Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nieplodnosciniewidac. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nieplodnosciniewidac. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Moje dziecko nie jest "zamiast" - rozważania mamy adopcyjnej.

O tym, że Bąbel jest adoptowany, wie znakomita większość osób w naszym otoczeniu. Jeśli nie od nas, to od siebie nawzajem - ponieważ żyjemy w miejscowości tak małej, że tego typu "sensacyjne" wieści rozchodzą się tutaj lotem błyskawicy, za pośrednictwem tzw. poczty pantoflowej.

Czasami nadal zdarza się, że ktoś przybiera na nasz widok bardzo zbolały wyraz twarzy i rzuca : "No cóż, tak w życiu bywa...Gdybym sam nie mógł mieć dzieci, to pewnie ostatecznie też bym się na to zdecydował. Ale chyba zrobiliście wcześniej wszystko, żeby jednak mieć dziecko biologiczne, prawda?" 

***
 
Otóż nie. Nie zrobiliśmy wszystkiego. Pomimo licznych namów ze strony  lekarzy nie przystąpiliśmy do procedury in vitro, nie otarliśmy się nawet o naprotechnologię, nie zdecydowaliśmy się na bardziej intensywną stymulację lekami hormonalnymi cięższego kalibru, które nam proponowano. Rozumiem oczywiście, że niektóre pary chcą najpierw wykorzystać te wszystkie opcje, wyczerpać wszystkie dostępne alternatywy i metody oferowane przez medycynę, zanim w ogóle zaświta w ich głowach myśl o adopcji dziecka - jednak nie zawsze tak jest i w naszym przypadku również tak nie było. 

Pisałam już kiedyś w jednym z komentarzy, że w pewnym momencie po prostu weszliśmy na inny poziom myślenia. Na poziom, na którym liczy się już nie ciąża, nie pękaty brzuch, nie możliwość karmienia piersią, przekazania zestawu genów i przecinania pępowiny na porodówce - tylko samo dziecko, mały człowiek (niezależnie od tego, czy noszony pod sercem moim, czy pod sercem innej kobiety).

Pomimo moich bardzo niechętnych do współpracy jajników wielu wokół nas nalegało, byśmy jeszcze się nie poddawali, nie rezygnowali z dalszych starań, nie składali broni, jeszcze "chwilę" wytrwali w tej nierównej walce z chorobą. Podczas ostatniej, pożegnalnej wizyty u mojego prowadzącego ginekologa usłyszałam od niego nawet "Tak daleko już Pani zaszła, a teraz Pani odpuszcza?" - na co odpowiedziałam : "Panie doktorze - odpuszczam ciążę, ale nie odpuszczam bycia mamą. A to przecież dwie zupełnie inne sprawy."

***

Chciałabym uświadomić wszystkim sceptykom, że dziecko adopcyjne nie jest "zamiast". Nie jest jakimś substytutem, ekwiwalentem, mniejszym złem. Nie jest żadną "nagrodą pocieszenia", którą wprawdzie jesteśmy uradowani - ale mimo to nadal zerkamy z zazdrością na rodziców biologicznych, znajdujących się na podium i dzierżących niczym puchary swoje dzieci o identycznym kodzie DNA. To tak nie działa!

Na dziecko adopcyjne czeka się z takim samym utęsknieniem. Też wyobrażasz sobie, jakie będzie - choć jednocześnie wiesz, że może być do Ciebie i Twojego męża zupełnie niepodobne. Też urządzasz dla niego pokoik i kompletujesz wyprawkę - choć zadanie masz nieco utrudnione, bo często nie znasz jeszcze jego płci ani nawet wieku, w jakim pojawi się w Waszej rodzinie. Też marzysz tylko o tym, żeby było (przynajmniej względnie) zdrowe - a jednocześnie wiesz, że jeśli pojawią się jakieś zaburzenia, choroby czy "tyły" rozwojowe - to zrobisz wszystko, co w Twojej mocy, żeby zniwelować je do minimum, zapewnić mu odpowiednie warunki i szczęśliwe życie w kochającej rodzinie. Też chciałabyś dzielić się swoim radosnym oczekiwaniem z całym światem - a czasami nie możesz, bo ktoś gasi Twój entuzjazm tekstem, że "bardzo Ci współczuje"...
 
