za to zajmowały się na swoich blogach najróżniejszymi kwestiami zdrowotnymi i społecznymi - może macie ochotę go podjąć, zainteresować się nim i zgłębić go nieco bardziej?

Osoby, które nie prowadzą własnych blogów (ale wiem, że czytają, ponieważ bardzo często kontaktują się ze mną na drodze mailowej) - bardzo proszę, żeby też włączyły się w akcję, wysyłając mi własne przemyślenia na temat niepłodności oraz tego, jak o niej rozmawiać, jak reagować, jak poruszać ten temat w debacie publicznej oraz w codziennych relacjach. Może czujecie się ze swoją niepłodnością sami, chcecie obalić jakieś mity, macie potrzebę uzewnętrznienia własnych emocji?

Jeśli dostanę od Was jakieś wypowiedzi - postaram się je zebrać w sensowną całość, opublikować, podesłać redakcji "Chcemy Być Rodzicami" jako nasze wspólne stanowisko. Myślę, że to ważny temat - i świetna okazja, żeby się w nim wypowiedzieć w ramach takiej dużej akcji, która (mam nadzieję) z czasem zacznie zataczać coraz szersze kręgi. 

To jak, przyłączycie się ?  

wtorek, 28 czerwca 2016

Niepłodności nie widać - co nie znaczy, że nie należy o niej mówić.

Wyobraź sobie, że spacerujesz ruchliwym, zatłoczonym deptakiem. Mijasz po drodze najróżniejszych ludzi: grubych i chudych, wysokich i niskich, pięknych i trochę mniej urodziwych. Zwykle na żadnej z tych osób nie zatrzymujesz zbyt długo wzorku, zajęta swoimi sprawami  albo rozmową z kimś, kto Ci towarzyszy. 

A teraz wyobraź sobie, że ludzie na deptaku to cała nasza polska populacja - i że jedna na pięć mijanych przez Ciebie par ma problem z zajściem w ciążę, poczęciem dziecka, zapełnieniem pustego pokoju w swoim mieszkaniu małym, kochanym lokatorem. 

Czy te pary czymkolwiek różnią się od innych, które mijasz na swojej drodze? Może tylko tym, że spacerują same, bez dziecka - i czasami napotykasz ich tęskne spojrzenia, rzucane ukradkiem w kierunku cudzego niemowlęcego wózka. Nic poza tym. Na pierwszy rzut oka nie zauważysz żadnej różnicy. Właśnie dlatego, że #niepłodnosciniewidac. Ona siedzi w środku, gdzieś głęboko. I zwykle niezbyt chętnie się o niej mówi - trochę jakby była czymś żenującym, wynikającym z naszej winy. Jakby sprawiała, że jesteśmy inni, gorsi, w pewien sposób naznaczeni...

foto: Internet

Być może trudno Ci w to uwierzyć, ale znam ludzi, którzy bardzo pragną mieć dziecko, a mimo to nie leczą się w żaden z dostępnych im sposobów, bo po prostu wstydzą się o swoich problemach rozmawiać - nawet z lekarzami czy innym personelem medycznym. Oczywiście bardzo szanuję ich wybór - lecz przyznam szczerze, że nie do końca go rozumiem. 

Przecież niepłodność to choroba.
Powtórzę jeszcze raz, wielkimi literami: NIEPŁODNOŚĆ TO CHOROBA !

Podobnie jak cukrzyca, astma, miażdżyca czy jakiekolwiek inne przewlekłe dziadostwo, które potrafi się czasami do człowieka przyplątać. A mimo to odnoszę niekiedy wrażenie, że zupełnie nie jak chorobę się ją traktuje - tylko jak wstydliwy temat tabu, o którym zdecydowanie lepiej i wygodniej jest milczeć, niż mówić. A przecież mówić warto, mówić trzeba, mówić się powinno - bo jest to problem, który dotyka szacunkowo około 20% naszego społeczeństwa. 

Tylko w naszym najbliższym otoczeniu dotknął aż trzy inne małżeństwa - a musisz wiedzieć, że nasi znajomi to grono naprawdę niezbyt liczne i starannie wyselekcjonowane... Jedno z tych małżeństw - podobnie jak my - zdecydowało się na adopcję, drugie na in vitro, trzecie podjęło inne, mniej inwazyjne (czyżby?) metody leczenia...Każde z nich w akceptowalny przez siebie sposób walczy o swoje szczęście, zdrowie, realizację marzeń o pełnej rodzinie. I każde z nich na swój sposób cierpi, przeżywa emocjonalne i hormonalne huśtawki,  czuje się w swoim problemie dość mocno osamotnione i nie do końca rozumiane przez tę bardziej płodną, nie borykającą się z problemem większość...

Bo tak to już chyba jest, że niepłodność bardzo stara się obudować nas grubym, nieprzepuszczalnym murem. Ten mur wyrasta między nami a naszymi przyjaciółmi, z którymi pomimo najszczerszych chęci nie zawsze potrafimy dzielić radości z pojawienia się na świecie nowego członka ich rodziny. Wyrasta też bardzo często pomiędzy kobietą a mężczyzną - oddzielając ich od siebie poczuciem winy, wzajemnymi pretensjami i wyrzutami (które czasami tak naprawdę nie istnieją, ale osoba będąca "źródłem problemu" i tak będzie nosiła je w sercu i we własnej świadomości jak bolesną, raniącą zadrę).

foto: Internet

Przyznam Wam szczerze, że osobiście wolałam o swojej niepłodności głośno mówić, niż  spuszczać na nią kurtynę milczenia. Oczywiście nie zawsze i nie z każdym - ale generalnie bardziej odpowiadało mi takie rozwiązanie niż tylko współczujące spojrzenia, cichnące na mój widok "dzieciowe" rozmowy czy dowiadywanie się o ciąży którejś z koleżanek dopiero po porodzie, ponieważ wcześniej nie chciała mnie taką informacją ranić czy "burzyć mojego spokoju" (o ile w przypadku osoby wciąż wędrującej po gabinetach lekarskich, poddawanej najróżniejszym badaniom i tkwiącej latami w niepewności oraz życiowej poczekalni można w ogóle mówić o jakimkolwiek "spokoju"). 

Dlatego cieszę się bardzo na wieść o tym, że powstają inicjatywy takie jak ta - organizowana przez magazyn "Chcemy Być Rodzicami" - w której już 9 lipca będę miała okazję również wziąć udział. Mam przeczucie, że w jej ramach będzie działo się naprawdę wiele dobrego. A Wy, jak myślicie ? Warto rozmawiać o niepłodności - czy raczej jest to dla Was temat na tyle trudny i krępujący, że lepiej w ogóle go nie poruszać?

foto: Internet