O tym, że Bąbel jest adoptowany, wie znakomita większość
osób w naszym otoczeniu. Jeśli nie od nas, to od siebie nawzajem -
ponieważ żyjemy w miejscowości tak małej, że tego typu "sensacyjne"
wieści rozchodzą się tutaj lotem błyskawicy, za pośrednictwem tzw. poczty pantoflowej.
Czasami nadal zdarza się, że ktoś przybiera na nasz widok
bardzo zbolały wyraz twarzy i rzuca : "No cóż, tak w życiu
bywa...Gdybym sam nie mógł mieć dzieci, to pewnie ostatecznie też bym
się na to zdecydował. Ale chyba zrobiliście wcześniej wszystko, żeby
jednak mieć dziecko biologiczne, prawda?"
***
Otóż nie. Nie zrobiliśmy wszystkiego. Pomimo licznych namów
ze strony lekarzy nie przystąpiliśmy do procedury in vitro, nie
otarliśmy się nawet o naprotechnologię, nie zdecydowaliśmy się na
bardziej intensywną stymulację lekami hormonalnymi cięższego kalibru,
które nam proponowano. Rozumiem oczywiście, że niektóre pary chcą
najpierw wykorzystać te wszystkie opcje, wyczerpać wszystkie dostępne
alternatywy i metody oferowane przez medycynę, zanim w ogóle zaświta w ich głowach
myśl o adopcji dziecka - jednak nie zawsze tak jest i w naszym przypadku również tak nie było.
Pisałam już kiedyś w jednym z komentarzy, że w pewnym
momencie po prostu weszliśmy na inny poziom myślenia. Na poziom, na
którym liczy się już nie ciąża, nie pękaty brzuch, nie możliwość
karmienia piersią, przekazania zestawu genów i przecinania pępowiny na porodówce - tylko samo dziecko, mały człowiek (niezależnie od tego, czy
noszony pod sercem moim, czy pod sercem innej kobiety).
Pomimo moich bardzo niechętnych do współpracy jajników wielu wokół nas nalegało, byśmy jeszcze się nie poddawali, nie
rezygnowali z dalszych starań, nie składali broni, jeszcze "chwilę"
wytrwali w tej nierównej walce z chorobą. Podczas ostatniej, pożegnalnej wizyty u mojego prowadzącego ginekologa usłyszałam od
niego nawet "Tak daleko już Pani zaszła, a teraz Pani odpuszcza?" - na
co odpowiedziałam : "Panie doktorze - odpuszczam ciążę, ale nie odpuszczam bycia mamą. A to przecież dwie zupełnie inne sprawy."
***
Chciałabym uświadomić wszystkim sceptykom, że dziecko
adopcyjne nie jest "zamiast". Nie jest jakimś substytutem, ekwiwalentem,
mniejszym złem. Nie jest żadną "nagrodą pocieszenia", którą wprawdzie
jesteśmy uradowani - ale mimo to nadal zerkamy z zazdrością na rodziców
biologicznych, znajdujących się na podium i dzierżących niczym puchary
swoje dzieci o identycznym kodzie DNA. To tak nie działa!
Na dziecko adopcyjne czeka się z takim samym utęsknieniem. Też wyobrażasz sobie, jakie będzie - choć jednocześnie wiesz, że może
być do Ciebie i Twojego męża zupełnie niepodobne. Też urządzasz dla
niego pokoik i kompletujesz wyprawkę - choć zadanie masz nieco
utrudnione, bo często nie znasz jeszcze jego płci ani nawet wieku, w
jakim pojawi się w Waszej rodzinie. Też marzysz tylko o tym, żeby było
(przynajmniej względnie) zdrowe - a jednocześnie wiesz, że jeśli pojawią
się jakieś zaburzenia, choroby czy "tyły" rozwojowe - to zrobisz
wszystko, co w Twojej mocy, żeby zniwelować je do minimum, zapewnić mu
odpowiednie warunki i szczęśliwe życie w kochającej rodzinie. Też
chciałabyś dzielić się swoim radosnym oczekiwaniem z całym światem - a
czasami nie możesz, bo ktoś gasi Twój entuzjazm tekstem, że "bardzo Ci
współczuje"...
"Dlaczego mi współczujesz - do cholery - zamiast zwyczajnie i po ludzku pogratulować?!"- masz ochotę
wykrzyczeć. Ale Twój rozmówca nawet nie czeka na takie pytanie, tylko
ubiega Cię i sam spieszy z wyjaśnieniem. "Bo nigdy nie będziesz karmić.
Bo więź tworzy się, kiedy dziecko przechodzi przez drogi rodne kobiety. Bo
tylko matka biologiczna zna swoje dziecko i wie, czego ono potrzebuje -
a ta adopcyjna nie ma instynktu, nie ma intuicji, nie da sobie rady..."
No bzdury totalne, większych w życiu nie słyszałam! Aż w końcu
przychodzi czas na koronny argument, który najbardziej ze wszystkich
"uwielbiam" : "NIE ZROZUMIESZ TEGO, BO NIGDY NIE RODZIŁAŚ".
Tak, to prawda. Nigdy nie rodziłam. Ale Ty za to nigdy nie adoptowałaś. Nie chcę się z Tobą licytować, bo nie o to tutaj chodzi. Jednak chciałabym, żebyś wiedziała, że moje dziecko nie
jest żadną brzytwą, której chwyta się tonący; nie jest żadną ostatnią
deską ratunku; nie jest też żadnym rakiem na bezrybiu; ani też nie jest
dzieckiem, które kocham na zasadzie "jak się nie ma, co się, lubi - to
się lubi, co się ma"...
***
Moje dziecko było tak samo upragnione i niecierpliwie wyczekiwane, jak Twoje. Jest tak samo kochane, tak samo jestem z niego
dumna, tak samo wzrusza mnie do łez i tak samo czasami denerwuje. Tak samo się o nie martwię i tak samo uszczęśliwia mnie każdy jego uśmiech, przytulenie i słowo "mama". Nie uważam, że
moje macierzyństwo jest w czymkolwiek lepsze od Twojego, ale nie uważam
też, by było gorsze - i również Ciebie bardzo proszę, abyś go nie deprecjonowała.
A przede wszystkim powtarzam raz jeszcze, że miałam wybór (podobnie jak wielu innych znanych mi rodziców adopcyjnych). O
ile niepłodności sama sobie nie wybrałam, nie prosiłam o nią i nie domagałam się jej w swoim życiu - o tyle adopcja była moją świadomą decyzją,
którą podjęłam stojąc na rozwidleniu kilku różnych dróg i mając przed sobą różne alternatywy.
Mogłam spróbować in
vitro; mogłam jeszcze przez kilka lat rozkładać nogi przed
kolejnymi ginekologami równie często, jak przed własnym mężem; mogłam też zdecydować
się na bezdzietność - i nie czuć się z tym wcale aż tak najgorzej.
Zawsze uważałam, że nasze życie ma tyle sensu, ile sami umiemy mu nadać.
Dlatego myślę, że nawet jako kobieta bezdzietna potrafiłabym ten
sens odnaleźć - tym sensem oprócz mojego dziecka jestem przecież ja sama, mój mąż, moje życiowe pasje i zainteresowania... Mogłabym zająć się tysiącem innych rzeczy poza macierzyństwem - i pewnie nawet być równie szczęśliwa, jak jestem w tym
momencie. Ale wybrałam adopcję, bo po prostu bardzo tego chciałam i uważałam, że jest to dla mnie najwłaściwsza ścieżka...