"Dlaczego mi współczujesz - do cholery - zamiast zwyczajnie i po ludzku pogratulować?!"- masz ochotę wykrzyczeć. Ale Twój rozmówca nawet nie czeka na takie pytanie, tylko ubiega Cię i sam spieszy z wyjaśnieniem. "Bo nigdy nie będziesz karmić. Bo więź tworzy się, kiedy dziecko przechodzi przez drogi rodne kobiety. Bo tylko matka biologiczna zna swoje dziecko i wie, czego ono potrzebuje - a ta adopcyjna nie ma instynktu, nie ma intuicji, nie da sobie rady..." No bzdury totalne, większych w życiu nie słyszałam! Aż w końcu przychodzi czas na koronny argument, który najbardziej ze wszystkich "uwielbiam" : "NIE ZROZUMIESZ TEGO, BO NIGDY NIE RODZIŁAŚ".

Tak, to prawda. Nigdy nie rodziłam. Ale Ty za to nigdy nie adoptowałaś. Nie chcę się z Tobą licytować, bo nie o to tutaj chodzi. Jednak chciałabym, żebyś wiedziała, że moje dziecko nie jest żadną brzytwą, której chwyta się tonący; nie jest żadną ostatnią deską ratunku; nie jest też żadnym rakiem na bezrybiu; ani też nie jest dzieckiem, które kocham na zasadzie "jak się nie ma, co się, lubi - to się lubi, co się ma"...

***

Moje dziecko było tak samo upragnione i niecierpliwie wyczekiwane, jak Twoje. Jest tak samo kochane, tak samo jestem z niego dumna, tak samo wzrusza mnie do łez i tak samo czasami denerwuje. Tak samo się o nie martwię i tak samo uszczęśliwia mnie każdy jego uśmiech, przytulenie i słowo "mama".  Nie uważam, że moje macierzyństwo jest w czymkolwiek lepsze od Twojego, ale nie uważam też, by było gorsze - i również Ciebie bardzo proszę, abyś go nie deprecjonowała. 

A przede wszystkim powtarzam raz jeszcze, że miałam wybór (podobnie jak wielu innych znanych mi rodziców adopcyjnych). O ile niepłodności sama sobie nie wybrałam, nie prosiłam o nią i nie domagałam się jej w swoim życiu - o tyle adopcja była moją świadomą decyzją, którą podjęłam stojąc na rozwidleniu kilku różnych dróg i mając przed sobą różne alternatywy.
 
Mogłam spróbować in vitro; mogłam jeszcze przez kilka lat rozkładać nogi przed kolejnymi ginekologami równie często, jak przed własnym mężem; mogłam też zdecydować się na bezdzietność - i nie czuć się z tym wcale aż tak najgorzej. 
 
Zawsze uważałam, że nasze życie ma tyle sensu, ile sami umiemy mu nadać. Dlatego myślę, że nawet jako kobieta bezdzietna potrafiłabym ten sens odnaleźć - tym sensem oprócz mojego dziecka jestem przecież ja sama, mój mąż, moje życiowe pasje i zainteresowania... Mogłabym zająć się tysiącem innych rzeczy poza macierzyństwem - i pewnie nawet być równie szczęśliwa, jak jestem w tym momencie. Ale wybrałam adopcję, bo po prostu bardzo tego chciałam i uważałam, że jest to dla mnie najwłaściwsza ścieżka...
 
 

wtorek, 12 lipca 2016

#NieplodnosciNieWidac - czyli niesamowita kampania, w ramach której aż do Warszawy mnie poniosło.

Kiedy któregoś dnia znalazłam w swojej skrzynce mailowej zaproszenie do udziału w kampanii #NieplodnosciNieWidac, przez bardzo długi czas nie mogłam wyjść z szoku. Popłakałam się, rozlałam kawę, potem zamiast cukru nasypałam do niej dwie kopiaste łyżeczki soli - a mój siedzący przy kuchennym stole Małż spoglądał na mnie jak na osobę, która nie wiedzieć czemu zupełnie nagle postradała zmysły. 

Skąd tyle wzruszeń we mnie po przeczytaniu jednej, 
zaledwie kilkuzdaniowej wiadomości? 

