"Adopcja dziecka to bardzo trudny temat"...Hmmm...Odkąd Bąbel pojawił się w naszej rodzinie, słyszałam to zdanie jakąś niewyobrażalną ilość razy. Co jakiś czas mam też okazję przeczytać je w komentarzach na blogu czy na naszym Facebooku.
Kilkukrotnie nawet spytałam swoich rozmówców "Dlaczego tak uważasz?" albo "Co masz przez to na myśli?" - ale jakoś nigdy nie doczekałam się zbyt konkretnej, sensownej i wyczerpującej odpowiedzi...Z czasem już nawet przestałam wyprowadzać ludzi w swoim otoczeniu z błędu, bo szkoda mi było strzępić języka - ale tutaj będę to robić tak długo, aż rozbolą mnie palce od stukania w klawiaturę.
Owszem, adopcja dziecka to bardzo trudny temat - ale chyba tylko dla osób zupełnie postronnych, które patrzą na nią wyłącznie z pozycji obserwatora. Bo dla nas - rodziców adopcyjnych - to temat tak samo naturalny, jak dla kogoś innego rodzicielstwo biologiczne.
Adopcja dziecka to dla nas coś absolutnie codziennego, o czym nie rozmyślamy bez przerwy i nie rozkładamy tego na czynniki pierwsze. (Jeżeli już, to tylko na potrzeby bloga - żeby napisać jakiś artykuł, który pozwoli zwiększyć świadomość w kwestii adopcji i lepiej zrozumieć ją samą oraz wszelkie towarzyszące jej procedury).
Adopcja dziecka to dla nas coś tak normalnego, jak codzienne mycie zębów, smarowanie chleba masłem, poranna pobudka czy wieczorne układanie się do snu. To dla nas po prostu fakt - ani trudny, ani łatwy - oczywisty i niezbity.
Kiedy codziennie bawię się z moim synkiem...Kiedy on zarzuca mi rączki na szyję...Kiedy zaklejam mu plastrem zdarte kolano, czytam mu bajkę na dobranoc albo idę z nim na wiosenny spacer po parku...Serio, nie myślę sobie wtedy: "O kurczę, on jest adoptowany...Jakie to wszystko cholernie trudne..."
Ani TYM BARDZIEJ nie myślę o sobie i swoim mężu : "Wow, ale jesteśmy odważni i heroiczni ! Adoptowaliśmy dziecko, które urodziło się innej kobiecie. To taki wielki gest, że chyba powinni nam pomnik wybudować ! "
Ani też nie myślę o sobie jako o Tej, Która Niesie Swój Krzyż - a niestety przez wielu ludzi właśnie tak adopcja dziecka jest postrzegana. Jako porażka, substytut, zamiennik czy namiastka - w każdym razie coś niepełnowartościowego. Coś, czego tak naprawdę wolałoby się nigdy nie doświadczyć , ale "jak się nie ma, co się lubi - to się lubi, co się ma".
A ja powtarzam po raz setny z kolei : MOJE DZIECKO NIE JEST ZAMIAST ! - i jedyne czego w tej jego adopcji żałuję to fakt, że nie zgłosiliśmy się do ośrodka od razu, tuż po ślubie, omijając szerokim łukiem wszystkie lekarskie gabinety.
I pisze do mnie wczoraj już któraś Czytelniczka z rzędu:
Powiedz mi, dlaczego tak jest?
Dlaczego ludzie widzą adopcję jako coś strasznego -
jako karę i najgorsze, co może człowieka w życiu spotkać?
Czy moje dziecko byłoby "bardziej moje",
gdybym nosiła je przez 9 miesięcy również w brzuchu, zamiast tylko w sercu?
Czy moje dziecko byłoby "bardziej moje",
gdybym nosiła je przez 9 miesięcy również w brzuchu, zamiast tylko w sercu?
Ja nie wiem, dlaczego...Naprawdę, zupełnie nie wiem...
Wiem tylko tyle, że dla mnie adopcja jest tym NAJLEPSZYM -
i że dzięki niej znalazłam się dokładnie tam, gdzie zawsze chciałam być.
A nasz Synek jest NASZ tak bardzo,
że o jakimkolwiek tego typu wartościowaniu nie ma nawet mowy :)
A nasz Synek jest NASZ tak bardzo,
że o jakimkolwiek tego typu wartościowaniu nie ma nawet mowy :)
ADOPCJA - TO PO PROSTU MIŁOŚĆ.