Po pierwsze, odżyły we mnie dawne wspomnienia i emocje związane z niepłodnością - które na co dzień już zupełnie nie dają o sobie znać, ale w takich sytuacjach okazują się demonem uśpionym tylko pozornie i chwilowo, potrafiącym zaatakować człowieka w najmniej oczekiwanym momencie. 

Po drugie, wiadomość była od samej Magdaleny Modlibowskiej, której książka "Odczarować adopcję" była chyba pierwszą lekturą, po jaką sięgnęliśmy w trakcie naszego oczekiwania na Bąbelka - i stanowiła dla mnie pewnego rodzaju przewodnik nie tylko po zawiłościach całej adopcyjnej procedury, ale również po meandrach mojej własnej, kobiecej psychiki. 

A po trzecie - i to najważniejsze - ucieszyłam się niesamowicie, że ktoś o takiej kampanii pomyślał! Że znalazły się wreszcie osoby, które chcą o niepłodności rozmawiać nie tylko w sejmowych kuluarach, nie tylko na poziomie "VIP-owskiej" debaty na wysokich stołkach - ale również z zupełnie zwyczajnymi ludźmi takimi jak ja, których problem niepłodności dotknął i tak naprawdę będzie dotyczył już do końca życia (bo musicie wiedzieć, że z nami trochę tak, jak z alkoholikami czy narkomanami : niepłodnym jest się już zawsze - nawet jeśli uda się zajść w ciążę i urodzić dziecko, tudzież całą ich gromadkę).


Jadąc do Warszawy nie do końca wiedziałam, czego mam się po takim spotkaniu spodziewać. Jako matka prowincjonalna, zupełnie niemedialna i nie przepadająca za publicznymi wystąpieniami miałam też straszną tremę przed wizytą w redakcji magazynu "Chcemy Być Rodzicami" - i tylko jeden Małż może zaświadczyć o tym, jakie ilości melisy wypiłam z samego rana i jak bardzo pociły mi się dłonie na całej trasie do stolicy ;) Uznałam jednak, że gra jest zdecydowanie warta świeczki - że im więcej osób w tej kampanii weźmie udział, tym większego rozgłosu ona nabierze i do tym szerszych kręgów docelowo dotrze - a na tym właśnie najbardziej nam wszystkim zależy.

Nasz panel dyskusyjny miał trwać 3 godziny, a ostatecznie trwał prawie 5. W tym czasie rozebraliśmy niepłodność na części pierwsze i przeanalizowaliśmy ją zarówno z punktu widzenia współczesnej medycyny, jak i prawa, dietetyki, refleksologii, psychologii oraz socjologii - bo przy wspólnym stole zasiedli ze mną właśnie przedstawiciele tych wszystkich znakomitych dziedzin. 

Jak widać na załączonym obrazku, niepłodność wpływa w bardzo znaczącym stopniu na praktycznie każdą sferę naszego życia. Odbiera nam zdrowie i nasz cenny czas spędzony w lekarskich gabinetach. Sieje ferment w naszych związkach, burzy relacje partnerskie i przyjacielskie. Odbija się destrukcyjnie na naszej karierze zawodowej oraz poczuciu własnej wartości. Przysparza nam licznych dylematów natury etycznej i religijnej oraz sprawia, że nasze życie emocjonalne to wieczna sinusoida...

A wiecie, co dla mnie w tym wszystkim było najgorsze? Że czułam się jak osoba przebywająca stale w jednej wielkiej, życiowej POCZEKALNI - czekałam na wyniki badań, na następną laparoskopię, na kontrolny monitoring cyklu i na moment, w którym z odległego miasta zostaną wreszcie sprowadzone dla mnie leki, dzięki którym będę mogła rozpocząć kolejną stymulację. Potem czekałam też na warsztaty w ośrodku adopcyjnym, na spotkania z psychologiem, na kwalifikację i na TEN najważniejszy telefon, że odnalazło się moje dziecko. I choć każde to czekanie było wypełnione wielką nadzieją - to jednocześnie absorbowało mnie do tego stopnia, że idąc pod rękę ze swoją niepłodnością izolowałam się, zamykałam w sobie i nie miałam już sił ani energii na...normalne życie.


Ale wracając do spotkania w Warszawie...wiecie, co mi się tam najbardziej podobało? To, że redakcja "Chcemy Być Rodzicami" żadnej drogi ku rodzicielstwu nie faworyzuje, żadnej nie stawia na piedestale i nie traktuje jako lepszej, właściwszej lub bardziej optymalnej i wartościowej niż pozostałe. 

Rodzicem możesz zostać w sposób zupełnie naturalny (i gratuluję z całego serca, jeśli Ci się to udało!), a możesz też zostać nim dzięki naprotechnologii, in vitro lub adopcji - i każda z wybranych przez Ciebie ścieżek będzie równie dobra właśnie dlatego, że jest po prostu TWOJA. Możesz też świadomie zdecydować się na bezdzietność wynikającą z wyboru - i to także zasługuje na pełen szacunek. 

Na pewno będę jeszcze pisać o swoich przemyśleniach dotyczących zarówno samej kampanii, jak i niepłodności w ogóle. Ale na chwilę obecną mam do Was mały apel, wypracowany wspólnie podczas tego niesamowitego spotkania.

Osoby piszące o niepłodności, które w jakikolwiek sposób identyfikują się i solidaryzują z kampanią bardzo proszę, by używały na swoich blogach i w social mediach tagu #nieplodnosciniewidac. 

Osoby piszące o adopcji bardzo proszę o to, by w ich postach widniał tag #adopcjadziecka - ponieważ na samo hasło  #adopcja przeważnie pojawia się w wyszukiwarce mnóstwo wyników dotyczących przygarnięcia zwierząt ze schroniska, natomiast tych dotyczących przysposobienia jest jak na lekarstwo.

Osoby, które do tej pory nie poruszały tego tematu, za to zajmowały się na swoich blogach najróżniejszymi kwestiami zdrowotnymi i społecznymi - może macie ochotę go podjąć, zainteresować się nim i zgłębić go nieco bardziej?

Osoby, które nie prowadzą własnych blogów (ale wiem, że czytają, ponieważ bardzo często kontaktują się ze mną na drodze mailowej) - bardzo proszę, żeby też włączyły się w akcję, wysyłając mi własne przemyślenia na temat niepłodności oraz tego, jak o niej rozmawiać, jak reagować, jak poruszać ten temat w debacie publicznej oraz w codziennych relacjach. Może czujecie się ze swoją niepłodnością sami, chcecie obalić jakieś mity, macie potrzebę uzewnętrznienia własnych emocji?

Jeśli dostanę od Was jakieś wypowiedzi - postaram się je zebrać w sensowną całość, opublikować, podesłać redakcji "Chcemy Być Rodzicami" jako nasze wspólne stanowisko. Myślę, że to ważny temat - i świetna okazja, żeby się w nim wypowiedzieć w ramach takiej dużej akcji, która (mam nadzieję) z czasem zacznie zataczać coraz szersze kręgi. 

To jak, przyłączycie się ?  

wtorek, 28 czerwca 2016

Niepłodności nie widać - co nie znaczy, że nie należy o niej mówić.

Wyobraź sobie, że spacerujesz ruchliwym, zatłoczonym deptakiem. Mijasz po drodze najróżniejszych ludzi: grubych i chudych, wysokich i niskich, pięknych i trochę mniej urodziwych. Zwykle na żadnej z tych osób nie zatrzymujesz zbyt długo wzorku, zajęta swoimi sprawami  albo rozmową z kimś, kto Ci towarzyszy. 

A teraz wyobraź sobie, że ludzie na deptaku to cała nasza polska populacja - i że jedna na pięć mijanych przez Ciebie par ma problem z zajściem w ciążę, poczęciem dziecka, zapełnieniem pustego pokoju w swoim mieszkaniu małym, kochanym lokatorem. 

Czy te pary czymkolwiek różnią się od innych, które mijasz na swojej drodze? Może tylko tym, że spacerują same, bez dziecka - i czasami napotykasz ich tęskne spojrzenia, rzucane ukradkiem w kierunku cudzego niemowlęcego wózka. Nic poza tym. Na pierwszy rzut oka nie zauważysz żadnej różnicy. Właśnie dlatego, że #niepłodnosciniewidac. Ona siedzi w środku, gdzieś głęboko. I zwykle niezbyt chętnie się o niej mówi - trochę jakby była czymś żenującym, wynikającym z naszej winy. Jakby sprawiała, że jesteśmy inni, gorsi, w pewien sposób naznaczeni...

foto: Internet

Być może trudno Ci w to uwierzyć, ale znam ludzi, którzy bardzo pragną mieć dziecko, a mimo to nie leczą się w żaden z dostępnych im sposobów, bo po prostu wstydzą się o swoich problemach rozmawiać - nawet z lekarzami czy innym personelem medycznym. Oczywiście bardzo szanuję ich wybór - lecz przyznam szczerze, że nie do końca go rozumiem. 

Przecież niepłodność to choroba.
Powtórzę jeszcze raz, wielkimi literami: NIEPŁODNOŚĆ TO CHOROBA !

Podobnie jak cukrzyca, astma, miażdżyca czy jakiekolwiek inne przewlekłe dziadostwo, które potrafi się czasami do człowieka przyplątać. A mimo to odnoszę niekiedy wrażenie, że zupełnie nie jak chorobę się ją traktuje - tylko jak wstydliwy temat tabu, o którym zdecydowanie lepiej i wygodniej jest milczeć, niż mówić. A przecież mówić warto, mówić trzeba, mówić się powinno - bo jest to problem, który dotyka szacunkowo około 20% naszego społeczeństwa. 

Tylko w naszym najbliższym otoczeniu dotknął aż trzy inne małżeństwa - a musisz wiedzieć, że nasi znajomi to grono naprawdę niezbyt liczne i starannie wyselekcjonowane... Jedno z tych małżeństw - podobnie jak my - zdecydowało się na adopcję, drugie na in vitro, trzecie podjęło inne, mniej inwazyjne (czyżby?) metody leczenia...Każde z nich w akceptowalny przez siebie sposób walczy o swoje szczęście, zdrowie, realizację marzeń o pełnej rodzinie. I każde z nich na swój sposób cierpi, przeżywa emocjonalne i hormonalne huśtawki,  czuje się w swoim problemie dość mocno osamotnione i nie do końca rozumiane przez tę bardziej płodną, nie borykającą się z problemem większość...

Bo tak to już chyba jest, że niepłodność bardzo stara się obudować nas grubym, nieprzepuszczalnym murem. Ten mur wyrasta między nami a naszymi przyjaciółmi, z którymi pomimo najszczerszych chęci nie zawsze potrafimy dzielić radości z pojawienia się na świecie nowego członka ich rodziny. Wyrasta też bardzo często pomiędzy kobietą a mężczyzną - oddzielając ich od siebie poczuciem winy, wzajemnymi pretensjami i wyrzutami (które czasami tak naprawdę nie istnieją, ale osoba będąca "źródłem problemu" i tak będzie nosiła je w sercu i we własnej świadomości jak bolesną, raniącą zadrę).

foto: Internet

Przyznam Wam szczerze, że osobiście wolałam o swojej niepłodności głośno mówić, niż  spuszczać na nią kurtynę milczenia. Oczywiście nie zawsze i nie z każdym - ale generalnie bardziej odpowiadało mi takie rozwiązanie niż tylko współczujące spojrzenia, cichnące na mój widok "dzieciowe" rozmowy czy dowiadywanie się o ciąży którejś z koleżanek dopiero po porodzie, ponieważ wcześniej nie chciała mnie taką informacją ranić czy "burzyć mojego spokoju" (o ile w przypadku osoby wciąż wędrującej po gabinetach lekarskich, poddawanej najróżniejszym badaniom i tkwiącej latami w niepewności oraz życiowej poczekalni można w ogóle mówić o jakimkolwiek "spokoju"). 

Dlatego cieszę się bardzo na wieść o tym, że powstają inicjatywy takie jak ta - organizowana przez magazyn "Chcemy Być Rodzicami" - w której już 9 lipca będę miała okazję również wziąć udział. Mam przeczucie, że w jej ramach będzie działo się naprawdę wiele dobrego. A Wy, jak myślicie ? Warto rozmawiać o niepłodności - czy raczej jest to dla Was temat na tyle trudny i krępujący, że lepiej w ogóle go nie poruszać?

foto: Internet